Agata Tuszyńska, NIE UŻYWAĆ PONOWNIE
Fot. Kajus Pyrz/KLK
URODZINY GWIAZD

Agata Tuszyńska: „Żyłam w drodze przez wiele lat, bo nie potrafiłam inaczej. Coś mnie gnało, nie pozwalało przystanąć”

Pisarka i poetka obchodzi dziś urodziny!

Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska 25 maja 2022 06:58
Agata Tuszyńska, NIE UŻYWAĆ PONOWNIE
Fot. Kajus Pyrz/KLK

Wspaniała pisarka i poetka... Agata Tuszyńska obchodzi urodziny! Na koncie autorki nie brakuje interesujących, wzruszających pozycji. „Rodzinna historia lęku”, „Narzeczona Schulza”, „Ćwiczenia z utraty”, „Ćwiczenia z utraty” - to tylko niektóre z nich. Niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się nowa książka Agaty Tuszyńskiej pt. „Żongler. Romain Gary”. Z okazji urodzin pisarki, przypominamy wywiad VIVY! z 2015 roku. To wyjątkowa, osobista rozmowa o utraconej, wielkiej miłości, nadziei i pasji. 

Archiwum VIVY!: Agata Tuszyńska w poruszającej rozmowie 

Wywiad z Agatą Tuszyńską w 2015 roku dla VIVY! przeprowadziła Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska. 

Pokochała Toronto od drugiego wejrzenia i dopiero wtedy, gdy zobaczyła je oczami kogoś, kto kochał ją. Od tego czasu stało się jej drugim domem, azylem, miejscem, gdzie wracała po miłość i szczęście. Z najważniejszym mężczyzną życia tu właśnie spędziła najpiękniejsze chwile, gdy pulsowało ich uczucie, namiętność, wspólne pasje, i najtragiczniejsze, gdy on walczył z chorobą i umierał. Ile trzeba mieć odwagi, by wyruszyć w tak bolesną podróż? Z pisarką i poetką Agatą Tuszyńską do Toronto pojechała Katarzyna Przybyszewska.

Za nami prawie zamarznięty wodospad Niagara. Z Agatą Tuszyńską w podróż wspomnień pojechała redaktor naczelna VIVY! i autorka wywiadu Katarzyna Przybyszewska. „Za każdą moją podróżą stoi człowiek albo literatura. Do Paryża przywołał mnie Flaubert, Balzac i Zola, do Moskwy Czechow. Do Tel Awiwu, Nowego Jorku i Miami jeździłam śladami Bashevisa Singera. Toronto przez lata było dla mnie wyłącznie miastem Henryka”.

E-mail przyszedł wieczorem 4 lutego. „Pani Kasiu. Posyłam kilka naszych z H. wspólnych zdjęć. Cieszę się na ten wyjazd i trochę się boję. Pozdrawiam. A.T.”.

Ja też się boję tej podróży. Jak żadnej innej. Mamy oglądać miejsca, które przecież wciąż istnieją, za to wspominać człowieka, którego już nie ma. Ktoś inny na jej miejscu pewnie by nie wrócił. Dla większości ludzi ucieczka jest najlepszą formą terapii po stracie ukochanej osoby. Wspomnienia bolą, zwłaszcza gdy z miejscem związane są piękne historie. „Tu chodziliśmy na bajgle, tu na rolki. Tu zwykle wybieraliśmy kwiaty, stąd zachód słońca wyglądał najlepiej”. Jak więc potem wrócić tam, gdy oglądaniu TEGO świata TEN ktoś już nie towarzyszy?

A było tak. Ona to Agata Tuszyńska, pisarka, poetka, kobieta w drodze. W pogoni za kolejnym bohaterem, kolejną historią. W pogoni za czasem, którego wciąż jej było mało.  On to Henryk Dasko, przedsiębiorca, eseista i tłumacz. Polski Żyd, marcowy emigrant 68 roku, który w Toronto odbudował swoje życie.  Połączyła ich miłość, wspólna żydowska genealogia, pasja do słowa, do sztuki, do odkrywania świata. Piętnaście lat życia między kontynentami. Samoloty linii Warszawa-Toronto, Toronto–Warszawa i inne: do Nowego Jorku, Bostonu, Paryża, Genewy, Rzymu, Tel Awiwu… Listy, telefony, e-maile, potem wspólny dom w Toronto, który on dla niej stworzył, a ona bała się w nim zamieszkać. Byli jeszcze razem w chorobie. Rozłączyła ich jego śmierć. 

Dziewięć lat później wędrujemy ulicami Toronto. Zima. Jezioro Ontario pokryte lodem, zamarzł niedaleki wodospad Niagara, a całe miasto zasypał gęsty śnieg. Mróz szczypie w policzki, zatyka oddech. Przed nami kolejne miejsca, niemi świadkowie życia, świadkowie nieobecności. Jak to wszystko opowiedzieć? Jak pytać?

Zobacz też: Agata Tuszyńska: „Być może poznałam mojego męża po to, żeby go przeprowadzić przez chorobę”

Kiedy po raz pierwszy przyjechała Pani do Toronto?

W lutym 1992 roku. I wcale nie z powodu Henryka, którego zresztą już znałam. Zbierałam materiały do książki o profesorze Hilarym Koprowskim, twórcy szczepionki na polio, a w Toronto mieszkali jego przyjaciele, którzy mieli mi o nim opowiedzieć. Byłam wtedy od kilku miesięcy na stypendium Fulbrighta w Nowym Jorku. Może dlatego Toronto wydało mi się wtedy o wiele mniej atrakcyjne niż pulsujący życiem, ekscentryczny i ekscytujący Nowy Jork. Dziś myślę, że popełniłam błąd w moim kontakcie z tym miastem. Nikt nie lubi być porównywany z kimś innym…

Podobno z miastem jest jak z nowo poznanym człowiekiem. Liczy się pierwsze wrażenie.

Czasem jednak bywa mylące. I tak się stało i w tym przypadku. Moje kolejne wizyty w Toronto związane były już tylko z Henrykiem i wszystko wydało mi się zupełnie inne. Zawsze „czytam” miejsca oczami ważnych dla mnie ludzi. Rzadko wyruszam w drogę wyłącznie z turystycznych powodów. Za każdą moją podróżą stoi człowiek albo literatura. Do Paryża przywołał mnie Flaubert, Balzac i Zola, Boy i Irena Krzywicka, paryska „Kultura” i Jerzy Giedroyc. Do Moskwy Czechow i Dostojewski. Do Tel Awiwu, Nowego Jorku i Miami jeździłam śladami Bashevisa Singera. Była też Tamara Łempicka w Meksyku  i legenda sybiraków w Irkucku… I choć znałam „Wariacje Goldbergowskie” w interpretacji Glenna Goulda i prozę Alice Munro, miasto nad jeziorem Ontario przez lata było dla mnie wyłącznie miastem Henryka. Patrzyłam na nie jego oczami, z perspektywy jego doświadczeń. 

Lubi Pani życie w drodze?

Żyłam w drodze przez wiele lat, bo nie potrafiłam inaczej. Coś mnie gnało, nie pozwalało przystanąć. Czułam zresztą wtedy, że mam skrzydła.

To ucieczka czy sposób na życie?

Nigdy nie uważałam, że to była ucieczka. Raczej zachłanna ciekawość świata. Swoista żarłoczność. Na zwierzenia, historie, smaki, krajobrazy. A także zaspokajanie potrzeby wyzwania i przygody. Lata 80., 90. i początek XXI wieku to okres ciągłego bycia w drodze. Czasem wracałam do Warszawy jedynie przepakować walizkę. Nie potrafiłam znieść bezruchu, zaakceptować jednego widoku z okna. Roznosiła mnie ciekawość, chciałam poznawać stale nowych ludzi, pochylać się nad ich losem, rozwiązywać tajemnice. Opowiadać światu ich fascynujące historie. Miałam wrażenie, że czasu jest coraz mniej, że nie zdążę, że w każdej chwili może nastąpić koniec. Może to pozostałość po wojennych doświadczeniach mojej rodziny albo efekt pracy z ludźmi starymi, którzy nie przestawali odchodzić… Często spóźniałam się na ich śmierć. Na przykład autora „Sztukmistrza z Lublina”… Byłam niewątpliwie uzależniona od podróży i pracy, pracy i drogi. Trudny czas, ale pełen radości i odkryć, niezwykłych spotkań i pokory wobec cudzego cierpienia. Tak chciałam. Tak musiałam. 

Kobieta żyjąca w drodze to wyzwanie dla mężczyzny.

Chyba tak, ale nie myślałam o tym. Moi ówcześni partnerzy jakoś to znosili. A potem… mój najważniejszy mężczyzna to zaakceptował. Kochał mnie taką, jaka byłam, razem z moim szaleństwem, robotą i komplikacjami, nie tylko terytorialnymi. A poza tym mam wrażenie, że i jemu takie życie odpowiadało. Przez ocean, na dwóch kontynentach. Blisko i daleko, w gorączce i z długimi okresami tęsknoty. Dużo pracy i chwile wspólnego oddechu. On tutaj, w Toronto, miał swój świat – dom, przyjaciół, dzieci. Ja w Warszawie miałam swój – rodziców, bliskich  i pracę. Latami budowaliśmy naszą bliskość ze spotkań w różnych zakątkach globu. Nasz związek był żarliwy i dynamiczny. Ciekawy, gorący,  namiętny. Lotniska, rozstania i planowanie kolejnych wizyt. To bardzo mobilizuje miłość. Zaklina ją. Sprawia, że wspólne życie nigdy nie staje się rutyną, ciągle jest przygodą. Po kilku latach Henryk zdecydował się na stworzenie dla nas wspólnego miejsca w Toronto. Kupił dom. A ja nigdy nie przeniosłam się tam na stałe. Nie poświęciłam dla niego swojej wolności i pasji. On to wiedział i rozumiał, nie nalegał. Czuł, że gdyby mnie zamknął w tym wspaniałym przecież domu, straciłby mnie bezpowrotnie. Uschłabym z tęsknoty za poprzednim życiem. Zastanawiałam się, na ile miłość ubezwłasnowolnia i ogranicza. Jak kochać i pozwolić temu drugiemu zostać sobą, czyli realizować to, co najważniejsze. Po odejściu męża patrzę na świat inaczej. Oboje zbyt wiele czasu poświęcaliśmy pracy. Zdarzało się, że była ważniejsza niż nasze wspólne chwile. Tak bardzo mi ich brakuje. Gdybyśmy wiedzieli… inaczej planowalibyśmy przyszłość. Tymczasem za długo żyliśmy w drodze. 

Agata Tuszyńska, NIE UŻYWAĆ PONOWNIE
Fot. Kajus Pyrz/KLK

Spotkaliście się w 1991 roku…

…w Nowym Jorku, gdzie dostałam stypendium Fulbrighta, na studia na Uniwersytecie Columbia i szukanie śladów noblisty znad Wisły, Isaaca Singera. Nikogo tam wówczas nie znałam. Moja przyjaciółka z Paryża powierzyła mnie opiece swojego kolegi z Toronto… Skutecznie! Szybko zadzwonił i zaprosił mnie na kolację. I to się nazywa „coup de fou-dre”! Miłość od pierwszego wejrzenia. Sama bywałam tak zakochana, ale nigdy przedtem nie byłam obiektem podobnej adoracji. Kwiaty, listy, książki, prezenty, telefony, zaproszenia… I znowu kwiaty. I ja byłam nim zafascynowana. Przystojny, błyskotliwy, czarujący, ale przede wszystkim niesamowicie inteligentny. Miał niezwykłe poczucie humoru, olbrzymią wiedzę, fotograficzną pamięć, co pozwalało mu cytować z pamięci fragmenty ulubionych książek Tadeusza Konwickiego, Kazimierza Brandysa albo Vladimira Nabokova lub Philipa Rotha, każdego w języku oryginału. Z nikim innym ani przedtem, ani później tak mi się nie rozmawiało. O sztuce, o życiu, o wszystkim, co najważniejsze. Po latach Henryk lubił wspominać to nasze pierwsze spotkanie, twierdząc, że byłam straszliwie wygłodzona i zjadłam aż dwa desery. Miał zacięcie satyryczne, opowiadając, że owinięta w śląskie chusty podobna byłam do rumuńskiej żebraczki… I dla takiej… szybko zdecydował się zmienić całe swoje dotychczasowe życie. 

A Pani kiedy się w nim zakochała?

Jeszcze nie podczas pierwszego wspólnego weekendu na Florydzie… Kiedy poczułam, że razem jesteśmy lepsi. Także dla innych. Że dajemy sobie oparcie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Nie przestawaliśmy mówić, dużo się śmialiśmy, to samo nam smakowało – w książkach, muzeach, w podróżach. Długo wierzyłam, że nic złego nie może nam się stać. 

W 1993 roku przyjeżdża Pani do Toronto. Tym razem do Henryka.

Zamieszkaliśmy w starym hotelu Plaza. Pisałam książkę o Singerze, której fragmenty Henryk z radością czytał i komentował. Celnie, ze znajomością rzeczy, erudycją i życzliwością. Od tego momentu był już do końca pierwszym czytelnikiem moich książek. Dużo mi o sobie wtedy opowiadał. O dramacie wyjazdu z Warszawy, poczuciu krzywdy, konieczności zmiany języka. O obcym, mroźnym Toronto i jego dwóch ulicach – Yonge i Bloor, po których, kiedy się tutaj pojawił w 1970 roku zimą… spacerowały białe niedźwiedzie. 

To czemu je wybrał?

Przypadek. Najpierw wyjechał do Kopenhagi, Skandynawia udzielała szczodrej pomocy żydowskim emigrantom z 1968 roku. Niektórzy tam zostawali, inni ruszali w świat. Henryk był człowiekiem literatury, języka, nie wyobrażał sobie własnego życia w duńskim wariancie. Znał angielski, cenił tamtejszych pisarzy, ale Ameryka toczyła wojnę w Wietnamie, nie chciał przykładać do tego ręki. A w Toronto mieszkał jego stryj… Marzył o Nowym Jorku, to miasto zamieszkane przez żydowskich intelektualistów było dla niego ważnym punktem odniesienia. Często o tym mówił. Często w Nowym Jorku razem bywaliśmy. Henryk, co mi szalenie w nim imponowało, do wszystkiego doszedł sam. A zaczął od pracy w pończoszarni, jakby żywcem przeniesionej z powieści Dickensa. Od liczenia elastycznych rajstop doszedł do własnej, nieźle prosperującej firmy marketingowej. Zbudował dom, rodzinę, wychowywał dwóch synów. Przez wiele lat nie miał kontaktu z Polską, marcowe wygnanie do końca dotkliwie przeżywał. Miał wielkie plany. Talent literacki i translatorski doskonalił chałupniczo, po godzinach pracy zarobkowej. Ale z czasem i te jego umiejętności doceniono. Pisywał znakomite eseje o ważnych dla siebie pisarzach, jego tłumaczenia na żywo zaproszonych z Polski gości, polityków i twórców, przeszły do legendy. Wydawało się, że jego życie ma już pewien utarty trakt. I wtedy się poznaliśmy.

Czy próbował przekonać Panią do Toronto?

Kanada to bardzo przyjazny kraj. Od razu to czułam. Wiele w nim kultur, tradycji i kuchni. Kolorów skóry i przekonań. A z Toronto dostawałam to, co najlepsze. A było najlepsze, bo „należało” do niego. Dla nas obojga najważniejsze były książki. Kupował je stale, przywoził zewsząd – z Nowego Jorku, z Paryża, Frankfurtu, Warszawy. Białe kruki z lat 50. i albumy o samochodach, opracowania o wojnie w Hiszpanii i kartki z dziejów komunizmu. Książki wypełniały kolejne pokoje, a w domu kolejne piętra. Nie sądziłam, że chodzi też do biblioteki. A jednak. Z dumą pokazał mi olbrzymią betonową Robarts Library, piątą co do wielkości bibliotekę na tym kontynencie. Podobno ulubioną przez Umberto Eco. Wiele godzin spędzaliśmy też wspólnie nad kawą w księgarniach. „Serce miasta bije tam, gdzie są książki”. Przedstawił mnie wszystkim swoim przyjaciołom, a ludzi potrzebował i umiał o nich dbać. Odwdzięczyli mu się za to po wielekroć w chorobie. Powoli wchodziłam w krąg osób, z którymi dzielił życie. Ale ciągle najwięcej czasu spędzaliśmy razem. Także w parkach, wśród zieleni, nad jeziorem. Lake Ontario jest wielkie jak morze, wzdłuż niego są deptaki, kawiarnie, ścieżki rowerowe, ogrody i miejsca, gdzie obserwuje się ptaki. Jeździliśmy tam często na rowerach lub wrotkach, z jego dziećmi, z kolegami. Spędzałam tam dwa długie miesiące lata. To miasto jest naprawdę zielone. Na jednego mieszkańca przypada dziesięć drzew. A później w ogrodzie mieliśmy świerki i brzozy,  dąb i klon kanadyjski o czerwonych liściach. Wieczorami przychodziły szopy pracze, niekiedy całymi rodzinami… ale to lubiłam mniej.

I tak Toronto stało się dla Pani miastem miłości…

Mieliśmy swoje drogi, swoje szlaki. Swoje tajemnice. Ulubione restauracje, zawsze miałam ochotę na tajską lub chińską. Na zakupy owoców i warzyw na Kensington Market, na nową wystawę w ROM-ie (Royal Ontario Museum) albo Muzeum Butów. Lubiliśmy oboje licytacje i aukcje antyków, szukaliśmy rysunków i rekwizytów z lat 30. w galeriach na  Queen Street. Fotel, stojak, lampa, kałamarz, suszka. Chodziło o wspólną zabawę… w tych niewielu chwilach wolnych od pracy. W moim gabinecie na torontońskiej ulicy, gdzie stał nasz dom, pisałam. Po długich podróżach w poszukiwaniu bohaterów, świadków, archiwaliów, dokumentów siadałam przy dębowym biurku i starałam się „odrobić” lekcje. Pisanie sprawia mi trudność. Wymaga dyscypliny. Henryk to rozumiał. Wspierał i dopingował. Potrafił być surowym krytykiem, gdy sądził, że to pomoże. Przy nikim nie czułam się tak zdolna, a czasami tak mało utalentowana. Ale wiedziałam, że jestem bezpieczna. Był dla mnie oparciem. Kochał mnie jak kobietę, ale kochał we mnie również pisarkę, która potrafi składać słowa, zdania, rozdziały… Bardzo brakuje mi jego obecności przy kolejnych moich książkach. Skończyłam właśnie czwartą bez niego… „Narzeczoną Schulza”… Wieczorami przychodzili przyjaciele: Polacy, Rosjanie, Żydzi, Kanadyjczycy… Piliśmy wino w ogrodzie. Wpadali sąsiedzi – Chińczyk, Węgier, Amerykanin. Zdarzało nam się recytować wiersze w różnych językach. Zmierzch przychodził późno. Dobrze mi było w tamtym rytmie. Przy nim. 

Czytaj też: O spektakularnym oszustwie Romaina Gary'ego mówił cały świat. Prawda wyszła na jaw po samobójczej śmierci pisarza

Ale nie na tyle, by się tu przeprowadzić na stałe.

Czegoś się bałam… Czego? Może że jak zostanę, coś stracę. Co? Pulsowanie świata? Obawiałam się, że nie będę już mogła wyjeżdżać, kiedy mam ochotę, nie będę mogła pracować, być wszędzie? Że będę musiała jednak ten jeden widok z okna oswoić, pogodzić się z tym, że to jest już „ten” widok… Sama już nie wiem… Bałam się tej naszej wizyty, od śmierci Henryka minęło dziewięć lat, myślałam, że to będzie zbyt trudne, bolesne wędrowanie. Tymczasem poczułam, że ja to wszystko miałam. Byłam już szczęśliwa. To miasto było moje, jezioro było moje, i dom. Droga na kawę, na kampus, do klubu. To jest, zostało we mnie. Mogę rozpaczać, że musiało się skończyć, choć walczyliśmy wszystkimi siłami, ale przecież JEST. Można to nazwać wspomnieniem, pamięcią, lub po singerowsku – „drugą stroną księgi świata”, jakkolwiek. Jesteśmy zaklęci w tych miejscach, widokach, zapachach. I z tym idę dalej przez życie. 

Czy, Pani zdaniem, życie dzieli się na etapy i ludzi w życiu mamy na etapy?

Nie wiem. Życzyłabym sobie, żeby Henryk był ze mną dalej… Mieliśmy się razem zestarzeć. Tyle mieliśmy planów. Narty, Rio, książki, fundacja, jego pisanie… Jeśli się znajdzie kogoś takiego, nie wolno pozwolić mu odejść. Starałam się. Oboje się staraliśmy. Kiedyś myślałam, że świat się zawali, jeśli nie napiszę kolejnej książki. Dziś oddałabym wszystkie książki, które jeszcze mam napisać, za to, żeby on tu był, żebyśmy mogli razem pojechać gdziekolwiek, nawet do Ciechocinka… Za dużo czasu spędziliśmy osobno.

Jak wyglądało to Wasze wspólne, osobne życie? 

Spotykaliśmy się na lotniskach na całym świecie. Ja leciałam z Warszawy, on z Toronto. Długie, czułe przywitania. W Genewie, gdy jechaliśmy na narty, w Paryżu lub Berlinie na wystawach, w Nowym Jorku…Nieustannie do siebie dzwoniliśmy. Obsesyjnie. Swego czasu wydawał fortunę na telefony. Musieliśmy jakoś wypełnić tę przestrzeń nieobecności. Dwa razy w roku, kiedy studenci mieli wolne, przyjeżdżałam do Toronto na dłużej. Miałam tutaj drugi dom, drugi zestaw niezbędnych do życia rzeczy – książki, sukienki, buty… Henryk był niezwykle uważny, pamiętał o drobiazgach. Wiedział, co kto lubi, co komu sprawi przyjemność. Znał nie tylko moje ulubione dania, perfumy, wina i kwiaty. Wiedział też, jakie cygara szczególnie lubi ogrodnik, i jakie czekoladki jadają dzieci sąsiadów. Zaskakiwał mnie tym. Uczyłam się od niego. Przyjaciół rozpieszczał. 

A jednak, jak Pani pisała, to były dla Pani „wakacje od życia”.

I do teraz nie potrafię powiedzieć, dlaczego… Ta rzeczywistość tutaj była mi jakby pożyczona. To było bardziej jego miejsce niż moje, a ja potrzebuję swojej przestrzeni. Staram się rozumieć te obawy po latach. Bez skutku. Może nie chciałam być przez niego zawłaszczona. Dużo czasu minęło, zanim odnalazłam tu siebie, na swoich warunkach. Dlaczego nie chciałam zamknąć drzwi w Warszawie i tutaj zostać? Wciąż zadaję sobie to pytanie. 

Agata Tuszyńska, NIE UŻYWAĆ PONOWNIE
Fot. Kajus Pyrz/KLK

Rok przed tym, gdy dowiedzieliście się Państwo o chorobie Henryka, w samolocie na trasie Toronto–Warszawa, napisała Pani list: „Nie myślałam, że staniesz się najważniejszy. Będziemy razem, chcę wierzyć, że nadejdzie nasz wspólny czas. Że starczy go dla nas w zamęcie codzienności. Boję się, że nie doczekamy się tego. Wszyscy dokoła umierają, tak szybko i bezlitośnie. Pomyśl o tym, gdy będziesz wybierał dla nas kolejne osobne miesiące”. Czyżby miała Pani jakieś przeczucia?

Że coś takiego spotka Henryka? Absolutnie nie. 

To czemu Pani tak wtedy napisała? 

Zawsze się bałam, że mam mało czasu, że muszę zdążyć, że coś się stanie. I stąd, jak mówiłam, moje zachłanne podróżowanie, spotykanie się z ludźmi, praca ponad siły. To ja zanudzałam Henryka nonsensownymi opowieściami o katastrofach samolotu. Ćwiczyliśmy w żartach humoreskę nieocenionej i ulubionej przez nas oboje Stefanii Grodzieńskiej: „Co byś zrobił, gdybym umarła?”… To wszystko było głupie gadanie, a on zawsze był ten silny, któremu nigdy nic stać się nie może. A jednak to on zachorował, nie ja…

 Jeden e-mail z zawiadomieniem o chorobie i, nie zważając na nic, robi Pani to, na co nie była gotowa przez 15 wspólnych lat. Natychmiast wsiada Pani w samolot i życie przenosi do Toronto.

Henryk napisał krótko: „Jestem w szpitalu. Podejrzewają guza mózgu. Nie przyjeżdżaj. Będę informował”. Natychmiast zarezerwowałam lot do Toronto. Nie mogłam zrobić inaczej. Jeszcze tylko na chwilę pojechałam do Warszawy, żeby zlikwidować wszystkie sprawy, odwołać zajęcia na uniwersytecie, załatwić to, co trzeba załatwić. A potem kupiłam bilet do Toronto. W jedną stronę. Szykowaliśmy się do walki. Oboje. Nie mógł zostać w tej walce sam. 

I tak Wasze miasto miłości zamienia się w miasto umierania. To już inna geografia.

Inna, choć pory roku zmieniały się w stałym rytmie. Choroba rysuje inne granice. Szpitali nie było dotychczas na mapie naszego świata. A w naszym słowniku medycznej nomenklatury. Świat choroby toczył się w obcym języku i na obcym terenie dwóch wielkich kanadyjskich szpitali: Western i Princess Margaret. Neurochirurgia i onkologia w swoim najnowocześniejszym wydaniu. Z pełną okrucieństwa szczerością wobec pacjenta i jego bliskich. Operacje, naświetlania, chemia. Scenariusze znane od innych teraz dotyczą nas. Miasto zmienia twarz. I tylko w krótkich momentach odwrotu choroby staramy się odnajdywać dawne ślady: miejsce przy stoliku w kawiarni, na ławce na skwerze, nawet nad jeziorem na Misty Point, gdzie kiedyś jeździliśmy na rowerach… Każdy taki moment był cudem. Henryk nawet stanął jeszcze po operacji na ośnieżonej górze i tańczył na swoim weselu. Nie miałam złudzeń, że to będzie trwało. W kolejnych szpitalnych kątach czekały na nas deptane znajome ścieżki. 

 I teraz Pani musiała zaopiekować się mężem. Pani, która nawet nie znała drogi do banku…

Nauczyłam się. Nie miałam wyjścia. Nagle zostałam sama z tymi codziennymi sprawami, zakupami, logistyką, całym przedsiębiorstwem, które się nazywa dom, ze sprzątaczkami, ogrodnikiem, rachunkami, zupami, napojami… Do tego badania, zabiegi, lekarze, pielęgniarki, rozmowy ostateczne, rozmowy na granicy życia i śmierci. „Czy kontynuujemy tę terapię, jakie jest ryzyko? Czy pacjent wytrzyma? Jakie są konsekwencje? Czy pani jest gotowa na śmierć?”. Czy wytrwamy? Survive. Survive. Po angielsku, po angielsku. Nie dałabym rady bez przyjaciół. Towarzyszyli nam w czasie najtrudniejszej próby. Wytrwali. Jestem z nimi związana już na zawsze. Rozpieszczona Agata musiała nauczyć się kierować nieznanym światem choroby. I minimalizować cierpienie. Nie zastanawiałam się, trzeba było działać. Wszystko musiało być załatwione, kupione, dostarczone do szpitala. Kolejne operacje, zabiegi, opieka. Nie czułam wysiłku, płakałam nad Henrykiem. Heroicznie walczył. Kiedy odszedł, dużo o tym pisałam. Książka „Ćwiczenia z utraty” trzymała mnie przy życiu.

Boli Panią, kiedy o tym rozmawiamy?

Tak, ale już inaczej. Już to w sobie przerobiłam, choć nadal bardzo mi brakuje Henryka. I to w takich zwykłych, codziennych sprawach. Głównie dlatego, że nie mam z kim dzielić się tym, co mi się przydarza. I tak staram się nie zastanawiać, co jeszcze byśmy mogli zrobić razem, bo to nie ma sensu. Boli. Moi przyjaciele mówią, że Henryk chciałby, bym była szczęśliwa. Może. Ale jakoś nie potrafię być szczęśliwa bez niego. 

Dlaczego w tamtym momencie zdecydowaliście się pobrać? I to dwukrotnie. Najpierw w szpitalu, potem w synagodze?

Żeby powiedzieć światu, że oto jesteśmy, żyjemy. Walczymy. Razem. To miało symboliczne znaczenie, szczególnie ten drugi ślub, w synagodze. Pierwszy zwyczajnie ułatwiał mi działanie w szpitalach jako opiekunce mojego męża. Jako partnerka miałam mniejsze prawa do informacji, podejmowania decyzji, dyskusji z lekarzami. A potem… wymyśliłam sobie, że staniemy wspólnie pod chupą, potomkowie polskich Żydów, niewierzący, ale przecież z ich losem związani. To był nasz gest przynależności. Może też chcieliśmy zaznaczyć, że bycie razem jest najpiękniejszym, co nas spotkało, mimo że miałam całkowitą świadomość, że to już długo nie potrwa… Panna młoda, która wie, że zaraz zostanie wdową… Henryk zresztą wielokrotnie prosił mnie o rękę.

Ale Pani nie chciała, nie miała czasu…

Nie wiem, dlaczego wcześniej odsuwałam od siebie tę myśl. Może sądziłam, że małżeństwo to rodzaj ubezwłasnowolnienia, rodzaj oddania się w cudze ręce. Nie wiem…

Czy jak mąż zachorował, znienawidziła Pani miejsca, które były dla Was miejscami szczęścia?

Może to dziwne, ale było odwrotnie. Toronto jest miastem, które ciągle żyje naszym życiem, jest mapą naszego związku. Henryk zmarł 16 września 2006 roku, a ja przez wiele lat nie mogłam stąd wyjechać.

Nie chciała Pani uciec, zapomnieć?

Przeciwnie. Henryk chciał zostać pochowany w Toronto, na żydowskim cmentarzu. Gdyby nie jego życzenie, pochowałabym go w Warszawie, bo tam jest grób jego rodziców. Ale on chciał zostać bliżej synów, żeby mogli go odwiedzać, żeby nie zapomnieli… Nie wyobrażałam sobie wtedy, że mogę go tam samego zostawić. Wydawało mi się, że to będzie zdrada. Nie umiałam też długo opuścić naszego domu. Miałam wrażenie, że im dłużej tam trwam, dotykam naszych rzeczy, naszych książek, sprzętów, Henryk we mnie jest. Po jego śmierci tam właśnie pisałam o jego chorobie i odchodzeniu. I to było właściwe miejsce. Przy tamtym stole, w naszym ogrodzie, z przyjaciółmi na wyciągnięcie ręki. 

Długo mieszkała Pani w tym domu?

Rok. Tak chciał Henryk. Potem dom został sprzedany, a pieniędzmi podzieliłam się z dziećmi. Wyprowadzanie się stamtąd to była kolejna wielka katastrofa. Kolejne, symboliczne przekreślenie naszego życia. Znowu – bez wsparcia przyjaciół – niemożliwe do zniesienia. Pakowanie wspomnień, opróżnianie szuflad i szaf, remanenty i rachunki emocjonalne. Totalne zagubienie. Meble, rzeczy, ubrania. W tym wszystkim nasz mały jamnik, Lonia, zupełnie zagubiony, usiłujący wleźć do każdej walizki, żeby przypadkiem o nim nie zapomnieć. Bardzo się oboje baliśmy tego chaosu i bezdomności. Ale i to minęło. I teraz, po latach, jestem w stanie o tym mówić. Wiem też, że ludzie przeżywali gorsze tragedie… wojnę, getto, śmierć dzieci… Żyli dalej. I ja żyję. Nie dbam już o przedmioty, wszystkie znajdą miejsce na śmietnikach. Nie gromadzę tych tłumów drobiazgów, którymi tak lubiliśmy się otaczać. Nie mnożę kolekcji. Ze wszystkim tym przyjdzie nam się rozstać. Książki, socrealistyczne imponderabilia, żółwie koralowe, szylkretowe i z perłowej macicy. Po co to wszystko? Dla kogo? Długo po wyprowadzce z naszej ulicy chodziłam tam i zaglądałam w okna. Nie mogłam zrozumieć, że to już nie nasze róże i nie nasz klon, a w jego gabinecie ktoś inny siedzi przy biurku. 

Co Pani robiła w Toronto bez Henryka?

Starałam się znaleźć dla siebie miejsce. Widywałam się z przyjaciółmi, którzy dzielili ze mną jego chorobę. Stali się najważniejsi. Źle mi bez nich, z daleka od nich. Nie miałam sił wyjechać. Podróżowałam też trochę po świecie, promując książkę. Napisałam projekt następnej – „Oskarżona: Wiera Gran”… Jeździłam na cmentarz, do Henryka, ale tam go nie znajdowałam. 

Dlaczego wróciła Pani do Polski?

Kiedy zorientowałam się, że żyję jedynie przeszłością, zrozumiałam, że bez niego w Warszawie będzie mi po prostu lżej. Tam już przedtem miałam swój własny kawałek świata. A poza tym rodzina, rodzice, czytelnicy, uniwersytet… Pomyślałam też, że on by tak chciał, bo cały czas mi mówił, że jestem polską pisarką i w Polsce jest moje miejsce. 

Ile można żyć tamtym życiem?

Nie wiem. Nie znajduję sposobu, żeby to zmienić. Singer mówił, że jest gdzieś księga życia, którą możemy czytać wstecz, a każdy z jej rozdziałów ma tam należne miejsce. Więc w tym rozdziale torontońskim, który trwał 15 lat, istnieje i to jezioro, i ten park, i ten dom, i ten uniwersytet, wspaniałe książki w tej brzydkiej Robarts Library. Czy rzeczywiście potrafię przejść dalej? Czy warto? 

Rozdziały się zamyka.

Kiedy pojawiają się następne. 

Teraz mówi Pani jak pisarka.

Co powiedziałaby kobieta? Może gdyby pojawił się mężczyzna mający do zaproponowania coś ważnego… może udałoby się zamknąć rozdział pod tytułem „Henryk”. Tymczasem… po prostu żyję. Piszę, podróżuję, walczę. Powtarzam sobie, że człowiek nie może trwać w rozpaczy. A poza tym: Już byłam szczęśliwa! Nie wszystkim to dane. Próbuję się uczyć radości. Ze słońca. Pustej plaży. Deszczu. Smaku kawy z mlekiem. Zmierzchu. Odrabiam lekcje z zachwytu. Nie przestaję tęsknić. I wiem, że nie wolno niczego odkładać na później. Żal mi dni, których nie spędziliśmy obok siebie, i książek, których on nie napisał. 

Co by Pani straciła w życiu, gdyby nie pojechała wtedy do Toronto?

Największą miłość życia. Tyle. I aż tyle. 

Ale już tam Pani nie wróci?

Nie… Nie na stałe. Choć za każdym razem, kiedy ląduję na Pearson Airport, mam wrażenie, że Henryk na mnie czeka. Gdzieś, wśród tłumu oczekujących, miga mi jego twarz. I co mam powiedzieć… Tak już pewnie zostanie. 

Agata Tuszyńska, NIE UŻYWAĆ PONOWNIE
Fot. Kajus Pyrz/KLK

Redakcja poleca

REKLAMA

Wideo

„Miałem szczęście do kobiet”… Jerzy Stuhr o mamie i babci w ostatnim wywiadzie dla VIVY.pl

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANITA SOKOŁOWSKA zdobyła sympatię widzów jako Zuza w „Przyjaciółkach”. Wytańczyła Kryształową Kulę. Teraz przyszedł czas na realizowanie swoich projektów i marzeń. URSZULA DUDZIAK I GRZECH PIOTROWSKI: dwie silne osobowości, dwa pokolenia. Diwa jazzu i wirtuoz saksofonu połączyli siły w niesamowitym projekcie „WE” dla pokoju na świecie. KRZYSZTOF MIRUĆ: architekt z wykształcenia, osobowość telewizyjna, z zamiłowania projektant wnętrz o swojej drodze do sukcesu.