W dzieciństwie sprzedawała warzywa i była "bolączką w głowie babci. Dziś mieszka między Polską a Norwegią i olśniewa w telewizji
Paulina Gałązka mówi, że jest Europejką, ale jej serce bije w rytmie warszawskiej Pragi. Z jednej strony Podlasie i wspomnienia sielskiego dzieciństwa, z drugiej, Norwegia i wielka miłość. Studiowała stosunki międzynarodowe, a wybrała aktorstwo. Kim naprawdę jest artystka, która równie naturalnie odnajduje się w teatrze i serialowym kryminale? Niebawem oczaruje widzów w najnowszej edycji programu „Taniec z Gwiazdami".

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział Paulinie Gałązce, że będzie jedną z najbardziej zapracowanych aktorek młodego pokolenia, pewnie roześmiałaby się swoim charakterystycznym, szerokim uśmiechem. Dziś jej kalendarz pęka w szwach, a ona sama z rozbrajającą szczerością mówi o sobie: „jestem Europejką”. I choć dzieli życie między Polskę a Norwegię, najlepiej oddycha na warszawskiej Pradze. W miejscu, które ją ukształtowało.
Dzieciństwo Pauliny Gałązki
Dzieciństwo spędziła na Podlasiu. Tam uczyła się życia. Jej babcia poza nią miała aż 24 wnucząt i każde z nich musiało wiedzieć, co to znaczy praca. Zbieranie porzeczek, pomoc w obejściu, obowiązki bez taryfy ulgowej. Kiedy było jej trzeba za dużo, uciekała do warsztatu dziadka. Rolnika i artysty, który konstruował własne, często zaskakujące instrumenty. Kwadratowe gitary? Dla niej to był najpiękniejszy widok świata.
Na warszawskiej Pradze była z kolei żywiołem nie do zatrzymania. Wzorowa uczennicai jednocześnie dziewczynka, która wspólnie z siostrą i osiedlową ekipą organizowała „napady” na ogródki działkowe. „Byłam bardzo rozbrykana, bardzo wszędobylska, a do tego byłam taką wzorową uczennicą w szkole, byłam dobra ze wszystkich przedmiotów i taka grzeczna, ale miałam też taką ukrytą naturę właśnie małego, wszędobylskiego diabła", mówiła w Dzień Dobry TVN.
Wraz z bliskimi sprzedawa ka warzywa pracownikom FSO, a zarobione pieniądze wydawali na lody z pobliskiego CPN-u. Paulina do dziś opowiada o tym z uśmiechem i z czułością wobec tamtej, nieokiełznanej energii. „Byłam strasznym psotnikiem. Jak wujek pożyczył dwukołówkę od sąsiada, to się na nią wpakowałam, więc pękła dętka. Telewizor kineskopowy też dziadkom zepsułam. Byłam bolączką w głowie mojej babci! Od małego mam niskie ciśnienie, ale dużą potrzebę bodźców", żartuje.
CZYTAJ TEŻ: Poznali się, gdy miała 16 lat, doczekali czwórki dzieci. Kim jest żona Romana Giertycha?

Studia i kariera Pauliny Gałązki
Co ciekawe, aktorstwo nie było jej pierwszym wyborem. Studiowała stosunki międzynarodowe. W liceum wygrała konkurs recytatorski im. ks. Twardowskiego i nagrodę pieniężną przeznaczyła na… maszynę do szycia i książki historyczne. Przed kamerą stanęła trochę z przekory, trochę z przedsiębiorczości.
Do łódzkiej Szkoły Filmowej trafiła już świadoma, że jeśli się nie powiedzie, da sobie dwa lata i zmieni zawód. Nie chciała żyć złudzeniami. W czasie studiów zdobyła nagrody, m.in. na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi oraz Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mimo to przeżyła kryzys. Nie zgadzała się z patosem, z przekonaniem, że aktorzy są „lekarzami dusz”. „Od duszy to są psychoterapeuci i psychologowie! My powinniśmy być jak najbliżej ziemi", podkreśla.
Od sezonu 2013/2014 związana jest z warszawskim Teatrem Ateneum. To miejsce ma dla niej wymiar niemal symboliczny. Powstało jako teatr robotniczy, „dla wszystkich”. Właśnie ten egalitaryzm pokochała najmocniej. „Na jednej ze ścian budynku jest cytat z Janusza Warmińskiego, który przekonywał, że sztuka powinna być służebna i dla artysty, i dla odbiorcy. To także moje motto", mówi.
Grała Stellę w „Tramwaju zwanym pożądaniem”, Laurę w „Ojcu”, Jane w „Mary Stuart”. Partnerowała Agacie Kuleszy, pracowała z Marianem Opanią, Marcinem Dorocińskim, Andrzejem Konopką. Wspomina, że była onieśmielona, ale szybko przekonała się, że wielkość w tym zawodzie nie polega na dystansie, tylko na trosce o całość. „Byłam jej obecnością zestresowana, ale już od pierwszych prób przekonałam się, że chociaż wciela się w główną rolę, to pracuje nie tylko na swoją wybitną kreację, ale też równie mocno przejmuje się całym spektaklem. Nie mogłam uwierzyć, że tak utytułowana aktorka troszczy się o to, jak wypadnie mój występ. Szybko okazało się, że reszta zespołu – Marian Opania, Przemysław Bluszcz czy Marcin Dorociński – ma dokładnie takie samo podejście", wspomina.
Kiedy starszy kolega z teatru stwierdził, że seriale psują aktorstwo, oburzyła się. „Oglądam mnóstwo jakościowych opowieści w odcinkach. Ostatnio zachwyciłam się „The Expanse”, którego akcja toczy się na kilku planetach, a mieszkańcy każdej mówią innym dialektem angielskim. Poza tym praca na planie „Znaków” to najlepszy dowód na to, że proces powstawania serialu jest bardziej wymagający, bo kręci się więcej scen dziennie, ale ekipa jest tak samo zaangażowana i przygotowana do pracy jak przy najambitniejszym filmie", podkreślała. „Na zdjęciach czułam się jak na koloniach, gdzie uczestnicy dbają o siebie nawzajem i podchodzą z szacunkiem, niezależnie od tego, czy ma się na koncie całą litanię wybitnych kreacji jak Andrzej Konopka, czy jest się takim żuczkiem jak ja", dodaje.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Babcia nauczyła ją odwagi, gdy świat w nią nie wierzył. Kim naprawdę jest Yerin Ha, która zachwyciła świat w "Bridgertonach"?

Życie prywatne Pauliny Gałązki
Choć mówi o sobie „Europejka”, w sercu ma Pragę. Mieszka w bloku, o którym marzyła jako dziewczyna. Ciepłym, bez konieczności walki z zimą w starej kamienicy. W osiedlowym sklepie funkcjonuje jako „Aktoreczka”. Ekspedientki wycinają artykuły z gazet z jej zdjęciami. I ona naprawdę jest z tego dumna.
Jej mąż pochodzi z Norwegii. Poznali się w filmówce. Nic więc dziwnego, że on także jest związany z branżą filmową. Dziś dzielą życie między dwa kraje, dwa języki, dwie kultury. Paulina podkreśla, że to ją wzbogaca, ale nie wyrywa z korzeni. Jest wrażliwa na niesprawiedliwość. Sama angażowała się w projekty teatralne, które przełamywały stereotypy. „Przebywam w towarzystwie takich ludzi od małego, więc znalazłam z nimi wspólny język od razu. Cieszę się, że chociaż w ten sposób mogę burzyć niesprawiedliwe mity na ich temat. Tak samo złoszczą mnie krzywdzące opinie o mieszkańcach Pragi, jak choćby o mniejszościach. Byłam przerażona, gdy w skrzynce na listy w swoim bloku odkryłam propagandowy rysunek rodziny, po którą wyciąga rękę LGBT", zaznacza.
Źródło: Dzień Dobry TVN, Vogue.
CZYTAJ TEŻ: Nie mogła się z nim pożegnać, gdy odchodził. Córka Davida Bowiego opowiedziała o ich relacji
