Wrócił po kilku latach, ale wybrał spokój. Ralph Kaminski wprost o bólu i cenie, jaką płaci za bycie sobą
Zniknął w momencie, gdy miał wszystko. Sukces, uwagę, tłumy. I właśnie wtedy wybrał ciszę. Ralph Kaminski wraca odmieniony, z historią, której nie da się opowiedzieć bez emocji. „Góra” nie jest tylko płytą. To zapis tego, co wydarzyło się poza sceną. I tego, czego wcześniej nie chciał mówić głośno.

Po spektakularnym sukcesie „Balu u Rafała” Ralph Kaminski zniknął z radarów. Niedawno wrócił z najbardziej osobistym projektem w swojej karierze. „Góra” to opowieść o stracie, ciszy i emocjach, których nie da się zagłuszyć. W szczerym wywiadzie artysta mówi wprost o bólu, show-biznesie i cenie, jaką płaci za bycie sobą.
„Góra” Ralpha Kaminskiego. Płyta, która rozpoczyna nowy etap w jego życiu
Ralph Kaminski po czasie milczenia wraca z projektem, który jest całkowitym przeciwieństwem jego wcześniejszej twórczości. Sam przyznaje, że ta zmiana była świadoma, choć życie nadało jej zupełnie inny kierunek. „Już w trakcie grania projektu „Bal u Rafała” myślałem o tym, że dobrym zwrotem akcji będzie powrót do moich korzeni, do muzyki bardziej akustycznej, takiej, która naturalnie we mnie rezonuje. Chciałem odejść od konceptualnego podejścia i skupić się na czymś bardziej osobistym, opartym na songwritingu. Planując ten album jeszcze w tamtym czasie, miałem nadzieję, że będzie w nim dużo światła i ciepła. Jednak życie pisze własne scenariusze i nie wszystko da się zaplanować”, mówi artysta.
Nowa płyta „Góra” nie jest jednak tylko estetycznym zwrotem. To przede wszystkim zapis emocji, które przyszły niespodziewanie. „Nie powiedziałbym, że na tej płycie nie ma nadziei, ale zdecydowanie więcej jest w niej smutku, melancholii, pożegnań i rozstań – takich osobistych rozliczeń, które przyszły w moim życiu. Mam jednak poczucie, że obok tego wszystkiego jest tam również dużo pogodzenia i zgody. Zgody na to, że życie właśnie takie bywa. I to chyba jest największa różnica między tymi dwoma światami”, kontynuuje.
Artysta nie ukrywa, że to projekt bardzo osobisty, będący próbą zamknięcia pewnego etapu życia. „Mam też poczucie, że wydając ten album, coś domykam. Nie chcę już w tym dłużej tkwić. Zamykam etap, który mi towarzyszył, i otwieram się na nowe, choć jeszcze nie wiem, czym ono będzie. Życie zresztą uczy, chyba każdego z nas, że nie wszystko da się zaplanować. Nawet to, o czym będzie płyta. Możemy mieć wyobrażenie, że chcemy pójść w jakimś kierunku, ale rzeczywistość potrafi skręcić nasze drogi zupełnie gdzie indziej”, zwierza się muzyk.
Za spektakularnym sukcesem „Balu u Rafała” kryje się ogromna intensywność pracy. Kaminski nie owija w bawełnę. To był czas skrajnego wysiłku. „Założyłem sobie, że zrobię totalną przerwę, taką kontrę wobec intensywności „Balu u Rafała”. Chciałem na jakiś czas praktycznie przestać pracować, poza pojedynczymi rzeczami, jak jakiś serial czy drobne projekty. Zobaczyć, co się stanie, kiedy pozwolę sobie na „nicnierobienie”. Wiedziałem, że potrzebuję przestrzeni i na komponowanie, i na zwykłe bycie ze sobą. „Bal u Rafała” to były dwa lata bardzo intensywnej promocji, około 150 koncertów i mnóstwo rzeczy wokół. To był dla mnie projekt nie tylko wymagający artystycznie, ale też wyczerpujący fizycznie. Z drugiej strony ta przerwa nauczyła mnie, że takie gwałtowne, całkowite odcięcia też nie działają dobrze”, dodaje.
Po takim maratonie artysta zdecydował się na całkowite odcięcie. Jak się okazało: nie było to łatwe doświadczenie. „Brak pracy, wbrew pozorom, również potrafi być trudny, zwłaszcza kiedy nagle zostajesz sam z emocjami, na które wcześniej nie było czasu. A prędzej czy później i tak trzeba się z nimi zmierzyć. To był ważny moment, ale też lekcja. Dla mnie takie długie przerwy nie są dobre”, kontynuuje. Dziś patrzy na to inaczej. Wie już, że skrajności nie są dla niego. „Nie chcę już pracować na skrajnych obrotach ani grać takiej liczby koncertów, jak wtedy. Muszę szukać balansu. Odpoczynek – tak, miesiąc czy dwa – ale nie rok czy półtora. To po prostu mi nie służy”.

„Od zawsze płacę cenę”. Ralph Kaminski o wrażliwości w show-biznesie
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest temat wrażliwości. Kaminski mówi o niej bez filtrów, jako o darze, ale też ciężarze. „Myślę, że branża boli mnie co jakiś czas. W ogóle wykonywanie tego zawodu bywa trudne. Uważam też, że każdy twórca, nawet najbardziej komercyjny, jest wrażliwy. Pytanie brzmi tylko: jak sobie z tą wrażliwością radzimy i pod jaką maską ją ukrywamy. Ja staram się nie ukrywać swojej wrażliwości i inwestować ją w twórczość, ale od zawsze płacę za nią pewną cenę. Teraz jestem coraz bardziej świadomy tej ceny. Jednak chcąc robić to, co robię, muszę ją akceptować”, mówi.
Artysta nie ma złudzeń. Show-biznes potrafi być okrutny, a emocje są w nim często maskowane. „Na scenie wydają się niewzruszeni, a kiedy reflektory gasną, mogą cierpieć tak samo jak każdy”, zaznacza. Jednocześnie podkreśla, że wrażliwość nie znika. Zmienia tylko formę. „Nie wierzę, że w show-biznesie w ogóle nie ma wrażliwości. Ona jest, tylko często opakowana w sztuczne uśmiechy, mocne osobowości, pewną przesadę czy prześmiewczość”.
Po widowiskowym „Balu u Rafała” wielu spodziewało się kolejnego spektaklu. Kaminski zrobił jednak coś zupełnie odwrotnego. „Tematyka to coś, co musi mnie poruszać i być ze mną aktualne w momencie pisania płyty. Natomiast sam pomysł, żeby zrobić coś w kontrze do poprzedniego projektu, był już moim świadomym założeniem. Chciałem stworzyć coś, czego być może nikt się po mnie nie spodziewa. Miałem poczucie, że po „Balu u Rafała” ludzie mogą oczekiwać jeszcze bardziej rozbudowanej formy, mocniejszego wizerunku, większego spektaklu. A ja poczułem, że muszę się od tego odbić, że kontynuowanie tego kierunku to byłoby dla mnie po prostu za dużo. Oczywiście pewnie wiele osób byłoby zadowolonych, ale jako twórcy nie dałoby mi to nic nowego. Poczułem też potrzebę pokazania się słuchaczowi i widzowi w możliwie najbardziej odartej formie, na tyle, na ile to w ogóle jest możliwe na scenie. Chciałem odsłonić coś bardziej osobistego, bliższego mnie samego. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale jednocześnie nowe i potrzebne. Ufałem też, że dla odbiorcy taka szczerość może mieć dodatkową wartość, zwłaszcza że temat płyty jest bardzo intymny. Tym razem nie chciałem chować się za żadną kreacją ani zbroją”, podkreśla.
Nowy projekt to cisza, skupienie i emocje, które wymagają uwagi. „To płyta, która wymaga od słuchacza pewnego zaangażowania, ciszy, uważności. Jest też trochę kontrą wobec tego, czym dziś często staje się muzyka, czyli narzędziem do generowania zasięgów i zarabiania pieniędzy. Dzisiaj, przy obecnej technologii, właściwie każdy może tworzyć muzykę. Wielu twórców robi to niekoniecznie z potrzeby artystycznej, tylko raczej z myślą o popularności czy rozpoznawalności. A ja mam poczucie, że przy tym projekcie znowu idę pod prąd. Zresztą właściwie przy każdej płycie miałem takie wrażenie, że robię coś wbrew oczekiwaniom, może nawet wbrew temu, co powinienem. Ale taki już jestem”, ujawnia.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Dwa różne światy połączyła miłość. Zofia Zborowska i Andrzej Wrona bez filtrów o kulisach małżeństwa. Oto sekret ich udanego związku

Spokój zamiast show. Kaminski zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał
Artysta świadomie rezygnuje z łatwych rozwiązań i trendów. „Ja nigdy nie chciałem robić wygodnych rzeczy. Rozumiem ludzi, którzy wybierają komfort, ale dla mnie to po prostu trochę bez sensu. Dla mnie ważniejsze jest, żeby muzyka była intrygująca, niewygodna, zagadkowa. Sam jako odbiorca szukam czegoś takiego u innych twórców, więc staram się funkcjonować w podobny sposób”, kontynuuje. I dodaje jasno: „Ten album przypomniał mi, że jestem twórcą, że bliżej mi do artysty alternatywnego, który jakimś trafem przebił się do szerszej świadomości, nawet do mainstreamu. Zdarzało mi się grać na dużych, telewizyjnych wydarzeniach, ale nigdy nie było to coś, do czego świadomie dążyłem. Zawsze dobrze czułem się w swoim miejscu, w tej relacji ze słuchaczami, którzy naprawdę chcą słuchać tego, co robię. Dlatego też było dla mnie zaskoczeniem, że nagle dotarłem do dużo szerszej publiczności, która wcześniej w ogóle się mną nie interesowała”.
Mimo rosnącej popularności Ralph Kaminski nie chce iść w stronę celebryckiego świata. Wyraźnie stawia granicę. „Wolę, żeby moja rozpoznawalność była odpryskiem tego, co robię artystycznie, a nie czystym byciem celebrytą. Nie czuję się dobrze w tej roli. Pójście do reality show sprawiłoby, że bardziej byłbym znany jako osobowość telewizyjna niż jako muzyk, a ja chcę być przede wszystkim kojarzony z muzyką”, mówi. Propozycje telewizyjne? Są, ale nie wszystkie go przekonują. „Na przykład pojawiła się propozycja udziału w ‘Tańcu z gwiazdami’”.
Jednak decyzja była świadoma. „Na obecnym etapie życia czułbym, że mocno by mnie to obciążało psychicznie”. Artysta jasno określa swoje priorytety. „Może kiedyś, gdy będzie inaczej, wezmę udział. Na razie… nie podoba mi się to, choć wiem, że mógłbym np. wiele się nauczyć, poprawić swoje umiejętności taneczne, a przy okazji wziąć udział w konkursie. Ale każda przyjemność ma swoją cenę”, podsumowuje.
Źródło: Zwierciadło.
