Reklama

Kłócą się i kochają niczym włoskie małżeństwo. „Mój mąż jest bardzo dobrym człowiekiem, uzupełniamy się. Ja jestem ogniem, on wodą. Kiedy za bardzo się ekscytuję, on mnie uspokaja i uczy dyplomacji. Jestem Koziorożcem, który często wystawia rogi. Nadal mi się zdarza, że szybciej mówię, niż myślę, a Rysio wprowadza spokój. Jest bardzo inteligentny, z dużym dystansem do siebie i świata”, opowiadała niedawno na łamach VIVY!

Jak w każdym związku pojawiały się wzloty i upadki, ale wychodzą z nich obronną ręką. Bo prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc otworzą szczęśliwy i zgrany duet. W tym związku nie ma miejsca na nudę! Jaka jest ich recepta na udane małżeństwo? Czy taka o ogóle istnieje? Przypominamy historię ich wyjątkowej miłości z okazji 35. rocznicy ślubu!

Historia miłości Marioli Bojarskiej-Ferenc i Ryszarda Ferenca

Taka miłość się nie zdarza… A ich historia to gotowy scenariusz na film. Mariola Bojarska-Ferenc poznała swojego ukochanego w listopadzie 1988 roku. Miała 27 lat i była trzy dni po rozwodzie z pierwszym mężem. Obawiała się, że nie spotka na swojej drodze mężczyzny, z którym zwiąże się na całe życie. Mężczyzny, który będzie w stanie pokochać jej synka, Marcina. Dziennikarka wpadła w wir pracy. Los chciał, że w telewizyjnym programie „100 pytań do..” miała przeprowadzić wywiad z tenisistą Wojciechem Fibakiem, a towarzyszył mu ceniony architekt, Ryszard Ferenc.

„Byłam wtedy dość zapłakana jak każda kobieta w takiej sytuacji. Nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek sobie kogoś znajdę. Pracowałam w telewizji i nie chciałam mieć nikogo, kto by pracował w tej samej branży. Poszłam na wywiad z Wojciechem Fibakiem, bo wówczas zajmowałam się również tenisem pracując w Redakcji Sportowej TVP. Rysiu siedział obok i tak zaczęliśmy rozmowę”, wspominała Mariola Bojarska-Ferenc w rozmowie z Dzień Dobry TVN. Z kolei w 2025 roku na łamach VIVY! dodawała:

„Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Po spotkaniu wracał do Poznania, gdzie wówczas mieszkał, i po drodze odwiózł mnie do domu. Zapytał, czy mam męża. Odpowiedziałam: „Trzy dni temu się rozwiodłam”. On na to: „Aha…”. Myślałam, że ma żonę, więc pozostawał poza kręgiem moich zainteresowań. Okazało się, że był wtedy w trakcie rozwodu, do czego przyznał się po jakimś czasie”.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Wielkie uczucie przyszło z czasem. Ukochany zaintrygował ją swoją osobowością, kulturą i… genialnym stylem. On zwrócił uwagę na jej wysportowane nogi. Ryszarda Ferenca ujęła przebojowość dziennikarki, a także to, z jakim szacunkiem traktowała innych. Zaprzyjaźnili się. Kiedy on przyjeżdżał z Poznania do Warszawy, ona była jego przewodnikiem po stolicy. Wówczas oboje szukali swojej drogi. Wydawało się, że zbyt wiele czynników może stać na drodze do ich szczęścia. Ale nie da się ukryć, że tych dwoje było sobie pisanych. Miłość w końcu ich dopadła. „Zadzwonił przed Bożym Narodzeniem z pytaniem, czy pojadę z nim do Dubaju na święta. Odmówiłam, ale… opowiedziałam o tym pierwszemu mężowi: „Wiesz, ten facet, którego poznałam, zaprosił mnie do Dubaju na święta… Powiedziałam, że nie mogę, przecież nie zostawię naszego dziecka”. Paweł na to: „A jeśli to jest miłość twojego życia? Jedź, daj sobie szansę, zaopiekuję się Marcinem”. Naprawdę bardzo mnie kochał…”, opowiadała Mariola Bojarska-Ferenc w VIVIE! Beacie Nowickiej.

ZOBACZ: Był jej opiekuńczym Kociem. Historia romansu Kaliny Jędrusik i Wojciecha Gąssowskiego

2015-02-07, XVI Charytatywny Bal Dziennikarzy, Warszawa n/z Mariola Bojarska-Ferenc z mezem fot. Press Photo Center/East News
East News

To miłość jak z filmu

Sylwestra 1988/1989 spędzili wspólnie w Dubaju. To był ich pierwszy wyjazd, do którego wracają z sentymentem. Kilka miesięcy później Mariola Bojarska-Ferenc udała się do Casablanki na dwumiesięczny kontrakt artystyczny. To miała być próba dla ich relacji. Ponieważ nie było innej formy kontaktu, codziennie wysyłała swojemu ukochanemu listy. Dotarły po miesiącu… jednego dnia! Po ich lekturze Ryszard Ferenc spontanicznie zmienił plany. Wybierał się akurat na krótki urlop na narty i w ostatniej chwili postanowił odwiedzić Mariolę Bojarską-Ferenc w Casablance.

Pojechałam i poczułam, że zaczynam się w nim podkochiwać. Ryszard był bardzo majętnym człowiekiem, ja samotną matką z dzieckiem, która nie miała pieniędzy, ale była kobietą niezależną. Dowiedziałam się od koleżanek, że Małgosia Potocka organizuje wyjazd z zespołem Sabat do Casablanki. Wiedziałam, że dziewczyny na takim kontrakcie zarabiają na rok życia. A ponieważ przyjaźniłam się z Wojtkiem Gąssowskim, wyprosiłam, żeby wstawił się za mną, i Gosia zgodziła się dołączyć mnie do zespołu. Ćwiczyłam pół roku, po czym wyjechaliśmy na dwa miesiące do Casablanki. Paweł był na kontrakcie w Ameryce Południowej i nasz syn został z moją koleżanką, studentką prawa, i jej chłopakiem. Rysiu wciąż mieszkał w Poznaniu. Wtedy były tylko telefony stacjonarne, kilka razy zadzwoniłam i nie było go w domu…", relacjonowała Beacie Nowickiej.

Myślała, że o niej zapomniał. Tymczasem on co tydzień przyjeżdżał do jej synka sprawdzić, czy jest zadbany. Zabierał go na obiady, kupował zabawki i za każdym razem zostawiał opiekunce pieniądze na jego potrzeby. „A potem przyjechał do Casablanki na trzy tygodnie. Wtedy zakochałam się totalnie. Po powrocie zatrudniłam panią do posprzątania. Wieczorem zorientowałam się, że mnie okradła. To był szok. Nie spisałam dowodu, nie wiedziałam, gdzie jej szukać. Płacząc, zadzwoniłam do Rysia i opowiedziałam, co się stało. Zapytał: „Ile ci ukradła?”. Podałam kwotę. Po południu Ryś przyjechał z Poznania i wręczył mi taką samą kwotę: „Nie możesz zostać bez tych pieniędzy, były dla twojego dziecka. Ciężko na nie pracowałaś. Proszę”. To cały mój Ryś. Zrozumiałam, że nie chcę bez niego żyć. Na ślubie Marcinek robił nam zdjęcia. Po cichu napił się szampana, o czym nie wiedzieliśmy, po czym zasnął w naszym łóżku i spędził z nami noc poślubną (śmiech)", mówiła nam w 2025 roku.

Czytaj też: Paweł Deląg i Patrycja Komorowska wyprawili huczne baby shower! Zakochani ujawnili płeć dziecka. Chłopiec czy dziewczynka?

Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021
KRZYSZTOF OPALIŃSKI

Miłość Marioli Bojarskiej-Ferenc i Ryszarda Ferenca jest wyjątkowa

Ryszard Ferenc zdobył serce ukochanej opiekuńczością, ciepłem i miłością do sztuki. Ale przede wszystkim tym, że bezgranicznie pokochał jej dziecko - Marcina z pierwszego małżeństwa. To był dla niej priorytet. „Dla mnie priorytetem było znalezienie partnera, który nie tylko pokocha mnie, ale mnie z tym wszystkim, co mam, czyli z synem. Wiedziałam, że kiedyś pojawi się drugie wspólne dziecko. Dbałam o to, by chłopcy Marcin i Aleks byli traktowani w ten sam sposób. To jest dla mnie największa radość, że potrafiłam tak ułożyć swoje życie, nikogo nie zranić”, wyznała nam gwiazda.

Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc stanęli na ślubnym kobiercu 21 czerwca 1991 roku. Co ciekawe, panna młoda do ślubu szła w... czarnej kreacji! Jak wspominała przed kamerą VIVY.pl, do takiej decyzji przekonał ją zaprzyjaźniony projektant mody. Uznał, że delikatne tiule i koronki nie pasują do jej charakteru, a ona sama jest kobietą odważną, wyrazistą i pełną osobowości. Choć początkowo pomysł wydawał się zaskakujący, ostatecznie zaufała intuicji.

Efekt? Goście weselni nie kryli zdumienia. Czarna suknia ślubna wzbudzała niedowierzanie i przyciągała spojrzenia wszystkich obecnych. Sama Mariola do dziś z uśmiechem wspomina fotografie, na których widać zaskoczone miny znajomych obserwujących pannę młodą łamiącą wszystkie obowiązujące wówczas schematy.

Co ciekawe, wyjątkowa kreacja nie trafiła po ślubie na dno szafy. Bojarska-Ferenc wielokrotnie zakładała ją później na bale i eleganckie przyjęcia, dzięki czemu suknia zyskała dla niej jeszcze większą wartość sentymentalną. Dziś patrzy na nią już nie tylko jak na element garderoby, ale przede wszystkim jak na symbol szczęścia, miłości i wspólnie przeżytych lat.

Po dwóch latach na świecie pojawił się ich drugi syn, Aleks. Zakochani zamieszkali w Poznaniu. Kilka lat później przeprowadzili się do Warszawy. Ukochany Marioli Bojarskiej-Ferenc musiał pogodzić się z faktem, że praca jest jej pasją i misją. Nigdy jej tego nie wypominał. Wręcz przeciwnie. Wspiera ją w kolejnych przedsięwzięciach i podziwia za wytrwałość w dążeniu do celu, realizacji marzeń. W końcu to Mariola Bojarska-Ferenc rozpoczęła edukację Polaków w kwestii zdrowego stylu życia i zachęcała do aktywności fizycznej już 40 lat temu, zanim było to modne. Gwiazda wypromowała nad Wisłą callanetics, pilates, jogę, zumbę, drums alive, body art, barre i filozofię wellness czy life ballance.

„Nieustająco się uczy, rozwija, czyta. Na jej wyjazdy na specjalne kongresy (a było ich w sumie ze 40) do USA, Szwajcarii, Szwecji, Francji dotyczące fitnessu i zdrowego stylu życia, wydaliśmy fortunę. (...) Dobrze jest żyć u boku kobiety, która z największej swojej pasji uczyniła zawód. Mariola dowodzi na każdym statku, na który wsiada. A pływa tylko na tych, gdzie może być kapitanem!”, mówił czule o ukochanej Ryszard Ferenc w rozmowie dla magazynu PANI.

Czytaj też: Czarna suknia ślubna?! Taką panną młodą była Mariola Bojarska-Ferenc: „Goście byli zszokowani”

Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021
KRZYSZTOF OPALIŃSKI

Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc są razem na dobre i na złe

Mimo upływu lat ich uczucie nie straciło na sile. Wręcz przeciwnie — dziś wydaje się jeszcze dojrzalsze, głębsze i bardziej świadome niż kiedykolwiek wcześniej. Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc stworzyli relację opartą na partnerstwie, wzajemnym szacunku oraz przekonaniu, że nawet najtrudniejsze momenty warto przechodzić razem. To właśnie dzięki temu od lat są dla siebie nie tylko małżonkami, ale także największym wsparciem, inspiracją i bezpieczną przystanią.

Kilka lat temu Mariola Bojarska-Ferenc niezwykle szczerze opowiedziała o sile łączącego ich uczucia. W poruszającym wpisie na Instagramie przyznała, że przez wspólne lata ona i jej mąż nadali słowu „kocham” prawdziwe znaczenie. Nie ukrywała, że ich życie miało różne odcienie — od chwil trudnych i bolesnych po momenty pełne szczęścia. Jak podkreślała, każde doświadczenie stało się dla nich cenną lekcją, która jeszcze bardziej umocniła ich związek.

„Kocham” to tylko słowo My przez te lata wypełniliśmy je po brzegi. Nasze życie było jak tęcza czasami czarno i smutno, a czasami pięknie, różowo. Wszystkie trudne momenty były wielką lekcją życia‼️ Pokazaliśmy sobie nawzajem, że jesteśmy dla siebie najważniejsi Porażki przekuwaliśmy w sukcesy, wyciągając wnioski znamy się i czytamy wzajemnie jak „mapę” Rozumiemy się bez słów‼️ Moje koleżanka Jola Bogiel powiedziała mi piękną rzecz, że to cudowne, że Rysiek po 28 latach ciągle patrzy na mnie jakby widział mnie pierwszy raz .Kocham to jego spojrzenie. Kocham go najmocniej na świecie, że JEST‼️ Kocha się nie za coś, ale pomimo czegoś… Kocham jego zapach, uśmiech i wyjątkową dobroć nie tylko dla mnie ale dla wszystkich ludzi. Mam szczęście”, pisała na swoim Instagramie Mariola Bojarska-Ferenc kilka lat temu.

Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021
KRZYSZTOF OPALIŃSKI

Tajemnica zaręczynowego pierścionka. Dlaczego Mariola Bojarska-Ferenc go... wyrzuciła?!

Dla gwiazdy i jej męża, prezenty nigdy nie miały większego znaczenia. „Mój mąż zaskoczy mnie jak zwykle olbrzymim bukietem, ulubionych białych kwiatów (śmiech). Poza tym, prezenty zawsze kupujemy sobie wspólne. Zazwyczaj to coś, o czym długo marzyliśmy, coś do domu. Kochamy rzeczy związane z art déco. Nie obdarowujemy się biżuterią. Bez niej i przeżyliśmy tyle lat. Liczy się uczucie. Mówi się, że jeśli nie nosi się obrączki czy pierścionka zaręczynowego, to przynosi pecha”, zdradziła nam gwiazda jakiś czas temu. Mariola Bojarska Ferenc i jej mąż nie wierzą w przesądy. Ich obrączki skradziono, a pierścionek zaręczynowy gwiazda... wyrzuciła zaraz po ślubie! Dlaczego?

„Jeśli się ludzie kochają, to najważniejsza jest energia między nimi, a nie dodatki. Oczywiście to miłe, kiedy mąż obdarowuje swoją kobietę. Kiedyś byłam straszną zazdrośnicą, kiedy poznałam swojego męża. Dwa tygodnie po ślubie przenieśliśmy się do Poznania. Byłam w obcym miejscu, wyszliśmy do nowego dla mnie otoczenia, do ludzi, których jeszcze nie znałam. Mój mąż bardzo długo rozmawiał z pewną kobietą, która dziś jest moją najlepszą przyjaciółką. To bardzo wstydliwa historia. Podeszłam do tego po swojemu – emocjonalnie. Zwyciężył ten mój włoski temperament. Z tych nerwów rzuciłam pierścionek zaręczynowy w tłum i wyszłam. Już się nie odnalazł. Mój mąż do tej pory nie kupił mi żadnego pierścionka (śmiech)”, zdradziła rozmowie z nami Mariola Bojarska-Ferenc.

Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021
KRZYSZTOF OPALIŃSKI

Więc... Jaki jest sekret ich trwałego małżeństwa? Dziennikarka nie wierzy w uniwersalne recepty na szczęście we dwoje. Jak podkreśla, każda para musi odnaleźć własną drogę. W jej przypadku fundamentem relacji okazała się miłość i akceptacja, które Ryszard Ferenc od początku okazywał jej synowi z pierwszego małżeństwa. To właśnie ten gest sprawił, że dostrzegła w nim partnera na całe życie. Równie ważna okazała się wzajemna wolność i szacunek dla indywidualności. Choć ich zawodowe światy są zupełnie różne, nigdy nie próbowali się zmieniać ani ograniczać. Ona od lat realizuje się zawodowo i otwarcie przyznaje, że jest pracoholiczką. On nie tylko to akceptuje, ale także wspiera jej pasję do rozwoju. Dzięki temu każde z nich ma własną przestrzeń, w której może się spełniać, nie tracąc przy tym bliskości.

Mariola Bojarska-Ferenc wielokrotnie podkreślała, że w miłości niezwykle ważna jest umiejętność wybaczania. Związek nie polega na szukaniu ideału, lecz na akceptowaniu drugiej osoby ze wszystkimi jej cechami, temperamentem i słabościami. Sama określa siebie jako osobę niezwykle emocjonalną, pełną energii i spontaniczności. Jak przyznaje, prawdziwe uczucie nie rodzi się „za coś”, ale trwa „pomimo” wielu różnic i życiowych wyzwań.

„Nie ma jednej recepty. Każdy musi znaleźć swoją. Dla mnie receptą jest to, że mąż pokochał moje dziecko z pierwszego małżeństwa. Gdyby nie pokazał tej miłości do pierwszego synka, nigdy bym się z nim nie związała. Rysio akceptuje również fakt, że jestem pracoholiczką, stawiam na swój rozwój. On jest związany z zupełnie inną dziedziną. To cudowne, że każde z nas ma własną przestrzeń, w której się spełnia. Wolność jest dla mnie najważniejsza, nigdy nie dała bym się zamknąć w ”klatce” nawet ze złota. Jestem kolorowym ptakiem, emocjonalna czasami niczym bomba atomowa. Kocha się nie za coś, a pomimo… Trzeba umieć wybaczać. Jeśli ludzie się kochają, odpowiadają sobie temperamentem, mają wspólne pasje… to jest ważne! Nasz związek właśnie taki jest”, dodała dziennikarka w rozmowie z nami kilka lat temu.

Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021
Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc, VIVA! 15/2021 KRZYSZTOF OPALIŃSKI

Po 35 latach wspólnego życia Mariola Bojarska-Ferenc nie ma wątpliwości, że szczęśliwy związek zaczyna się od szczęśliwej kobiety. Dlatego radzi przede wszystkim jedno: nigdy nie rezygnować z własnej niezależności i nie zapominać o sobie, nawet wtedy, gdy życie wypełniają obowiązki zawodowe i rodzinne.

„Jestem z pokolenia, które było gotowe do pracy o każdej porze dnia i nocy. Praca dawała mi poczucie wewnętrznej wolności i siły. A z drugiej strony, kiedy założyłam rodzinę i pojawiły się dzieci, ja zeszłam na drugi plan – rodzina była najważniejsza. Kiedy urodziłam Marcinka, moja pierwsza teściowa udzieliła mi ważnej – i odważnej w tamtych czasach – lekcji: „Mariolko, dziecko dzieckiem, ale pamiętaj, że masz męża. O męża trzeba dbać, żeby nie czuł się odrzucony. Nie skupiaj całej uwagi na dziecku. Dbaj o siebie. Raz w tygodniu fryzjer i manikiur, raz na dwa – pedikiur. Nie zapominaj, że mężczyźni są estetami” (śmiech). Oczywiście nie chodzi o to, żeby facetom zrobić dobrze, tylko sobie! Pracujemy na kilku „etatach”, bardzo łatwo w tym kieracie zapomnieć o sobie”, mówiła w 2025 roku na łamach VIVY!.

35. rocznica ślubu Marioli Bojarskiej-Ferenc i Ryszarda Ferenca

35 lat razem, dwójka synów, pięcioro wnucząt i miłość, która mimo życiowych zakrętów nie straciła swojej siły. Mariola Bojarska-Ferenc nie ukrywa, że ich wspólna droga nie zawsze była usłana różami. Były chwile szczęścia, ale też momenty, które wystawiały ich związek na próbę. Z okazji 35. rocznicy ślubu opublikowała poruszające wyznanie, w którym podsumowała wspólne życie u boku ukochanego męża.

„Kochani, to właśnie dzisiaj mija nasza 35. Rocznica Ślubu. Nasze życie nigdy nie było bajką, a raczej tęczą przybierającą różne kolory. Te „czarne” chwile bolały jak cholera, ale jeszcze bardziej wzmocniły nasz związek. Te piękne, „różowe”, zostaną w sercu na zawsze.

Co najbardziej nam się udało? Stworzenie silnej więzi z synami. Są dla nas opoką, wzruszająco dbają o nas, jak my kiedyś o nich. Są naszą dumą, nigdy nie zawodzą. Mamy wspaniałych pięcioro wnucząt i dwie super synowe. Jak włoska rodzina. Dawno zdałam sobie sprawę, że sukces życiowy to nie tylko praca, ale także szczęście osobiste. Fajnie jest przyjść do domu po pracy i zanurzyć się w ramionach męża, pogadać, a czasami pomilczeć razem. Dobry związek to ciężka praca, ale z perspektywy 35 lat spędzonych z Rysiem jestem pewna, że warto było. Nie kochamy się za coś, a pomimo. Jak mawiają, relacja pomiędzy dwojgiem ludzi jest jak roślina, która wymaga nieustannej pielęgnacji. Nie chodzi o to, by zagłaskiwać się i nieustannie komplementować, ale być ze sobą, rozmawiać, wspierać i towarzyszyć sobie nawzajem.

Rysiu, dzięki, że jesteś, że dajesz mi spokój wewnętrzny, że unosisz mi skrzydła, że chodzisz na palcach, jak śpię, że przytulasz, jak płaczę, nie pozwalasz mi się załamać, jak mam dość, że patrzysz na mnie jak kiedyś, że kochasz moje wariactwa i mnie taką, jaką jestem, że nic nie muszę udawać, że jestem przy Tobie sobą. KOCHAM już 35 lat!”

Marioli Bojarskiej-Ferenc i Ryszardowi Ferencowi życzymy kolejnych lat wspólnego szczęścia!

820610ed-3cf8-4251-91ba-587573a8f474
Archiwum prywatne Marioli Bojraskiej-Ferenc
Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc
Mariola Bojarska-Ferenc, Ryszard Ferenc Fot. Gałązka/AKPA
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...