Reklama

Natalia Szroeder w wywiadzie dla magazynu Twój Styl odsłania kulisy swojej pracy twórczej i drogi do artystycznej niezależności. W szczerym wyznaniu mówi o presji, błędach i walce o własny głos. Od „16-letniego dziecka” w show-biznesie po świadomą artystkę. Jej historia to opowieść o determinacji, emocjach i cenie, jaką płaci się za autentyczność.

Proces twórczy Natalii Szroeder. Między ciszą a napięciem

Natalia Szroeder nie ukrywa, że proces twórczy to dla niej doświadczenie graniczne. „Teraz jestem w procesie pisania. Trudny moment, bo zaczynając każdy projekt, mam wrażenie, że muszę się tej materii uczyć od nowa. Katorga, niemal stany depresyjne”, przyznaje wprost.

Artystka podkreśla, że każdy nowy projekt oznacza powrót do punktu wyjścia. Nie ma tu miejsca na rutynę ani poczucie bezpieczeństwa. Ratunkiem okazuje się cierpliwość i świadome zanurzenie się w słowie. „Odblokowuję się, czytając teksty autorów, których cenię. Nie po to, by ściągać, tylko żeby się napawać”, dodaje. To właśnie w tej przestrzeni rodzą się emocje, które później przeradzają się w piosenki. Jedne powstają miesiącami, inne „w 10 minut”. Jak sama mówi: „Każdy utwór ma swoją historię”.

Świat inspiracji Natalii Szroeder jest pełen kontrastów. Podczas pracy nad albumem „REM” sięgała po twórczość Sylwii Plath. Jednocześnie nie ukrywa fascynacji współczesnym rapem. „Kilku twórców uważam za poetów: Taco Hemingway, Łona, Oskar z Problemu czy Sokół”, mówi. Zwraca uwagę na „lekkość ich pióra” i wrażliwość, która przebija nawet przez wulgaryzmy. Z drugiej strony pojawia się klasyka. „Na święta dostałam od rodziców grubaśny tom poezji Miłosza”, zdradza. I podsumowuje: „Ciekawie jest pobyć między Miłoszem a Łoną”. Takie zestawienie pokazuje, jak szeroko buduje swoją tożsamość artystyczną. Pomiędzy tradycją a współczesnością.

Nowy etap życia Natalii Szroeder ma także bardzo konkretny wymiar. Przestrzeń. Artystka przeprowadziła się do nowego miejsca w Warszawie, gdzie od razu dostrzegła wnękę „idealną na tradycyjne pianino”. To właśnie tam rozegrała się scena, którą sama opisuje z emocją. Po dwóch tygodniach pod jej dom podjechał bus, a dostawcy mieli na kurtkach napis „Transport pianin”. Okazało się, że to prezent od rodziców. „Ogromna to była radość”, przyznaje. Dziś to pianino staje się narzędziem codziennej pracy. Choć sama mówi o sobie: „Jestem raczej kiepską pianistką”, to właśnie ten instrument pozwala jej uchwycić pierwsze impulsy twórcze.

CZYTAJ TEŻ: Śpiewała „Que Sera, Sera”, ale życie hollywoodzkiej wcale nie przypominało bajki. Nigdy nie zaznała prawdziwej miłości. Kulisy jej życia zaskakują

Natalia Szroeder
Natalia Szroeder Anita Walczewska/East News

Od „16-letniego dziecka” do świadomej artystki

Droga do tego miejsca nie była jednak prosta. Natalia Szroeder zaczynała jako „16-letnie dziecko”, które, jak sama mówi, „nie wiedziało nic o tym świecie”. Chciała śpiewać, grać koncerty i nagrywać płyty. Szła jednak ścieżką, którą dla niej wybrano. Dopiero po kilku latach pojawiło się poczucie rozbieżności celów i potrzeba zmiany.

Przełomem okazała się współpraca z inną ekipą. „Doznałam olśnienia. Nikt mi niczego nie narzucał. Mogłam tworzyć dokładnie tak, jak chciałam”, podkreśla. To był moment, w którym jej praca „nabrała rozpędu”, a ona sama wiarygodności.

Jednym z najważniejszych wątków wywiadu jest walka o własny głos. Natalia Szroeder przyznaje, że przez lata była podatna na opinie innych. „Ktoś powiedział o mojej piosence, że jest zła i mam ją wyrzucić do kosza, to ja – z bólem serca – wyrzucałam”, wspomina. Dziś patrzy na to jako na „chorą fazę”.

Dziś jest inaczej. Artystka mówi wprost: „Mam do siebie zaufanie”. Nawet jeśli słyszy uwagi, ostateczną decyzję podejmuje sama. Przykładem jest wers z albumu „REM”: „przynęty wabią jak magnes”. Mimo sugestii, by go zmienić, pozostała przy swojej wersji. „W jednym z tekstów na album REM napisałam, że: „przynęty wabią jak magnes”. Ktoś zwrócił mi uwagę, że „magnes nie wabi, tylko przyciąga”. Jeszcze kilka lat temu zmieniłabym ten tekst. Dziś nie. Moja płyta, moje emocje i licentia poetica. Moja odpowiedzialność", mówi.

Proces dochodzenia do tej niezależności był bolesny. Natalia Szroeder określa siebie jako „people pleasera”, osobę, która chce zadowolić wszystkich. Przyznaje, że ta cecha ją „kaleczyła”, a doświadczenia sprawiły, że musiała „zbudować pancerz”. Dziś ma większą świadomość i kontrolę. „Po pracy nad sobą mam to pod kontrolą”, podkreśla.

Źródło: magazyn Twoj Styl.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Zagrał Jezusa w "Pasji" i zapłacił niewyobrażalną cenę. Nikt nie miał pojęcia o tym, przez co przeszedł

Natalia Szroeder
Natalia Szroeder Wojciech Olkusnik/East News

Authors

Reklama
Reklama
Reklama