Tuż przed ślubem przeżyli chwile grozy, cudem ocaleli. W VIVIE! Hanna Żudziewicz-Jeschke: „Myślałam o naszej córeczce, że mamy dla kogo żyć”
Kilka dni przed ślubem przeżyli chwile, które mogły zmienić wszystko. Hanna Żudziewicz-Jeschke i Jacek Jeschke wracają do dramatycznego zdarzenia, gdy ich samochód stanął w ogniu podczas podróży do Sopotu. Dziś przyznają, że to doświadczenie zmieniło ich spojrzenie na życie.

Przez lata przyzwyczaili nas do zwycięstw. Sześć Kryształowych Kul, niezliczone godziny na parkiecie i historia miłości, która rozpoczęła się dziewięć lat temu. Dziś Hanna Żudziewicz-Jeschke i Jacek Jeschke tworzą jedną z najbardziej lubianych par polskiego show-biznesu. Niewielu jednak wie, że tuż przed ślubem, który miał być spełnieniem ich marzeń, los wystawił ich na próbę. W jednej chwili plany, emocje i codzienność ustąpiły miejsca strachowi o życie. Samochód, którym jechali do Sopotu, stanął w ogniu. Gdy patrzyli na płonący wrak, nie myśleli o sukcesach, kolejnych projektach ani trofeach. Myśleli o córeczce, która czekała na nich w domu. Dziś, wracając do tamtych wydarzeń, mówią nie tylko o dramatycznych chwilach, ale także o lekcji, która na zawsze zmieniła ich spojrzenie na szczęście. Bo największe zwycięstwa nie zawsze zdobywa się na parkiecie.
Hanna Żudziewicz-Jeschke i Jacek Jeschke o dramatycznym wydarzeniu. To wydarzyło się przed ich ślubem | Wywiad VIVY!
– Zapytałam o ślub, bo pamiętam Wasze piękne zdjęcia z Włoch. Skąd ten pomysł na Włochy?
Jacek: Do Włoch jeździliśmy od dziecka, osobno, na treningi taneczne. Jedni z najlepszych na świecie trenerów to właśnie Włosi. Znaliśmy już na pamięć Rzym, Livorno, Pizę, Toskanię. Mam takie wrażenie, że jak jestem we Włoszech, to powraca do mnie ta beztroska z czasów dzieciństwa, gdy przyjeżdżałem tam na lekcje.
Hania: Zaręczyliśmy się w Portofino, a ślub mieliśmy w Savonie. Tak kochamy Włochy, że co roku latamy tam na wakacje.
– Pamiętam, jak mnie zmroziło zdjęcie na Waszym Instagramie chyba tydzień albo dwa przed ślubem – Wy na tle doszczętnie spalonego samochodu.
Jacek: Jechaliśmy na festiwal do Sopotu. Dobrze, że Róża została w domu. Było ślisko i wpadliśmy w poślizg. Zjechałem na pobocze, uderzając w jakąś studzienkę, i prawdopodobnie od dołu poszła iskra. I to wystarczyło.
Hania: Ja w pewnym momencie poczułam, jak pasy się coraz mocniej na mnie zaciskają. Nic nie powiedziałam, tylko chwyciłam mój krzyżyk. Czułam, że jest źle.
– Ale udało Wam się wysiąść z samochodu i on na Waszych oczach spłonął?
Jacek: Tak było. Mamy zaplanowany ślub, a tutaj taki obraz, takie zdarzenie…
Hania: W takim momencie w ogóle się nie myśli! Ja nawet buty zostawiłam w aucie.
Jacek: Kompletnie nie myśli się, żeby zabrać z auta tak potrzebne rzeczy, jak telefon czy laptop. Wszystko zostawiliśmy w środku. Wiedzieliśmy tylko, że musimy uciec jak najdalej, bo samochód zaraz wybuchnie.
Hania: Biegnąc, myślałam o naszej córeczce, że mamy dla kogo żyć.
Jacek: Kiedy policjanci przyjechali na miejsce i zobaczyli wrak, byli pewni, że nikt nie przeżył. Powiedzieli, że mieliśmy bardzo dużo szczęścia.
Hania: Ja pomyślałam, że to był jakiś znak.

– Jaki?
Hania: Od Boga, że ktoś nad nami czuwa, ktoś się nami opiekuje i… żeby pamiętać o tym, co jest najważniejsze. Nie chciałabym tego przeżyć jeszcze raz, ale w jakimś stopniu to był taki zimny prysznic dla nas, że trzeba w życiu zwolnić.
Jacek: Cieszmy się, bądźmy wdzięczni za naszą pracę, za wszystko, ale też bądźmy razem.
– Piękny był ten moment w finale „Tańca z Gwiazdami”, gdy ogłaszano zwycięstwo Gamou i Hani, a to Jacek zaczął skakać ze szczęścia jako pierwszy.
Hania: Tak! W pierwszej chwili byłam przekonana, że Gamou tak skacze, a okazało się, że Jacek po prostu oszalał z radości.
– A potem widziałam Twój wpis, że to jest Twoje największe zwycięstwo.
Hania: Tak! Moje największe zwycięstwo to jest moja rodzina i to jest moja największa Kryształowa Kula!
_______________________________
Cały wywiad z Hanną Żudziewicz-Jeschke i Jackiem Jeschke w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 18 czerwca.

