Reklama

Filozof, pisarz, malarz, poeta. Pięćdziesiąt lat życia spędził u boku Kory. Właśnie mija osiem lat od śmierci artystki. Kamil Sipowicz w poetyckiej rozmowie z Beatą Nowicką opowiada o ich magicznym Roztoczu, ukochanych zwierzętach, demonach Kory, sensie oraz bezsensie śmierci. I o egzystencjalnych rozmowach z naszymi braćmi mniejszymi.

Kamil Sipowicz w VIVIE! o życiu z Korą: "Nie było sielanką"

Kamil Sipowicz: [...] Nie znałem Kory, ale żyliśmy w tym samym krajobrazie duchowym i mieliśmy wspólnych znajomych. W Krakowie poznałem Ryśka Terleckiego, czyli „Psa”, i wiedziałem, że ma piękną dziewczynę o imieniu Kora. Najdziwniejsze jest to, że poznał nas w Warszawie mój kuzyn, Jurek Korytkowski, pseudonim „Hipster”. Spotkaliśmy się w windzie, no i się zaczęło.

– Więc przeznaczenie?

Dlaczego nie? Wielu filozofów uważa, że przeznaczenia nie da się połączyć z wolną wolą, ale życie jakby mówi co innego. W 37-milionowym kraju spotykają się dwie osoby, te, a nie inne? Mój kuzyn, Jurek Korytkowski, który wciągnął mnie do ruchu hipisów, całe życie miał do siebie pretensje, że nas poznał.

Czytaj też: Tylko w VIVIE: Tomasz Włosok bez filtrów o związku. „To była przeszkoda, którą musieliśmy razem przejść”

Kamil Sipowicz, Viva! 6/2026
Kamil Sipowicz, Viva! 6/2026 Fot. Rafał Masłow
Kora i Kamil Sipowicz, VIVA! 2016 NEW
Bartek Wieczorek/LAF AM

– Dlaczego kuzyn miał wyrzuty sumienia, że Was poznał?

Życie z Korą nie było sielanką, nie oszukujmy się. On to widział i mi współczuł. Nie było łatwo, ponieważ Kora miała bardzo po ważny problem z mężczyznami, spowodowany być może przemocą seksualną w dzieciństwie. I trochę się na mężczyznach odgrywała, a ja często byłem workiem treningowym. Byliśmy bardzo silnie związani, nie dość że żyliśmy razem, to razem pracowaliśmy. Poza tym bardzo ważna rzecz – gdy w związku dwie osoby są artystami i jedna odnosi gigantyczny sukces, dla drugiej to jest wyzwanie. Kora stała się ikoną, wielką, charyzmatyczną artystką. Ja też miałem swoje ambicje, ale oczywiście wszystko było podporządkowane Korze. Wspaniałej, pięknej, cudownej. Wydzielała takie promieniowanie, że moja podmiotowość właściwie nie istniała, byłem neantyzowany. Wie pani, co to znaczy?

– Unicestwiony.

Kora była czasami zaborcza, nielicząca się z nikim. Rzadko pytała się innych o zdanie. Nigdy za nic nie przepraszała. Trzeba było sobie z tym poradzić i przeżyć. Nie było łatwo. Żeby była jasność – nie skarżę się, po prostu pokazuję drugą stronę życia z Korą. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy po śmierci Kory przeczytałem swoje dzienniki. Wiem, że sama nie miała lekko… Życie w domu dziecka, walka o swoją indywidualność, swoją przestrzeń spowodowały, że stała się bezwzględna i surowa. Kochała matkę, która nigdy nie zabrałaby jej z domu dziecka, gdyby państwo go nie zamknęło. Nie mogła się z tym pogodzić. Kiedy zamieszkała z trzema braćmi w suterynie, obsesyjnie porządkowała świat wokół. Była naczelną energią tego domu. To jej zostało. Porządek przestrzegany ad absurdum. Nie było spokoju. Nigdy nie spoczywała, coś musiała robić, zmieniać, sprzątać, układać, porządkować, poprawiać. Wszystko musiało być perfekcyjnie. Dążyła do perfekcji.

Kora i Kamil Sipowicz, VIVA! nr. 15 , 2016
Bartek Wieczorek

– Od śmierci Kory minęło osiem lat. Pan jest strażnikiem pamięci o niej.

Czuję się zobligowany, żeby pielęgnować jej twórczość. Kora mnie o to prosiła, wiedziała, że może liczyć tylko na mnie. Część udało się zrobić: mural na Bielanach, skwer w Krakowie, dbam o festiwale, koncerty, wydaję płyty Kory. W czasie naszej rozmowy zadzwonił artysta w sprawie odsłonięcia pomnika Kory w Opolu. Dbam o pamięć o niej, a także o całym zespole Maanam, a szczególnie Marku Jackowskim. W Opolu miał się odbyć koncert z okazji 50-lecia Maanamu, ale został zablokowany. Sam muszę walczyć z tym oporem materii, o wszystko dbać. Jest masa rzeczy do ogarnięcia, nikt mi nie pomaga. Smutno mi przyznać, że nawet najbliżsi nie odwiedzają grobu Kory, a w sprawach walki o popularyzowanie jej twórczości wsadzają kije w szprychy.

– Jako historyk filozofii zajmował się Pan między innymi Heideggerem. Czy śmierć żony zmieniła Pana postrzeganie przemijania?

Heidegger uważał, że śmierć jest częścią życia. Żyjąc, de facto umieramy. Człowiek tak naprawdę nie ma po jęcia, czym jest śmierć, więc ani Heidegger tego nie ułatwia, ani śmierć bliskiej osoby. Widzimy tylko choroby i umieranie, a sama śmierć jest tajemnicą. Jesteśmy zamknięci w swoim własnym bycie. Nikt nam nie zabierze naszego cierpienia, bólu, śmierci. Te doświadczenia nie są przekazywalne. Wiemy dwie rzeczy: myślimy (Kartezjusz) i umiera my. Umieranie jest częścią życia. W ostatniej fazie nie mogłem za bardzo zagłębiać się w cierpienie Kory, bo gdybym myślał o tym, co ona czuje, byłbym sparaliżowany. A musiałem załatwić setki spraw: łóżko, lekarza, pielęgniarki, lekarstwa, morfinę, to, tamto, siamto… Ja to wszystko aranżowałem, organizowałem… (milczenie). Śmierć widzimy tylko z naszej perspektywy. Nigdy z perspektywy osoby, która umiera. A ten, kto obserwuje, z logicznego punktu widzenia, nie wie, co się dzieje. Śmierć jest dla tych, którzy zostają.

Czytaj też: „W tych 50 latach zmieściłabym niejedno życie”. Wyjątkowe wyznanie Natalii Kukulskiej na 50. urodziny. Tylko w VIVIE!

Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 26 marca.

Natalia Kukulska, okładka VIVA!
Natalia Kukulska, okładka VIVA! Zuza Krajewska
Reklama
Reklama
Reklama