Reklama

Renata Przemyk opowiada o drodze od introwertycznej dziewczyny z robotniczej dzielnicy Bielska-Białej do świadomej artystki, która dziś śpiewa o sobie bez kompromisów. W rozmowie z Beatą Nowicką zdradza, jak wyglądał jej proces dojrzewania, jakie znaczenie mają dla niej doświadczenia z dzieciństwa oraz dlaczego płyta „Vera to ja” jest najbardziej osobistym projektem w jej karierze. To historia o emocjach, traumach i odkrywaniu własnej tożsamości – krok po kroku.

Renata Przemyk osiągnęła sukces dzięki wsparciu jednej osoby. Wywiad VIVA!

– Od lat wracam do trzech utworów: „Both Sides Now” Joni Mitchell, „Cry Baby” Janis Joplin i… Twojego „Babę zesłał Bóg”. Miałaś 23 lata, gdy go nagrałaś. Do płyty „Vera to ja” przeszłaś długą drogę.

Mocny zestaw…! Tak, to była długa droga do samej siebie. Bardzo emocjonalna, wyboista i układająca się sinusoidalnie. Proces dojrzewania, który trwał wiele lat – próbowałam odkryć, kim jestem i czego chcę. Starałam się odrobić każdą lekcję, jaką zafundowało mi życie. Mam analityczny umysł i potrzebę zrozumienia, dlaczego coś się wydarzyło. Mówią, że mądry człowiek to ten, który nie popełnia tego samego błędu dwa razy.

– Jesteś mądra?

(Śmiech). Mądrzejsza niż kiedyś. To na pewno. Jedno z moich ulubionych powiedzeń brzmi: „Człowiek mądrzeje z wiekiem i najczęściej jest to wieko trumny”. Nigdy nie nauczymy się wszystkiego i nigdy nie będziemy tak naprawdę mądre. Natomiast widzę progres. „Vera to ja” jest zapisem całej mojej wiedzy o byciu kobietą. Składam się z traum zakodowanych w pamięci komórkowej, genów i wychowania. Z kobiet, po których dziedziczę od pokoleń, i ze wszystkich wersji samej siebie – zaczynając od 12-letniej dziewczynki, która sama chodziła do dentysty, przez studentkę odkrywającą świat po samoświadomą artystkę, która śpiewa „Biegnę”, bo już wie którędy.

Renata Przemyk, VIVA 7/2026
Renata Przemyk, VIVA 7/2026 Aleksandra Zaborowska

– „Biegnę” to Twój najnowszy kawałek, świetny zresztą. Jaka byłaś, zanim stanęłaś na scenie i tym swoim charyzmatycznym, chropowatym głosem zaśpiewałaś: „Bóg ci zesłał mnie, byś miał kogoś w noc i dzień”.

Zamknięta w sobie, introwertyczna, zdystansowana. Zero kokieterii, wdzięku, czarowania. Teraz mówię, kiedyś mówiłam niewiele. Wolałam obserwować. Wychowałam się w robotniczej dzielnicy Bielska-Białej, gdzie królował przemysł włókienniczy, fabryka małego Fiata i studio rysunkowe „Bolka i Lolka”. Mieszkaliśmy w szóstkę w bloku, na 50 metrach, z inną rodziną w drugim pokoju. Wtedy dziecko nie było partnerem do rozmowy. Nikt nam nie tłumaczył świata, nie uczył jeździć na rowerze, pływać. Pojawiliśmy się na świecie, więc byliśmy. W przedszkolu poznałam panią Halinkę, wychowawczynię. Uśmiechniętą, kochającą dzieci, czułą. Byłam jedną z jej ulubienic, bo szybko się uczyłam. Widziałam podziw w jej oczach – to, co każdemu dziecku należy się jak psu miska. Poczułam się widziana. Po latach pani Halinka przyszła na mój koncert. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Ma 90 lat, wciąż jest elegancka i wiecznie uśmiechnięta. Ona pierwsza dostrzegła mój talent, namawiała rodziców, żeby posłali mnie do szkoły muzycznej. Poszłam do lokalnej podstawówki. Po latach bardziej ich rozumiem. Byli zarobieni po pachy, zmęczeni, szczególnie mama. To był tradycyjny, patriarchalny, zwyczajny dom. Długo nie wiedziałam, że można żyć inaczej.

[...]


Cały wywiad do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 9 kwietnia.

Reklama
Reklama
Reklama