Reklama

Mateusz Dopieralski od zawsze funkcjonuje „pomiędzy” – światami, językami i emocjami. W rozmowie z VIVĄ! opowiadał o tej nieoczywistej tożsamości i o tym, że szczerość jest dla niego jedynym możliwym językiem – w życiu i w muzyce. Dziś, jako Vito Bambino, artysta nie tylko współtworzy tegoroczny hymn Męskiego Grania „Nareszcie” i świętuje 38. urodziny, ale też coraz śmielej wychodzi poza scenę, nadając swojej wrażliwości realny wymiar.

Podczas dziewięciodniowego streamu charytatywnego na rzecz dzieci chorych onkologicznie zrobił coś, co trudno było przeoczyć – na oczach setek tysięcy widzów ogolił głowę w geście solidarności z najmłodszymi pacjentami. W jego przypadku nie był to jednak jednorazowy gest, lecz naturalna konsekwencja tego, o czym mówił od lat: że prawdziwe emocje i autentyczność mają sens tylko wtedy, gdy idą w parze z działaniem. Z okazji urodzin artysty, przypominamy wywiad, którego udzielił magazynowi VIVA! przed trzema laty.

Zobacz też: Łatwogang zebrał rekordową sumę 250 milionów złotych! To, co ogłosił na koniec poruszyło serca

Vito Bambino dla magazynu VIVA! 10/2023

Gra w filmach i w serialach. Po niemiecku. Pisze teksty i śpiewa. Po polsku. Mateusz Dopieralski ma na koncie pięć płyt z zespołem Bitamina, a jako Vito Bambino wydał właśnie drugi solowy krążek „Pracownia”. Katarzynie Piątkowskiej opowiedział o życiu na emigracji, dzieciństwie i młodości w robotniczej dzielnicy w Niemczech, miłości, ukochanym synku i o tym, jak to jest żyć pomiędzy. Pomiędzy wszystkim.

– Twoja pierwsza solowa płyta nosiła tytuł „Poczekalnia”. Teraz mamy „Pracownię”.

A trzecia będzie się nazywać „Pożegnalnia”.

– Teksty Twoich piosenek to historia Twojego życia. Może powinna mieć tytuł „Pomiędzy”?

O rany! Dobre! A ja już obiecałem fanom „Pożegnalnię”. Kiedyś ktoś poprosił mnie, żebym określił siebie jednym słowem. Wtedy się zastanawiałem, nie wiedziałem, jakiego użyć. Ale masz rację, że określa mnie słowo „pomiędzy”. Jestem wiecznie właśnie pomiędzy. Językami, bo z żoną rozmawiam po niemiecku, a z synem po polsku. Krajami, bo urodziłem się w Polsce, ale od drugiego roku życia mieszkałem w Niemczech. Z tego też powodu jestem niemieckojęzycznym aktorem i polskojęzycznym tekściarzem, i wokalistą. Jestem Ślązakiem obecnie mieszkającym w Warszawie. Wiesz, że mój pierwszy solowy album miał się nazywać „Bezpański kot”? Czułem się bezpański, ale w dobrym kontekście. Czułem, że zamknięcie się tylko na Niemcy albo tylko na Polskę jest dla mnie niewystarczające, że granice mnie nie interesują.

– Życie na emigracji nauczyło Cię otwartości na świat?

Jestem otwarty, ale też rozdarty. Ale to jest nie tylko we mnie, ale też we wszystkich tych ludziach, którzy dzielili mój los. W innych Polakach, w Grekach, w Turkach, którzy mieszkali w mojej emigranckiej dzielnicy w Leverkusen pod Kolonią. Z jednej strony czuliśmy się jak Polacy, Grecy, Turcy, a z drugiej w naszych rodzinnych krajach byliśmy traktowani jak obywatele „skądś indziej”, obcy. W Warszawie jestem Ślązakiem, dla Ślązaków jestem Niemcem. Pewnie dlatego towarzyszy mi dualizm, a w moim życiu obowiązuje reguła „gdzie światło, tam mrok”.

– Brzmi pesymistycznie.

Często zakładam czarny scenariusz, bo to pozwala mi być
przygotowanym na niepowodzenia. Nie lubię tej cechy w sobie, ale parę razy się przydała. Zawsze pamiętam o tym, że zaraz może przestać być dobrze. Na przykład tyle razy cieszyłem się, że dostałem świetną rolę. Oczami wyobraźni już widziałem te sceny ze swoim udziałem. A potem wysypywała się cała produkcja. Zamiast głównej roli przychodziło rozczarowanie. Kiedyś czytałem „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Pisał, że do wszystkiego trzeba podchodzić chłodno. I do dobrych, i do złych rzeczy. Dzięki temu łatwiej jest znieść te naprawdę kiepskie momenty. Można sobie wtedy powiedzieć: „Taka jest kolej rzeczy, nie mam na to wpływu, będzie lepiej”. Niestety takie podejście trochę tłumi te fantastyczne chwile. Poruszam się pomiędzy smutkiem i melancholią a szczęściem i nadzieją. I nauczyłem się, żeby cieszyć się tylko z realnych rzeczy. Z tych, które już się wydarzyły. Kiedyś cieszyłbym się z tego, że ktoś ma względem mnie superplany.

– Boisz się kolejnego rozczarowania?

Myśląc w ten sposób, staram się przed rozczarowaniem ochronić. Teraz czekam, jak zostanie przyjęty mój album. Nie boję się tego, choć moment publikowania tak prywatnych myśli jest dla mnie bardzo specjalny. Jako zespół Bitamina mieliśmy ten komfort, że nikt nas nie słuchał, i kiedy wydawaliśmy swoje najważniejsze rzeczy, robiliśmy to głównie dla siebie. To, że ktoś chciał nas słuchać, było skutkiem ubocznym naszej działalności. Teraz znów jestem w punkcie, gdy robię coś dla siebie, ale jednocześnie ze świadomością, że czeka na to naprawdę wiele osób. Najchętniej powiedziałbym im, żeby nie mieli żadnych oczekiwań, żeby po prostu otworzyli się na to, co chcę im dać.

– A dajesz im siebie, swoje emocje, swoje życie. Jak na dłoni.

Nie umiem inaczej.

– Mówisz o osobistych rzeczach, które dotyczą też Twoich bliskich.

Jest na tej płycie numer „In & out”. Cały czas jestem w dialogu z żoną. Dopytuję o jej granice, bo nie chcę ich przekroczyć. Ale powiedziałem jej, że to, że ona nie rozumie jeden do jednego, jest dla mnie komfortowe.

– Twoja żona nie zna polskiego?

Nie zna, dlatego zna moje utwory tylko z tłumaczeń. A rzeczy w tłumaczeniach się gubią. Dlatego to nie jest moja zła wola, ale daje mi, autorowi, który pisze w bardzo otwarty sposób, komfort. Przecież uprawiam pewnego rodzaju ekshibicjonizm. Powierzam słuchaczom moje tajemnice i obiecuję, że będę je promował szczerze. I wiesz, że ludzie do mnie piszą: „Nazywasz rzeczy po imieniu. Jak to, tak otwarcie mówisz o alkoholizmie w domu?”. A ja śpiewam: „Jesteś pato/ to tak samo jak ja/ Bo Twój tato lubił kombinować, naginać świat/ Różni ludzie mówią na głos, co odjebał za dnia/ A ja przyrzekam, że niedługo u mnie zmiana na bank/ Nie będę sługą swego DNA”. Wszyscy nauczyliśmy się różne rzeczy zamiatać pod dywan i przestaliśmy być wobec siebie szczerzy. Ludzie chodzą na terapie, a moją terapią jest śpiewanie o tych trudnych rzeczach. Dzisiaj pewne rzeczy przestają być wstydem. Na szczęście, bo on tyle nam kasuje w komunikacji. Dlatego staram się wychodzić ze strefy komfortu, po prostu mówić szczerze. To jest dla mnie bolesne, ale potem dostaję od ludzi wiadomości, że moje teksty potrafią zmienić ich życie. To mnie motywuje do działania, bo wiem, że napisałem numer, który nie jest letniaczkiem, ale nawet za wiele lat będzie ważny. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało arogancko, że jestem jakimś geniuszem. Nie jestem, ale pracowałem sumiennie nad płytą i nad sobą.

– Z wykształcenia jesteś aktorem. Ale piszesz też teksty innym artystom, nagrywasz płyty.

A chciałem być koszykarzem (śmiech).

– Nie gniewaj się, ale jesteś za niski.

Wiem, ale 20 lat temu wierzyłem, że mimo wszystko mi się uda. To, że zostałem aktorem, to był wypadek przy pracy. Przyjechałem z moją siostrą i z naszą grupą z Niemiec, z którą uczyłem się języka polskiego, na warsztaty teatralne do Warszawy. Średnio mi się chciało, a okazało się, że ten obóz zmienił moje życie. Zobaczyłem wtedy ludzi, moich rówieśników, którzy nie wstydzili się pokazywać emocji. Nie bali się zbłaźnić przed innymi, żeby kogoś rozśmieszyć. Nagle wyskakuje typ w moim wieku, w rajtuzach, rozśmiesza mnie i całą resztę. I nie interesuje go, że jest w rajtuzach.

– Według 15-latka z Leverkusen ci ludzie w rajtuzach byli słabi?

U mnie na ośce trzeba było mieć mocne łokcie, żeby sobie radzić. Moi kumple byli, delikatnie mówiąc, niegrzeczni. Ja byłem najgrzeczniejszy z nich, ale jak na dzisiejsze standardy to… też nie bardzo. A tu nagle jadę na obóz teatralny i widzę, że nie trzeba być gangsterem, żeby być silnym. Było zupełnie na odwrót, niż sobie wyobrażałem.

– I zostałeś gościem w rajtuzach?

W Leverkusen nikt o tym nie wiedział, bo na studia dojeżdżałem do Kolonii. A wieczorem wracałem i rozwoziłem pizzę. Trochę uciekałem od kolegów ze studiów. Oni są nierozumiani przez resztę świata, co powoduje, że izolują się i robią z aktorstwa religię. Dla mnie to było nie do dźwignięcia.

Mateusz Dopieralski, Vito Bambino, Viva! 10/2023
Mateusz Dopieralski, Vito Bambino, Viva! 10/2023 Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters

– Nie zapraszałeś bliskich na przedstawienia, ponieważ…

Nie chciałem, żeby mnie swoimi komentarzami zepsuli. Mogłoby się zdarzyć, że ktoś z moich bliskich przyszedł na przykład na premierę, a potem powiedział: „Mati, tego się nie da oglądać”. A ja mam przed sobą jeszcze 20 przedstawień… Nie, nie. Wolałem im nic nie mówić. Moi rodzice dowiadywali się o premierach z gazet. Nie interesuje mnie, co o mnie powiedzą obce osoby. Ale co powie ktoś z moich szeregów, potrafi mnie długo dojeżdżać. W ramach samoochrony nie informowałem nikogo o niczym (śmiech). Całe życie przed czymś uciekam. Chyba wolę zwiać, niż usłyszeć, że coś, co zrobiłem, jest słabe.

– Czy takie asekuracyjne podejście nie ogranicza odczuwania radości z życia?

Może trochę. Na przykład jak mój kilkuletni syn Amar próbuje nowych rzeczy, od razu na bieżąco przeliczam, że gdyby upadł, to jak by upadł, na co by upadł. Agi mnie przywołuje do porządku i mówi, że on da sobie radę. Ale to są takie moje schizy i zdejmuję mu przeszkody z drogi, dla mojego spokoju.

– A nie masz schizy, że Twoja żona pół-Włoszka, pół-Niemka przyjechała do Polski, żebyś Ty mógł robić karierę?

Pewnie, że mam. Co chwilę pytam ją, czy nie chce wracać. Śpiewam nawet o tym: „Po to masz mnie/ dawaj cynę/ ja zawsze gotowy, by biec/ Załatwimy, by zaraz już w domu być/ Wiedz, że zatańczymy/ nie mówiąc nikomu”. Tylko że to, żebyśmy przenieśli się do Warszawy, to był jej pomysł. Wiedziała, że z Bitaminą występujemy od czwartku do niedzieli. W niedzielę, kiedy każdy z nich wracał do domu, ja zostawałem sam. Nie wracałem do Kolonii, do niej i do Amara. Bo jak? Zrozumiała, że jestem samotny i długo tak nie dam rady. Ja trzymam rękę na pulsie, a ostatecznie decyzję podejmuje Agi. Ma władzę absolutną. Jeśli powie, że ma dość, w tydzień mnie tu nie ma. Jestem czujny i dużo rozmawiam. I z Agi, i z przyjaciółmi z Bitaminy. Nauczyłem się tego na błędach moich rodziców. Oni ze sobą nie rozmawiali. U nas w domu nie było przemocy. Fizycznej. Ale moi rodzice krzyczeli. Wiesz, że z moją siostrą nie mogliśmy zasnąć, gdy była cisza i oni się nie kłócili? Nie chcę tego dla mojego syna.

– On Cię zmienił?

Stałem się bardziej odpowiedzialny. Ogólnie lubię to, kim jestem i jaki jestem. A w przyszłości okaże się, czy byłem mądrym ojcem, czy nie. Zapieprzam, by mój syn mógł dobrze żyć, choć zamarłem na chwilę, gdy sobie pomyślałem, że mógłby zostać bananowcem – rozwydrzonym synkiem bogatego tatusia. Będzie miał łatwiej niż ja, chyba że zdążę rozpieprzyć wszystko. Ja pracuję od 12. roku życia i znam wartość pieniądza. Ale znam też jego „bezwartość”. Chyba nie mówi się tak po polsku? Chodzi mi o to, że jeśli są pieniądze, a reszta się nie zgadza, to one są nic niewarte. Widzisz? Cały ja. Zamiast się cieszyć, że mam fundusze, żeby Amar miał spokojne życie, już mnie zaczyna to martwić.

– Twoi rodzice też poświęcili wszystko, żebyście Wy z siostrą mieli lepiej niż oni.

Tata załatwił nam takie życie, jakie teraz mamy, ale oddał za to swoje.

– To znaczy?

Tata w Polsce był cukiernikiem. Mama była polonistką. Po to, żebyśmy z moją siostrą Martą mogli robić to, co chcemy, żeby ona mogła wyrwać się z klasy robotniczej, studiować, nauczyć się siedmiu języków, żebym ja mógł zostać aktorem i robić muzę, oni przenieśli się do Niemiec. Tam tata codziennie jeździł autobusem. Mama pracuje w szpitalu psychiatrycznym. Moja siostra, która jest mi bardzo bliska, miała chyba z tego powodu kompleks, bo zawsze mówiła, aż do śmierci taty w tym roku, że on jest cukiernikiem. Bolało mnie to, ale ona trafiła do wyższych sfer i chyba się wstydziła tego, że pochodzi z rodziny robotniczej. Dla mnie jako rapera było to łatwiejsze, bo mogłem o tym śpiewać. Ale Marta była i jest moim największym autorytetem. Zresztą ludzie, których miałem i mam wokół siebie, są moim wielkim szczęściem. Mam wspaniałą żonę i syna. I przyjaciół, z którymi tworzymy Bitaminę i Fikurazi. Jestem produktem tego, co zrobili ci fajni ludzie. Tych gorszych już dawno odsunąłem od siebie.

– Żona mówi o Tobie, że jesteś uroczym człowiekiem.

Jest taka turecka opowieść, którą się w życiu kieruję. Dziadek mówi wnukowi, że za każdy zły uczynek musi wbić gwóźdź w deseczkę. Gdy deska jest pełna gwoździ, dziadek mówi, żeby za każdy dobry uczynek wyciągał jeden gwóźdź. W końcu chłopak przynosi dziadkowi deseczkę bez ani jednego gwoździa. I mówi: „Zobacz, jaki jestem dobry”. A dziadek odpowiada: „Tylko zobacz, jak ta deska teraz wygląda. Jest pełna dziur”. Staram się być dobrym facetem, żeby w mojej deseczce zostało jak najmniej śladów po gwoździach.

– W jednej z piosenek śpiewasz o tym, jaka jest dobra odpowiedź na pytanie, kim jesteś. I ja Ciebie teraz o to pytam.

Jeśli kocham, to kocham wiecznie. Tak tam śpiewam. Jestem lojalną bestią. I jestem pomiędzy. Z jednej strony skromny, a z drugiej bywam arogancki, bo mam takie umiejętności, których jestem absolutnie pewien. Ani wysoki, ani niski. Kim jestem? Mateuszkiem, Ulkiem, jak mówi na mnie mama. Moja siostra, mama i ja mamy coś takiego, że na przykład zapraszamy gości na imieniny czy urodziny i nie spoczniemy, dopóki cała grupa nie będzie zadowolona. Moja żona, wychowana zupełnie inaczej, mówi wtedy: „Mati, ale pamiętasz, że to ty masz urodziny? Oni tu przyszli do ciebie, a ty się bawisz w kelnera”. Chciałbym umieć tak jak ona odpuszczać. Ale to jest mój wyraz troski o wszystkich bliskich. Dla nich mogę być kelnerem na swoich własnych urodzinach. Czasem ta troska wynika z pragnienia mojego spokoju. Ale jeśli moim spokojem jest to, żeby wszyscy byli szczęśliwi, to chyba nic złego. Nie robię ludziom nic, czego nie chciałbym dla siebie. W końcu śpiewam: „Teraz musimy być czujni/ by nie skaleczyć się nawzajem”.

Mateusz Dopieralski, Vito Bambino, Viva! 10/2023
Mateusz Dopieralski, Vito Bambino, Viva! 10/2023 Bartek Wieczorek/Visual Crafters
Vito Bambino, VIVA! 10/2023
Vito Bambino, VIVA! 10/2023 BARTEK WIECZOREK/VISUAL CRAFTERS
Reklama
Reklama
Reklama