Reklama

Do kin wszedł właśnie nowy film Stevena Spielberga, „Dzień objawienia”. Ale równie ciekawa jak ten film jest historia człowieka, który go stworzył. Bo choć przez dekady Steven Spielberg opowiadał światu o kosmitach, rekinach, dinozaurach, wojnie i ludzkich marzeniach, najtrudniejszą historię nosił w sobie. Historię własnego dzieciństwa.

Przez wiele lat ukrywał ją pod warstwą fikcji, przemycał do kolejnych scenariuszy i bohaterów. Okazało się, że za jednym z największych sukcesów w historii kina kryje się chłopiec, który czuł się samotny, odrzucony i zagubiony. Chłopiec, który dzięki kamerze próbował zrozumieć świat.

Mały Steven Spielberg nie rozstawał się z kamerą, była jego radością i przekleństwem

Steven Spielberg przyszedł na świat w 1946 roku w Cincinnati. Jego rodzice stanowili osobliwe połączenie dwóch różnych światów. Ojciec – Arnold był inżynierem elektrykiem, człowiekiem nauki i technologii. Matka Leah była pianistką koncertową, pełną emocji, spontaniczności i artystycznej wrażliwości. Leah potrafiła urządzać spontaniczne rodzinne przedstawienia, śpiewać, tańczyć i tworzyć wokół dzieci atmosferę swobody. Steven – jedyny syn swoich rodziców – miał trzy młodsze siostry: Anne, Sue i Nancy. W późniejszych wywiadach Spielberg mówił, że wiele ekscentrycznych, ciepłych kobiecych postaci w jego filmach było inspirowanych właśnie jego mamą.

Był chłopcem, kiedy dostał od ojca swoją pierwszą kamerę. Zaczął filmować wszystko, co go otaczało. Jego pierwszy film przedstawiał katastrofę kolejową z udziałem modeli pociągów, w dziecinnym pokoju. Inspiracją stał się obraz „The Greatest Show on Earth” Cecila B. DeMille’a, który oglądał razem z ojcem. Zrobił on na 12-letnim Stevenie ogromne wrażenie. Szczególnie, spektakularna scena wykolejenia pociągu podziałała na jego wyobraźnię. Dla większości dzieci byłby to jedynie fascynujący seans. Dla Stevena Spielberga stał się początkiem życiowej drogi. Kręcił wszystko, stale miał przy sobie kamerę, co rodzina uważała za błogosławieństwo i przekleństwo. A nawet obsesję.

Chudzielec i łobuzy, mały Steven był atakowany za pochodzenie

Kolejne przeprowadzki rodziców sprawiały, że ciągle musiał zaczynać od nowa. Był nieśmiały, drobny i różnił się od większości rówieśników. Najboleśniej odczuwał jednak coś innego. Był Żydem w środowisku, które często nie pozwalało mu o tym zapomnieć. Antysemickie wyzwiska i upokorzenia nie należały do wyjątków. W szkole słyszał obelgi, doświadczał przemocy i wykluczenia. Niektórzy koledzy traktowali go jak kogoś gorszego wyłącznie ze względu na pochodzenie. Sąsiedzi także potrafili publicznie obrażać rodzinę Spielbergów. Mały chudzielec Steven obserwował, jak jego bliscy stają się celem ataków, których nie rozumiał. Żeby się odegrać, w nocy wykradał się i smarował okna prześladowców masłem orzechowym.

Wiele lat później przyznał, że przez długi czas wstydził się swojej żydowskiej tożsamości. Musiał do niej wrócić jako dorosły człowiek i zobaczyć w niej wartość. Pomogła mu w tym bardzo druga żona Kate Capshaw. Dopiero kiedy w pełni zaakceptował swoją tożsamość, mógł nakręcić film, wokół którego chodził blisko dziesięć lat – „Listę Schindlera” z 1993 roku. Co ciekawe, jak sam opowiadał dopiero po tym filmie zaczął być traktowany poważnie, jako reżyser. Wcześniej widziano w nim utalentowanego Piotrusia Pana, który lubi bawić się kinem.

Ale ślady tych doświadczeń można odnaleźć niemal w całej jego twórczości. Bohaterowie Spielberga bardzo często są outsiderami. To dzieci niezrozumiane przez otoczenie, ludzie samotni, odrzuceni lub zmuszeni do walki o własne miejsce w świecie. E.T., Elliott, Roy Neary z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” czy nawet Alan Grant z „Parku Jurajskiego” – wszyscy w pewnym sensie noszą w sobie coś z chłopca, który kiedyś nie potrafił odnaleźć się wśród rówieśników.

Steven Spielberg i jego mama Leah Adler
Steven Spielberg i jego mama Leah Adler Michael Kovac/WireImage

Rodzinna tajemnica ukryta na taśmie filmowej

Największy sekret dzieciństwa Spielberga nie dotyczył jednak szkoły. Dotyczył rodziny. Kiedy miał 16 lat, wyjechał z rodziną na wakacyjny camping. Jak zwykle zabrał ze sobą kamerę. Filmował rodziców, siostry i rodzinnych przyjaciół. Po powrocie zaczął przeglądać nagrany materiał. Wtedy zauważył coś, czego wcześniej nie dostrzegał. Czułe spojrzenia i gesty między jego mamą a najlepszym przyjacielem, kumplem jego ojca, Berniem Adlerem.

Dla nastolatka był to szok. Kamera, która miała służyć zabawie, przypadkiem zarejestrowała prawdę. Steven zrozumiał, że między matką a przyjacielem rodziny istnieje coś więcej niż zwykła sympatia. Przez lata nikomu o tym nie powiedział. Dwuznaczne sceny wyciął z rodzinnego filmu. Jeszcze bardziej dramatyczny okazał się ciąg dalszy tej historii. Kiedy rodzice postanowili się rozstać, ojciec reżysera – Arnold Spielberg – wziął winę na siebie. Nie chciał niszczyć wizerunku matki w oczach dzieci. Leah Spielberg wyszła za Berniego. Steven uwierzył ojcu. Przez następnych kilkanaście lat był przekonany, że to właśnie ojciec odpowiada za rozpad rodziny, że to on ich opuścił. Zerwał z nim kontakt.

Dopiero po latach odkrył prawdę. Zrozumiał, że przez większość dorosłego życia obwiniał niewłaściwą osobę. To doświadczenie pozostawiło w nim głęboką ranę. Po latach zadedykował ojcu swój wojenny film „Szeregowiec Ryan”. Sam mówił, że ten obraz służył także wzmocnieniu rodzinnej więzi. „Ten film był dla mojego taty”,mówił. „Kiedy po raz pierwszy przeczytałem scenariusz, powiedziałem: Mój tata pokocha ten film”.

Dlaczego w filmach Spielberga ciągle rozpadają się rodziny?

Kiedy spojrzeć na filmografię Spielberga z tej perspektywy, trudno nie dostrzec pewnego wzoru. W „E.T.” rodzice są po rozwodzie. W „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” rodzina przeżywa głęboki kryzys. W „Hooku” ojciec oddala się fizycznie i emocjonalnie od swoich dzieci. W „A.I.” dziecko zostaje porzucone. W „Imperium Słońca” chłopiec zostaje brutalnie oddzielony od rodziców.

Motyw utraconego domu, nieobecnego ojca lub rozbitej rodziny wraca u Spielberga nieraz. Przez lata widzowie odbierali te historie jako element dramaturgii. Ale kiedy w 2022 roku Spielberg zrealizował mocno autobiograficzny film "The Fabelmans", stało się jasne, że za wieloma historiami kryje się prawdziwe życie reżysera. Na ten autobiograficzny film zdecydował się dopiero po śmierci ojca, Arnold Spielberg zmarł w wieku 103 lat w 2020 roku, trzy lata wcześniej w wieku 97 lat odeszła mama reżysera. Sam Steven Spielberg ma dzisiaj 79 lat i prawdziwą gromadkę rodzinną, która tworzy siedmioro dzieci i sześcioro wnuków.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...