Żona Miłosza pierwsza dostrzegła w nim nutę szaleństwa. Taki prywatnie jest prezes stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena
Andrzej Giza w rozmowie z Katarzyną Piątkowską opowiada o kulisach pracy przy organizacji festiwalu, dyplomacji w świecie muzyki klasycznej i determinacji w kontaktach z artystami oraz instytucjami. Wspomina lekcje wyniesione od Elżbiety Pendereckiej, anegdoty z międzynarodowych negocjacji oraz to, jak praca w kulturze przenika się z życiem prywatnym.

Czasem wystarczy odręczny list i bukiet kwiatów, by przełamać milczenie jednej z najważniejszych filharmonii w Europie. Andrzej Giza w rozmowie z Katarzyną Piątkowską zdradza, jak wygląda dyplomacja w świecie muzyki klasycznej, dlaczego trzeba być „trochę szalonym”, by organizować festiwal, i jakie lekcje wyniósł od Elżbiety Pendereckiej.
[...]
Uczysz młodych ludzi dyplomacji, nie powinieneś mieć z tym problemu.
Chyba wiem, jak to robić. Ale nie jest łatwo.
Do tego akurat jesteś już przyzwyczajony.
Tak, i zawsze znajdę sposób, żeby stanęło na moim.
Jak pani Penderecka.
Uczyłem się od najlepszych (śmiech). Kiedy szefowa jednej z berlińskich filharmonii nie chciała ze mną rozmawiać nawet przez swoją asystentkę, nie poddałem się. Napisałem odręczny list i wysłałem z pięknym bukietem kwiatów przez konsjerża hotelu, w którym się zatrzymałem. W ciągu pół godziny miałem telefon zwrotny z przeprosinami, że przez miesiące nikt nie odpowiadał na moje maile.
Czujesz, jakbyś przebijał głową mur?
Trochę tak. Na szczęście, jak słyszysz, wiem, z kim i jak rozmawiać.

Festiwal i stowarzyszenie to praca czy życie?
To banał, co powiem, ale jeśli robisz to, co lubisz, te światy się przenikają. Pani Penderecka nie uznawała ośmiogodzinnego dnia pracy. Jeśli czegoś chciała, nie miało znaczenia, czy jest weekend, czy może jakieś święta. Ale to nie znaczy, że moje życie prywatne nie istniało, choć nauczyłem się, że nawet na urlop wiozę ze sobą garnitur, na wypadek gdyby okazało się, że będę uczestniczył w jakimś koncercie czy innym wydarzeniu kulturalnym.
Lubisz muzykę klasyczną?
Często, jak mam już wszystkiego dość, głośno słucham muzyki. Oczywiście klasycznej.
Dokąd zmierzasz razem z festiwalem?
Choć kontraktujemy już artystów na pięć lat naprzód, mam świadomość, że żyjemy w kompletnie nieprzewidywalnych czasach. Nie wiemy, co wydarzy się za chwilę, gdzie wybuchnie jakiś konflikt i kto nie będzie mógł przyjechać. Ale muszę być trochę szalony, bo naprawdę nie da się inaczej.
Zawsze taki byłeś?
Ależ skąd. Kiedyś byłem spiętym urzędnikiem, choć ludzie widzieli mnie inaczej. Z jakiegoś powodu wzbudziłem sympatię Carol Thigpen-Miłosz. Kiedyś przyszła do mojego biura i zaproponowała spacer po Plantach. Powiedziałem, że nie mogę, bo co ja powiem dyrektorowi. A ona, że powinien zrozumieć, że poszedłem na spacer z żoną Miłosza. To chyba Carol pierwsza dostrzegła we mnie tę nutę szaleństwa. Uważała, że w tym szarym, brudnym Krakowie ja jestem uśmiechnięty i kolorowy.
Teraz Ty będziesz witał publiczność w filharmonii warszawskiej.
Festiwal ma swoją publiczność i pewnie spotkam wiele znanych mi osób. Może znów przyjadą brytyjscy ornitolodzy.
[...]
Rozmawiała: KATARZYNA PIĄTKOWSKA.
