NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH
ARCHIWUM VIVY

Aleksandrze Kwaśniewskiej udzielił przed laty wywiadu, jakiego nigdy nie było. Tak mówił o miłości, wolności i kłamstwie

"Największy wysiłek w życiu wkładam w to, by moja najbliższa rodzina nigdy nie wyczuła, że coś gram", mówił Jerzy Stuhr

Aleksandra Kwaśniewska Olga Figaszewska 10 lipca 2024 10:24
NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH

Jerzy Stuhr pozostawił po sobie niezwykły dorobek artystyczny. Trudno pogodzić się ze śmiercią tak wybitnego twórcy. W poruszających słowach aktora wspomniała Aleksandra Kwaśniewska. Dziennikarka nie ukrywa smutku. Artysta zajmuje w jej sercu szczególne miejsce.

To właśnie z Jerzym Stuhrem przed laty przeprowadzała swój pierwszy wywiad. „Tak strasznie mi przykro…
Doświadczyłam ze strony Pana Jerzego ogromu sympatii. Dziękuję 🖤 […] To był mój pierwszy wywiad i pierwszy wspaniały rozmówca. Byłam prawie 20 lat młodsza, przerażona i z pożyczonym dyktafonem kasetowym, który zatrzymał się w połowie, a my, nieświadomi, gadaliśmy dalej. Miałam wtedy szczęście przecinać się z Panem Jerzym przy różnych projektach, do jednego, ku memu zaskoczeniu, zostałam przez niego zaproszona. Zawsze były to przemiłe spotkania, za które jestem nieskończenie wdzięczna.
Panie Jerzy, jak to dobrze, że Pan był…”
, podkreśliła w poruszającym wpisie.

Aleksandra Kwaśniewska wspomina wywiad, który był publikowany na łamach VIVY! w 2007 roku. Poniżej przypominamy tę niezwykłą rozmowę i fotografie autorstwa Rafała Milacha. 

Czytaj też: Jerzy Stuhr miał za sobą wiele problemów zdrowotnych: „Jak ci ktoś podarował drugie życie, to je sobie cenisz”

Rozmowa Aleksandry Kwaśniewskim z Jerzym Stuhrem pojawiał się na łamach VIVY! w 2007 roku

Takiego wywiadu jeszcze nie było! W jego najnowszym filmie „Korowód” zagrała samą siebie. Potem przyszła refleksja i czas na poważne pytania. Z Jerzym Stuhrem o lustracji, kłamstwie, wolności i miłości rozmawia Aleksandra Kwaśniewska.

Kiedy Jerzy Stuhr zadzwonił do mnie z propozycją, bym zagrała epizod w jego najnowszym filmie „Korowód”, zgodziłam się, zanim przeczytałam scenariusz. Po części, ponieważ miałam zagrać samą siebie, co wydawało mi się aktorskim zadaniem „na miarę moich możliwości”. Ale przede wszystkim dlatego, że Jerzy Stuhr jest autorytetem, a autorytetom się nie odmawia. W filmie pokazał historię dwóch pokoleń Polaków mierzących się z pułapkami dwóch kolejnych systemów. Jedni próbują sobie poradzić z mętną PRL-owską przeszłością, drudzy tkwią w szponach kapitalizmu, gdzie wszystko jest na sprzedaż. Łączy ich podatność na pokusy, dzieli brak wzajemnego zrozumienia. Jerzy Stuhr porusza kwestie lustracji i teczek, przez co nietypowo zbliża temat filmu do rzeczywistości. Jak dotąd twierdził, że nie interesuje go publicystyka i robienie filmów o problemach kraju. Co się zatem zmieniło?

Lubi Pan Polskę?

Jestem skazany na nasz kraj. Jestem stąd, muszę być stąd, nie wyrzekłbym się nigdy. Ale nie powiem, żebym pałał wielką miłością do Słowiańszczyzny. Zawsze mam poczucie, że przynależę bardziej do Europy, a nie do Polski.

Pytam, bo bohaterowie Pana filmów strasznie się w tej Polsce miotają. Czy przypisuje Pan to środowisku, czy mentalności? Taki na przykład Włoch, poznał Pan dobrze ten naród, tak samo zachowałby się wrzucony w polskie realia?

Nie, na pewno nie. Włoch byłby uwolniony od cechy kompleksu. My mamy straszny kompleks, z pokolenia na pokolenie przechodzący. I bardziej to widzę w Warszawie niż w innych rejonach. Najmniej mają go górale.

Czytaj też: Borykał się z problemami zdrowotnymi, odwoływał spektakle. Tak Jerzy Stuhr wyglądał jeszcze w kwietniu

Na czym polega ten kompleks?

Na lęku, że gdzieś jest lepiej urządzony świat, ale równocześnie nie chcemy go poznać. Kiedy podróżowałem z polskimi zespołami teatralnymi, widziałem, jak się ludzie zachowują za granicą. Byli tacy, często wybitni artyści, co nie chcieli wychodzić z hotelu. Nie dopuszczali do siebie ciekawości tamtego świata.

Czyli zaściankowość?

Coś więcej. Zaściankowi byli „Sami swoi”. Ale mieli w sobie jakiś urok. A to był strach przed przekroczeniem progu poznania innego świata. Cywilizacja Zachodu tyle razy nas oszukała. I ta zadra się pogłębia. Na szczęście dzisiaj wasze pokolenie jest tym najmniej dotknięte poprzez łatwość kontaktu. We mnie kompleks ten siedział… Powiem szczerze, że on we mnie ciągle siedzi. Jak jestem na Zachodzie, to do końca nie rozumiem tamtych ludzi. Nie potrafię przewidzieć ich gustów.

Pana filmy podobają się za granicą.

Różnie. To się jednak z czym innym wiąże. Za wszelką cenę każdą historię osadzoną tutaj chcę zuniwersalizować. I myślę, że to moje prawie 25-letnie przebywanie w innych krajach sprawia, że ja trochę znam ludzi Zachodu. I tak wiem, co oni z mojego nowego filmu zrozumieją, czego nie zrozumieją, a na co pozostaną obojętni.

Lustracji nie zrozumieją?

Teoretycznie tak. Każdy kraj miał z tym problem. Albo po wojnie, albo później były jakieś rozliczania. Poza tym docierają do nich informacje o lustracji w Polsce. Wiedzą na przykład, że ktoś donosił na papieża. Tylko czy ich to obchodzi? Oczywiście, jeśli zastanowiliby się, co czują ludzie lustrowani, ten problem zaczyna się przybliżać.

Czyli film jest raczej o uczuciach?

Ja bym chciał, żeby był o uczuciach, o szukaniu się młodych ludzi. Zresztą od tego problemu wyszedłem. Zastanawiałem się, jak to jest, że chłopak podoba się dziewczynie, a ona jemu, skoro ni cholery do siebie nie pasują.

NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH

Skoro film jest o miłości, to jak wplótł pan w fabułę lustrację?

To już jest zadanie scenarzysty. Sprawa jest istotna, więc trzeba ją było zapleść w historię. Jednak mówiąc szczerze, w filmie bardziej mnie interesuje relacja: moje pokolenie i wasze pokolenie, niż opowieść tylko o młodym pokoleniu. Nie zrobiłbym filmu o młodych.

Dlaczego?

Za słabo ich znam. Moje pokolenie z racji historycznych zawirowań jest poddane zaburzeniom wewnętrzno-emocjonalnym i obija się to o pokolenie wasze. Takiej różnicy emocji rodzice–dzieci dawno nie widziałem. I tak się zaczyna układać historia dwóch pokoleń. I stąd się pojawia lustracja czy nazwijmy to okres rozliczeń. Słusznych, niesłusznych, ale przede wszystkim potrzebnych.

Czytając Pana scenariusz, myślałam, że rozterki moralne Pana pokolenia brały się z potrzeby wolności, a mojego przeciwnie, z jej nadmiaru.

I to jest słuszna obserwacja. Całe moje życie jest nastawione na to, żeby iść w kierunku wolności. Ale zrozum mnie dobrze: iść. Wiem, że nigdy nie dojdę. I to mi wystarcza. Bo to jest silna motywacja. I to, co mi dzisiaj przeszkadza u młodych, to brak tej siły. Siły i walki.

Daje Pan temu wyraz w filmie. A tłem do tego jest temat, który mnie nurtuje. Jak to jest, że o ile antybohaterowie PRL-u są odbierani dość jednoznacznie, to nie ma potępienia dla tych, którzy dzisiaj kłamią, kompromitują, donoszą?

Tak, faktycznie, nie poddaje się tego ocenie. Kiedyś wezwałem do siebie studenta, który sfałszował mój podpis w indeksie. Mówię do niego: „Sfałszowałeś mój podpis”, a on na to: „Ale pan mi dał zaliczenie”. I tak trzy razy powtórzyliśmy te słowa jak mantrę, aż zrozumiałem, że on nie wie, o co ja mam do niego pretensje. I nie uważa, że zrobił coś nagannego. I wtedy narodził się bohater mojego filmu. Człowiek pogubiony, z nieco przetrąconym kręgosłupem, który wie, że powinno się robić inaczej, ale…

Czytaj także: Był nieobecnym ojcem, z synem wiele musieli sobie wyjaśnić. Jerzy Stuhr nie żyje

Więc to nie jest jeszcze stracone pokolenie?

Absolutnie nie. Ja bardzo wierzę w to, że mój film pokaże, że o to wasze pokolenie naprawdę warto jeszcze walczyć.

Więc dla kogo jest „Korowód”? Dla Pańskiego czy naszego pokolenia?

Zdecydowanie dla waszego. Mo­je może doznać tylko pewnej ulgi, że wystąpił ktoś, kto ich nie potępia. Kto próbuje zrozumieć, jak okaleczeni poprzednim systemem ludzie już cierpią. Mnie interesuje ich stan emocjonalny. Jak się muszą męczyć, jakie rozmowy w domu prowadzą, jak się czują, gdy im ktoś nie podaje ręki, jaki panuje wokół nich ostracyzm. Myślę, że wielu moich kolegów karę przeżywa od dwudziestu lat. Bo wina i kara są w człowieku. I jakby to było w „Korowodzie” widoczne, czułbym wielką satysfakcję.

NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH

Ma Pan poczucia misji?

Nie. Tu jestem bardzo realistycz­ny. Bo misja to nie ja. To czas pokaże. Ja robię to, co czuję i myślę. Co mnie drażni, gnębi.

Reżyserując, przeżywa Pan coś w rodzaju katharsis?

Uważam, że głośna dyskusja na każdy temat uwalnia z „czegoś”. A film też jest formą dyskusji. Upubliczniam swoje problemy poprzez film. Nagle się okazuje, że miliony ludzi czują to samo. „Pogodę na jutro” robiłem z przekonania, że błędy rodziców odbijają się w dzieciach.

Pan to widzi na swoim przykładzie?

To jest, niestety, najbardziej drażniące i bolesne. Kiedy widzisz swoje wady u swoich dzieci. Cóż... To jest naprawdę straszne.

Przeczytałam gdzieś, że uderzył Pan swojego syna jeden jedyny raz, za kłamstwo właśnie.

Tak, i ja też dostałem w twarz od mamy za kłamstwo. Raz w życiu.

Nie toleruje Pan kłamstwa?

Nie toleruję kłamstwa, bo jestem aktorem. Aktor widzi kłamiącego jak na patelni. Są zawody, które interpretują rzeczywistość: aktor, polityk, dziennikarz, adwokat. Wszyscy używają podobnych środków. Ale aktor tą interpretacją robi najmniej krzywdy. On to robi niewinnie, zabawiając ludzi. Największy wysiłek w życiu wkładam w to, by moja najbliższa rodzina nigdy nie wyczuła, że coś gram.

Udaje się?

To jest straszna praca, ale myślę, że się udaje. Dzieci są dorosłe i już widzę, że przejęły pewne moje zasady. A więc udało się z grubsza. Poza tym moja żona to barometr prawdy. Jest jak skała.

Musi Pan lubić kobiety, bo w Pana filmach są one po prostu dobre.

Są dobre. Może grubszą kreską rysowane. Ktoś mi zarzucił, że moje filmy są patriarchalne, ale ja przecież opowiadam o sobie.

Przy okazji „Historii miłosnych” tłumaczył Pan, że chce niejako zadośćuczynić kobietom krzywdę, jaką wyrządziło im polskie kino, pokazując je powierzchownie i brutalnie.

Polski film nie miał szczęścia do wspaniałych żeńskich ról.

Miałam nadzieję, że ma Pan po prostu sentyment do kobiet?

Mam również ostrożność w stosunku do kobiet. Wiem, że ich nie rozumiem. Ale jak nie rozumiem, to zostawiam role kobiece do obserwacji. Mam wrażenie, że piszę je najsłabiej. Zostawiam spory margines dla aktorek, które zainspirowane moją historyjką zaczynają opowiadać. A ja tylko słucham i wybieram, co mnie interesuje. I tak wiele aktorek stworzyło u mnie więcej niż role. Bo one się w nich wyzwoliły.

Sprawdź też: Jerzy Stuhr omal nie pojawił się na własnym ślubie! Pomógł mu... Janusz Rewiński

Żona Pana inspiruje?

Inspiruje, kiedy piszę sceny intymne. Samą scenę ułożyć łatwo. Najtrudniejsze są dialogi. Scenariusze piszę na komputerze, a jak przychodzi dialog w scenie intymnej, przechodzę na pióro. I wtedy często czytam go żonie. Pytam: „Co byś powiedziała?”, „A jak byś zareagowała?”. Mówię: „Podam ci przykład, który za chwilę ludzie będą mogli zobaczyć na ekranie. Siedzisz. Męża nie ma od dwudziestu godzin. Nie wiesz, co się stało. I dzwoni telefon. Co byś zrobiła?”. „Sparaliżowałoby mnie. Nie mogłabym go podnieść” – mówi żona. I jest taka scena.

Czuje się Pan doceniony jako autor?

To, że na moją myśl ktoś mi daje tych parę milionów złotych, jest powodem do satysfakcji, ale i strasznym obciążeniem. Kiedy robiłem pierwszy film, Krzysiek Kieślowski powiedział mi: „Uważaj, dadzą ci pieniądze. Będzie ci ta forsa ciążyć”. I rzeczywiście często się budzę w nocy i myślę: „Jezus Maria, jakie to jest głupie! Wydaliśmy tyle pieniędzy!”.

NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH

Ale krytycy już nie numerują pana filmów?

Może się zdarzyć (śmiech). „To już szósty pański film!”. To obłęd. Moimi kolegami są włoscy artyści Roberto Benigni, Nanni Moretti. To też są aktorzy. A przecież również robią filmy i żaden włoski widz nie mówi: „To aktor zrobił ten film”. Bo aktor to też jest przecież człowiek filmu. Raz stoi przed kamerą, raz za. A u nas? To też jest jakaś prowincja…

Nie chce Pan już być aktorem?

Na to składa się parę rzeczy. Moje pokolenie, jeśli chodzi o teatr, było pod ogromnym wpływem Grotowskiego. Nasze aktorstwo jest strasznie fizyczne. Teraz już się tak nie gra. Ja nie umiałbym tak wejść na scenę i po prostu przegadać rolę. Ale z biegiem lat sił mam coraz mniej i z powodów kondycyjnych nie mogę już uprawiać takiego rodzaju aktorstwa, do jakiego się przyzwyczaiłem. Moje pokolenie nie lubiło grać. My na scenę szliśmy się męczyć. Siedzieliśmy w garderobie i mówiliśmy: „I znowu trzeba wyjść przed publiczność...”.

Nie lubi się robić tego, co trzeba?

Właśnie. Dobrze mówisz. Myśmy mieli poczucie, że trzeba. Trzeba. Ale zawsze mam taki niepokój w sobie, czy jakiejś szansy w aktorstwie nie zmarnowałem. Jakbym się tak przyłożył, to mógłbym być drugim Łomnickim. Ale się nie przyłożyłem. Kiedyś odwiedziłem Łomnickiego w teatrze w Zakopanem. Pół widowni, bo to poza sezonem. Wchodzę, on zlany potem. Pytam: „Po co ci to Zakopane?”. „Bo chcę umrzeć na scenie” – żartował. I umarł.

Pan nie ma takich ambicji?

Nie… Uważam, że przez ostatnich piętnaście lat dzięki reżyserii dana mi została tak wielka szansa wypowiedzenia czegoś od siebie ludziom na całym świecie, że nie przedłożyłbym żadnej roli teatralnej i filmowej nad tę możliwość.

Pierwszy scenariusz pisał Pan...

Nieświadomie. Namówił mnie do tego operator, dając mi „Spis cudzołożnic” Pilcha.

Czyli pisał Pan scenariusz, wiedząc, że zagra w tym filmie główną rolę?

Taki był pomysł. Jeżeli decyduję się opowiadać osobiste historie, to kto ma to firmować twarzą? Bogusława Lindę mam wynająć? Konsekwencje wyborów trzeba ponosić do końca.

W ostatnich Pana filmach gra Pana syn. Kto chce z kim pracować?

Ja. Jego ta współpraca podejrzewam, czasem trochę uwiera. Nie zatrudniłbym go jednak, wiedząc, że do tej roli nie jest najlepszy.

 Maciek jest dobrym aktorem?

Zaczyna być. Przekonał mnie ostatni jego sezon teatralny. Rola u Warlikowskiego, u Jandy. Wcześniej nie trafiał dobrze. Aktor źle obsadzony nie ma szans.

Jako osoba notorycznie oskarżana o nepotyzm muszę zapytać, czy nie miał Pan obaw, że pojawią się zarzuty, iż promuje Pan własnego syna?

W ogóle się tym nie przejmuję. W naszych zawodach przecież zawsze tak było. To są rodzinne zawody. Zresztą ja nie mam żadnych kompleksów, bo Maciek udowadnia, że ma prawo wykonywać ten zawód. Zdobył sobie pozycję bez mojego wsparcia.

Czytaj też: Jerzy Stuhr nie żyje. Z ukochaną żoną tworzył wspaniały związek przez ponad 50 lat

Rodzice trenerzy są zwykle dla swoich dzieci bardziej wymagający niż wobec innych zawodników.

I w naszym przypadku też tak jest. Często mam wyrzuty sumienia, że jak Maciek występuje, nie ma we mnie entuzjazmu. Bo zacznę oglądać i myślę: „Byk! Byk! Dobrze! Dobrze! Byk!”. Jak trener. Teściowie są łaskawsi dla mojego syna. Ale ja mu mówię: „Maciek, ja ci kazałem wybierać ten zawód? Trzeba było iść na Akademię Górniczo-Hutniczą, to bym nic nie mówił”. A on już okrzepł i przyzwyczaił się do moich ocen. Bo na początku było mu przykro.

A gdyby Maciek napisał scenariusz, zagrałby Pan u niego?

Jakby scenariusz był dobry i zasadne byłoby obsadzenie mnie, to tak. Może nawet życzyłbym sobie, żeby też poszedł taką drogą…

Powiedział Pan kiedyś, że gdyby mógł Pan powtórzyć życie, to przede wszystkim pisałby Pan.

Dzisiaj też podpisałbym się pod tym.

Scenopisarstwo wypełnia lukę po niezrealizowanej miłości do pisania?

Absolutnie. I okazało się, że do tego też mam zdolności. Za późno je jednak odkryłem. Jakbym szybciej znalazł w sobie umiejętność ułożenia historii i zwerbalizowania jej, nie pchałbym się do aktorstwa. Ani nawet do reżyserii. Bo w pisaniu nie jesteś uwiązany. Siedzisz w domu. Sam... A ja z natury jestem raczej samotnikiem. To jest wolność.

Rozmawiała Aleksandra Kwaśniewska

Zdjęcia RAFAŁ MILACH 

NIE UŻYWAĆ PONOWNIE, Jerzy Stuhr, Aleksandra Kwaśniewska, Viva! 2007
Fot. RAFAŁ MILACH

Redakcja poleca

REKLAMA

Wideo

„Miałem szczęście do kobiet”… Jerzy Stuhr o mamie i babci w ostatnim wywiadzie dla VIVY.pl

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANITA SOKOŁOWSKA zdobyła sympatię widzów jako Zuza w „Przyjaciółkach”. Wytańczyła Kryształową Kulę. Teraz przyszedł czas na realizowanie swoich projektów i marzeń. URSZULA DUDZIAK I GRZECH PIOTROWSKI: dwie silne osobowości, dwa pokolenia. Diwa jazzu i wirtuoz saksofonu połączyli siły w niesamowitym projekcie „WE” dla pokoju na świecie. KRZYSZTOF MIRUĆ: architekt z wykształcenia, osobowość telewizyjna, z zamiłowania projektant wnętrz o swojej drodze do sukcesu.