WYWIADY VIVY!

Anita Werner: „Fajny jest czas w życiu kobiety, kiedy suma doświadczeń i przeżyć dodaje odwagi”

„Nam się wszystko fajnie robi razem”

Beata Nowicka 21 grudnia 2020 21:23

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Anitą Werner i Michałem Kołodziejczykiem. Wywiad ukazał się w listopadzie 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! wywiad Anita Werner i Michał Kołodziejczyk

Ona jest twarzą „Faktów” TVN i TVN24. On dyrektorem redakcji Canal+ Sport. Dziennikarskie DNA połączyli, pisząc razem znakomitą książkę. A wcześniej… zakochali się w sobie. Ich historia to gotowy scenariusz komedii romantycznej. We wzruszająco-dowcipny sposób opowiedzieli o niej pierwszy raz Beacie Nowickiej.

Michał Kołodziejczyk, Anita Werner, VIVA! 22/2020, Anita Werner, VIVA! listopad 2020
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?” – pytał Marek Grechuta w piosence „Niepewność”. Co było pierwsze – kochanie, przyjaźń, a może wspólna książka?

Michał: Zdecydowanie kochanie. Platoniczne. Od momentu, kiedy zobaczyłem Anitę w telewizji  nia byłem we Wrocławiu w hotelu Etap, tanim, dwugwiazdk. Mężczyźni często mają swój ideał: Angelinę Jolie czy Brigitte Bardot. Moim ideałem kobiety zawsze była Anita Werner. Mogą to poświadczyć wszyscy moi znajomi (śmiech).

Anita: Kiedy ja to usłyszałam od Michała, pomyślałam: Serio?! Jaja sobie ze mnie robi. Ale znajomi rzeczywiście potwierdzili.

 Kiedy zobaczył swój ideał na żywo?

Michał: Poznawaliśmy się dwa razy. Pierwszy raz, kiedy w dzienniku „Rzeczpospolita” pracowałem jako korespondent podczas Euro 2012. Tamtego dowym, ale miał tę zaletę, że stał właściwie na terenie stadionu. Nazywaliśmy go „dziennikarski”, bo wszyscy się tam kotłowaliśmy. To było przed meczem Polska – Czechy.

Anita:  Ja miałam wtedy wydanie „Faktów” spod stadionu.

Michał: Piotrek Karpiński, też dziennikarz, z którym znałem się bardzo dobrze…

Anita: …a który jest jednocześnie moim kumplem z pracy…

Michał: …powiedział: „Dzisiaj jest Anita Werner, może chciałbyś ją poznać?”.

 Był wtajemniczony?

Michał: Chyba nie. Ja oczywiście bardzo chciałem. No i poznałem Anitę, ale ona mnie nie poznała. To znaczy, przywitała się ze mną w taki sposób…

Anita: Nie wiem, czy uda mi się pokazać to w gazecie, ale spróbuję. „Cześć…” (powiedziała pani Anita, patrząc w drugą stronę).

Michał: (Śmiech). Tak właśnie „przywitaliśmy się”.

Anita: W ogóle tego nie pamiętam.

Michał: Kiedy popatrzyłem na swoje zdjęcia z tamtego czasu, podobnie bym to zapamiętał.

 Poczucie humoru w związku to poważna zaleta.

Anita: Najlepsza.

Michał: Zachowała się skandalicznie, a ponieważ duma jest cenniejsza niż cokolwiek innego, postanowiłem więcej nie wgapiać się w telewizor maślanymi oczami.

 Minęło parę lat…

Michał: Dużo lat minęło, były urodziny naszego wspólnego kolegi, na których pojawiłem się, wiedząc, że będzie tam Anita.

Anita: I ostentacyjnie mnie lekceważyłeś, pamiętając krzywdę, której ode mnie doznałeś.

Michał: Po trzech godzinach rozmawiałem na tej imprezie ze wszystkimi, tylko nie z Anitą.

Anita: W końcu sama podeszłam i powiedziałam: „Cześć, nazywam się Anita Werner. Jestem twoją fanką”.

 Wkręcacie mnie oboje. Nie wierzę…

Razem: (Śmiech). Nie!

Anita: Tak było. Dlatego uznał, że jednak da mi szansę.

Michał: Pomyślałem, że tak absurdalnej sytuacji nie byłbym w stanie wymyślić. I puściłem w niepamięć to, co się wydarzyło wcześniej.

Anita: Ja naprawdę tak uważałam. Znałam Michała jako dziennikarza sportowego, lubiłam go słuchać, ceniłam jego pióro, styl, interesowały mnie jego opinie.

Michał: Przetańczyliśmy i przegadaliśmy całą noc. Zaopiekowałem się nią. Przynosiłem na przykład wodę, bo nie wypadało, żeby sama to robiła.

 Druga randka po roku?

Michał: Nie, następnego dnia.

Anita: Spotkaliśmy się w takim momencie, kiedy już chyba oboje wiedzieliśmy, czego w życiu nie chcemy, a czego chcemy.

Michał Kołodziejczyk, Anita Werner, VIVA! 22/2020, Anita Werner, VIVA! listopad 2020
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

 Dobry punkt wyjścia dla „kobiety po przejściach i mężczyzny z przeszłością”. To z kolei Agnieszka Osiecka. Kobieta, która znała życie.

Anita: Wydaje mi się, że kiedy dobiega się czterdziestki, człowiek nabiera właściwej perspektywy życiowej. Lepiej zna siebie, swoje potrzeby, rozumie, od czego powinien uciekać. To jest też wiek, kiedy nabiera się odwagi, żeby tych zmian dokonać.

 A czego Pan chciał?

Michał: Mówiłem już, że Anita zawsze mi imponowała, zawsze mi się podobała, natomiast nie spodziewałem się, że na tym targowisku próżności znajdę najcieplejszą kobietę na świecie. Może chciałem ciepła, spokoju i tego, że dobrze czułem się w jej towarzystwie, pozostając sobą. Otrzymałem od Anity wsparcie, ale też podziw i szacunek.

Już w pierwszym zdaniu, jakie do Pana wypowiedziała.

Michał: (Śmiech). To na pewno też zadziałało. Nam się wszystko fajnie robi razem. Jesteśmy do tańca i do różańca. Wspaniale nam się podróżuje, czyta książki, pracuje, biega… Anita rozumiała moje poczucie humoru. Kiedy mówię Monty Pythonem wśród znajomych, Anitka od razu tłumaczy: „On żartował”, bo wszyscy dziwnie na mnie patrzą.

 Spotkaliście się w dobrym momencie.

Anita: Fajny jest ten czas w życiu kobiety, kiedy suma różnych doświadczeń i przeżyć dodaje odwagi. Odwaga dodaje kobiecie skrzydeł w podejmowaniu ważnych decyzji, a decyzje przynoszą spokój i poczucie, że jest w dobrym miejscu. Przez większą część życia byłam samodzielna i samowystarczalna. Wychowana w towarzystwie kolegów, nie gadałam z przyjaciółeczkami o kosmetykach, facetach i ciuchach.

Michał: Zabrzmi to komicznie, ale myślę, że faceci bali się Anity, ponieważ jest silną, piękną, samowystarczalną i niezależną kobietą. Rzeczywiście poziom jej samowystarczalności był przesunięty do granic absurdu. Kiedy przyjeżdżaliśmy na stację benzynową moim samochodem, to Anita wysiadała, żeby zatankować.

Anita: Odruch bezwarunkowy.

Michał: Kiedy już jej wytłumaczyłem, że ja tankuję, to gdy wracałem, były umyte szyby. 

Anita: W końcu M. opieprzył mnie na maksa…

Michał: …ale kulturalnie.

Anita: I już więcej tego nie zrobiłam.

Michał: Tego typu sytuacji są tysiące. Kiedy prowadziłem samochód, nigdy nie spała, nawet gdy podróżowaliśmy nocą. Pierwszy raz zasnęła po… roku. Wracaliśmy z Chorwacji, o 22 poprosiła, żebym wyłączył klimatyzację, bo zimno, i obudziłem ją w Polsce. Siłowanie się z otwarciem
butelki w restauracji było aż żenujące i zawstydzające dla mnie.

Anita: Mam zapisane w genach, że lubię mieć wszystko pod kontrolą, ale wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że ta cecha jest aż tak rozwinięta. Michał nauczył mnie, że mogę pewne rzeczy odpuścić i nie muszę zarządzać światem jako jednoosobowa firma pod nazwą Anita Werner. Stworzył mi takie środowisko naturalne, w którym już nie musiałam być przewodnikiem stada. Ładnie powiedziałam?

Michał: Ładnie.

Anita: Muszę nauczyć się prosić o pomoc.

 Obowiązkowo, zwłaszcza M.

Anita: (Śmiech). Podziwiam jego pracowitość. M. do wszystkiego doszedł sam, ciężką pracą. Ma pasję, która go ciągnie przez życie zawodowo i uskrzydla. Imponuje mi jego praskość. Z jednej strony ma wielkie, fantastyczne, wrażliwe serce, a z drugiej jest facetem z Pragi, który mówi, co myśli, i potrafi załatwiać trudne sprawy po męsku. Dżentelmen z Pragi. Wrażliwość z pazurem. Intrygujące połączenie, prawda?

 Zgadzam się. Mógłby Pan opisać tę swoją praskość?

Michał: Urodziłem się w szpitalu Przemienienia Pańskiego, naprzeciwko miśków. Tata wchodził na drzewo, żeby mnie zobaczyć na trzecim piętrze. A później mieszkaliśmy na Kijowskiej w tym długasie naprzeciwko Dworca Wschodniego, nad sklepem spożywczym, do którego przywożono o czwartej trzydzieści skrzynki z pieczywem. Potem był Targówek. Fajne środowisko, miło wspominam, żadnych traum.

 Hasło kolegów z podwórka?

Michał: Na picu nie pojedziesz za długo. To znaczy, że jak się coś obiecało, należało dotrzymać słowa. Nie łamaliśmy prawa, Praga Pragą, a rodzina rodziną. Ale kiedy kradło się śliwki, kradli wszyscy, a złapani nie mówili, kto jeszcze był z nimi. Jak ktoś nabroił na lekcji i było pytanie: „Kto to zrobił?”, natychmiast zgłaszał się winny. Szczerość i prawdziwość była w cenie, ja rzeczywiście nie boję się mówić, co myślę. Czasami na tym tracę, ale mam przekonanie, że docelowo zyskuję. W poprzedniej pracy miałem 250 osób pod sobą, w tej mam 90. Kiedy ktoś przychodzi z problemem, sprawdzam, co da się zrobić. Nie mam czasu na pierdoły, na gry.

 Brzmi szczerze.

Michał: To, co Anita powiedziała o dojrzałości kobiety, pasuje również do mężczyzny. Mężczyzna musi mieć życie przemyślane. Prawda jest taka, że jeśli ma w domu zapewnione ciepło, bliskość fizyczną i zrozumienie, niczego nie szuka gdzie indziej. Dla mnie spotkania z kolegami, żeby pogadać o pracy, stały się mniej atrakcyjne, bo pogadać o wszystkim mogę w domu. Anita wie wszystko o tym, co robię.

Anita: I odwrotnie.

Michał: À propos przyjaźni i kochania. Nie ma kochania prawdziwego, idealnego bez przyjaźni. Czasami pytamy się w żartach: „Czy mnie jeszcze kochasz?”. A zaraz potem: „Czy mnie jeszcze lubisz?”. Nie można przestać się lubić, a tylko kochać. Znam zwyczaje kobiet i mężczyzn: babski weekend czy męski wypad na pięć dni, żeby się narąbać, czyli panowie spuszczeni ze smyczy. Czegoś takiego nie potrzebuję. Kiedy Anity nie ma, bo pracuje w weekend, nie wzdycham z ulgą, że wreszcie sobie odpocznę.

Anita: Jestem dziewczyną z Bałut, ale z dobrego domu, dobrze ułożoną. Byłam grzeczną dziewczynką. Świetnie się uczyłam, nie sprawiałam problemów, nie wracałam za późno ani w złym stanie. No i zawsze dawałam sobie radę. To zaprogramowanie było we mnie tak silne, że w momencie kiedy Michał wprowadził nowe zwyczaje i uświadomił mi, że nie muszę być samowystarczalna, poczułam się trochę tak, jakby ktoś próbował oswoić dzikusa.

Michał: Ale kiedy coś się oswoi, trzeba wziąć za to odpowiedzialność.

Anita: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś” – jak to pięknie napisał Antoine de Saint-Exupéry. Kiedy ta dobrze ułożona dziewczyna z Bałut spotkała takiego faceta z Pragi, to była w tym szczypta pieprzu (śmiech).

 Nauczył się Pan czegoś od dziewczyny z Bałut?

Michał: Nauczyłem się albo dowiedziałem, że życie może być pogodne, że można mówić do siebie czule i zakładać, że druga strona ma dobre intencje, a nie złe. Nauczyłem się dzielić wszystkim. Odkryłem wewnętrzny spokój.

 Dlatego nie pozabijaliście się, pisząc książkę?

Michał: (Śmiech). Ale bardzo się bałem. Jestem zupełnie innym człowiekiem w pracy, innym w domu. Mam pewne biologiczne ułatwienia. Na przykład mogę nie jeść trzy dni albo nie spać przez dwie doby, albo jechać 3600 kilometrów bez nocowania. Okazało się, że Anita ma takie same możliwości.

 Ile czasu zajęła Wam praca?

Anita: Rok w praktyce, bo wcześniej Michał myślał o tej książce przez pół swojego życia.

Michał: Ja ją sobie wymyśliłem. Uwierzyłem, że można napisać niepiłkarską książkę o piłce nożnej. Wynikało to trochę z moich kompleksów, z tego, że mając 16 lat, pierwszy raz pojechałem za granicę, leciałem pierwszy raz samolotem jako 17-latek. Kiedy zacząłem pracować i jeździć po całym świecie, zanim gdziekolwiek wyjechałem, miałem przeczytanych pięć książek o sytuacji geopolitycznej, historii i dwa przewodniki. Przecież szkoda jechać gdzieś tylko na mecz. Patrzyłem na każdy mecz piłkarski przez pryzmat miejsca, w którym się odbywał. Opowiadałem Anitce, że coś takiego chodzi mi po głowie. Stwierdziliśmy, że z połączenia sił może wyjść coś fajnego.

 „Sport to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy na świecie. Są w nim wszystkie emocje, ma w sobie mnóstwo człowieczeństwa” – to cytat z Waszej książki.

Michał: Może wydam się nadęty, ale to jedna z lepiej przemyślanych książek na rynku, gdyż ja o niej myślałem i przygotowywałem się 20 lat.

Anita: Michał uświadomił mi, że piłka nożna tłumaczy świat. Moment, w którym ja to zrozumiałam i zobaczyłam, był jak olśnienie. Wtedy postanowiliśmy połączyć nasze dziennikarskie DNA. Michał jest dziennikarzem, który w myśleniu, w opisywaniu świata, w patrzeniu na ludzi wychodzi daleko poza swoją sportową działkę. To jest facet, który pasjonuje się historią.

Michał: W każdym z miejsc, o których piszemy w książce, ja już wcześniej byłem.

Anita: Ja w kilku nie.

Michał: Kiedyś partnerka przyjaciela zapytała mnie żartobliwie: „Co ona w tobie widzi?”. Również w żartach odparłem: „Nie wiem, może pieczątki w paszporcie?”. Magda na to: „Może coś w tym być” (śmiech).

Anita:  Od pierwszego dnia mówiłam Michałowi: „Masz łeb, Koło”. Koło to jego wieloletnia ksywa. Ogromnie podobał mi się język, jakim Michał posługiwał się w pracy: żartobliwy, pełen przenośni, złośliwości, sarkazmu. Słuchałam zafascynowana jego opowieści, które wprowadzały mnie w świat ludzkich emocji, związanych oczywiście z piłką nożną, ale na które ja patrzyłam już z zupełnie innej perspektywy.

Michał: Nie ma miłości czy też zauroczenia drugą osobą bez fascynacji intelektualnej. Boże, jak Anitka pięknie mówi po polsku, nawet bez góralskiego akcentu (śmiech).

 „Mecz to pretekst” jest gęsty od ludzkich opowieści, emocji, przeżyć i historii współczesnej Europy.  Przeprowadziliście mnóstwo rozmów.

Michał: Sześćdziesiąt sześć. Zawsze chodziliśmy we dwoje, cały research był zrobiony we dwoje. Każdy z wywiadów to minimum godzina. Słuchaliśmy i zastanawialiśmy się, które fragmenty umieścić w naszej opowieści. W tej książce zrobiliśmy absolutnie wszystko razem.

Anita: Jak pracujesz jako reporter w terenie, to zapisujesz na swoim twardym dysku wszystko: rejestrujesz bodźce słuchowe, wzrokowe, wszelakie. Jak trzeba było coś notować, notowaliśmy. Sami spisywaliśmy rozmowy, większość była po angielsku, dwie po hiszpańsku, to była ciężka redaktorska robota. Daliśmy z siebie wszystko.

Opisujecie wiele miejsc. Moje trzy ulubione to: kraj Basków, Belfast i Sarajewo.

Michał: W niektórych miejscach byliśmy dwa–trzy razy, na przykład w  Sarajewie. Kocham Sarajewo. Pamiętam, mieliśmy tydzień wolnego, spędzaliśmy go w Splicie w Chorwacji i któregoś dnia powiedziałem, że Sarajewo jest piękne i „tylko” 250 kilometrów dalej. „O, a ja nigdy tam nie byłam”, odpowiedziała Anitka. No to wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy bezdrożami, bo w Bośni drogi międzymiastowe łączące ze Splitem…

Anita: …czasem przestają być asfaltowe i stają się szutrowe.

Michał: Sarajewo wywarło na nas największe wrażenie, bo tam było najtrudniej emocjonalnie. Jak zobaczyłem Anitę tego pierwszego dnia, to na jej twarzy widziałem smutek. Bo wojna w Sarajewie była bardzo blisko nas, w czasach, które my pamiętamy z telewizji. W książce jest taki fragment: „Gdy jesteś w Sarajewie pierwszy raz i akurat pada deszcz, myślisz, że pada tu zawsze. Liczysz lata w pamięci”.

 „Kiedy to się działo, uczyłeś się w szkole podstawowej i jedynym twoim zmartwieniem na Targówku było to, że trzeba się przygotować do sprawdzianu z polskiego. Kiedy to się działo, byłaś nastolatką i zaczynałaś w Łodzi karierę modelki, myśląc, że zarobisz na kieszonkowe i przeżyjesz fajną przygodę”.

Michał: Za pierwszym razem, kiedy jeszcze nie planowaliśmy książki, kupiliśmy album o oblężeniu Sarajewa. Otworzyłem go przypadkowo, zobaczyłem na zdjęciu dziecko ciągnięte przez miejscowych, zastrzelone przez snajpera, i rozkleiłem się totalnie. Powiedziałem, że więcej do tego albumu nie zajrzę. I nie zajrzałem.

Anita: Bardzo przeżyliśmy wizytę w muzeum wojennego dzieciństwa. Zobaczyłam tam kamizelkę kuloodporną, która została zrobiona przez młodszego brata dla starszego podczas oblężenia Sarajewa. Tekturowa, z narysowaną kredkami lilijką bośniacką i innymi kolorowymi symbolami, miała chronić brata. Niestety, okazała się nieskuteczna. Stoi człowiek przed taką tekturową kamizelką i po prostu…

 Płacze.

Anita: Dla mnie Sarajewo to był ból od samego początku. To było ludzkie cierpienie, które wylewało się wszystkimi możliwymi porami. W czasie oblężenia na miasto spadało średnio 300 pocisków artyleryjskich dziennie. Czerwoną farbą zamalowano każdą wyrwaną część ziemi, tworząc sarajewskie róże – miejsca pamięci.

– Fragment z innego rozdziału: „To miejsce całkowicie bezpieczne dla turystów, innych ras, języków, w nocy, w dzień, w najtrudniejszych okolicach. Ale może być bardzo niebezpieczne dla tych, którzy się tutaj urodzili i zawędrowali do złej dzielnicy”.

Anita: Belfast, nasza pierwsza książkowa podróż. Moment, kiedy zastanawialiśmy się, czy my w ogóle będziemy w stanie ze sobą pracować. Pojechaliśmy do Belfastu z poczuciem, że nie wiadomo do końca, jak nam to wyjdzie. A wyszło fantastycznie. Belfast był podwójnie wyjątkowy. Drugi powód był taki, że znalazłam się w nowym, wyjątkowym miejscu i nagle zdałam sobie sprawę, jak ważne i wartościowe może być to, o czym piszemy. Oto ja, w wieku 41 lat, zobaczyłam, jak wygląda miasto podzielone 99 murami, gdzie nastolatkowie z jednej ulicy nie znają swoich rówieśników z drugiej ulicy. Już ponad 20 lat minęło od konfliktu nazywanego The Troubles, „Kłopoty”, a ten konflikt jest cały czas żywy i bolesny. Kiedy idziesz ulicą, widzisz murale, na których każda ze stron wypisuje, kto jest mordercą, kto ile wycierpiał i jak bardzo wszystkie te rany są jeszcze świeże.

Michał: W Belfaście powiedziałem Anicie, że zatrudniłbym ją w każdej robocie. Kiedy nas wyrzucali drzwiami, wracała oknem. Jest reporterem z krwi i kości. W domu trzy półki są zastawione jej nagrodami, a mimo to wraca z wywiadu z Robertem Lewandowskim dla „Faktów”, odbieram ją z lotniska, spieszę się, bo jest mecz w telewizji, a Anita mówi, że jedziemy do TVN, bo ona musi przypilnować montażu. Pokażcie mi dziennikarza, który ma za sobą 20 lat doświadczenia i pilnuje montażysty.

Anita: Ty jesteś taki sam.

Michał: Anita to jest idealna żona ambasadora. Nie wyobrażam sobie życia bez Anity, więc nie życzę jej tego, albo może zostanie ambasadorem to zadanie, które stoi przede mną (śmiech). Ona znajdzie się w każdej sytuacji. Z kibolami na stadionie, kiedy z nimi śpiewa, na spotkaniu gwiazdkowym w klubie biznesu, z chłopakami pod blokiem i pocieszając koleżankę, którą zostawił facet.

Anita: Michał też to potrafi. To on w Argentynie kłócił się po hiszpańsku z taksówkarzem, który chciał nas oszukać. Po rosyjsku negocjował z pogranicznikiem w Mołdawii na paragranicy z parapaństwem Republiki Naddniestrzańskiej. To on w kawiarni Wiedeńskiej hotelu Europa swoim pięknym francuskim dyskutował z generałem Jovanem Divjakiem o książkach i historii. Dobrze czuje się na gali i na wiejskim podwórku w Portugalii.

Michał: Gdybym miał swoim synom odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób zdobywa się kobietę, w co zainwestować…

 …to jak brzmiałaby odpowiedź?

Michał: Trzeba się uczyć. Jedyną inwestycją mężczyzny w siebie jest wiedza. Cieszę się, że Anita widzi we mnie przystojnego gościa. Ja uważam, że ani nie jestem specjalnie przystojny, ani bogaty, ale mając kapitał w postaci wiedzy, języków obcych, znajomości świata, jego ciekawości, historii, można kobiecie zaimponować dużo szybciej, łatwiej i głębiej niż w jakikolwiek inny sposób.

 Generał Jovan Divjak na powitanie w kawiarni Wiedeńskiej pierwszy Państwa zapytał: „Ce qu’est l’amour pour vous”. „Czym dla was jest miłość”. Myślę, że ten wywiad jest odpowiedzią na to pytanie.

Michał: No i generał byłby dumny. 

 

Michał Kołodziejczyk, Anita Werner, VIVA! 22/2020, Anita Werner, VIVA! listopad 2020
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Wideo

Paweł Królikowski zostawił najpiękniejszy możliwy testament. Żona opowiedziała o szczegółach

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

EWA CHODAKOWSKA I LEFTERIS KAVOUKIS o balansie, jaki dała im pandemia, domu w Warszawie i… raju w Atenach. Co takiego wydarzyło się, że RAFAŁ KRÓLIKOWSKI powiedział sobie: „Hola, hola, panie Królikowski, czasami trzeba przystopować…”? AIDA KOSOJAN-PRZYBYSZ z córkami ALICJĄ i MARGO – Jak być matką, kiedy widzi się przyszłość? W cyklu Kobiece historie: Fonda, Birkin, Joplin, Mitchell – buntowniczki i hippiski, które zmieniły świat. Miasto miłości: Nowy Jork nie pozwoli zasnąć zakochanym.