Tak wyglądało jego życie, gdy poznał Korę. Kamil Sipowicz w wywiadzie VIVY! zwierza się: „Byłem półsierotą, przerzucanym tobołkiem”
Miał 21 lat, był zagubiony i szukał dla siebie miejsca w rzeczywistości Polski komunistycznej. Wychowany przez samotną matkę, szukał sensu w sztuce, muzyce i hipisowskiej wolności. Nie wiedział, że przypadkowe spotkanie w windzie w Warszawie połączy go z Korą i rozpocznie historię pełną emocji, pasji.

Miał 21 lat i poczucie, że stoi w miejscu. Wychowany przez samotną matkę, naznaczony trudną przeszłością i brakiem wyraźnych perspektyw, uciekał w świat idei, sztuki i hipisowskiej wolności. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie dało się zaplanować. Jedno przypadkowe spotkanie w windzie w Warszawie sprawiło, że na jego drodze stanęła Kora. Od tej chwili nic już nie było takie samo.
Kamil Sipowicz o poznaniu Kory. Jak wtedy wyglądało jego życie?
– Kiedy poznał Pan Korę? Jakie miał Pan marzenia? Kim Pan wtedy był?
Kamil Sipowicz: W 1974 roku miałem 21 lat. Kim byłem? Młodym chłopcem, zagubionym w rzeczywistości. Studiowałem na uczelni, która w Polsce komunistycznej nie dawała żadnych perspektyw, a wręcz była wilczym biletem, bo po tej uczelni nie można było dostać żadnej pracy. Więc już na starcie robiłem coś, co nie miało sensu. Mieszkałem z mamą w małym mieszkanku na Muranowie. Mama z powodu losu rodzinnego, wojny, komuny, śmierci jej matki na Pawiaku i własnego życia osobistego była nieszczęśliwa i potwornie nerwowa. Ojca znałem tylko z opowieści. Byłem więc wychowywany przez samotną, znerwicowaną matkę, która wysyłała mnie do ciotek i obcych ludzi. Podobnie jak Kora, byłem półsierotą, przerzucanym tobołkiem. Skończyłem technikum, bo matka chciała, żebym miał zawód. Pięć lat szkoły, której nienawidziłem – technikum mechaniki precyzyjnej.
Czytaj też: Tylko w VIVIE! Natalia Kukulska zaryzykowała wszystko dla miłości i dziecka. „Chciałam syna”
– Brzmi poważnie…
Wspominam to jako koszmar. Po maturze ciocia Marysia, matematyczka, która częściowo mnie wychowywała, stwierdziła, że powinienem pójść na politechnikę. Coś mi tam załatwiła, ale pamiętam, że uciekłem przez okno. Zapisałem się na filozofię na Akademię Teologii Katolickiej, co moja biedna rodzina uznała za absurd. Zanurzyłem się w kontrkulturze hipisowskiej, w ideach, a przede wszystkim w muzyce. Dla matki 20-letni facet, który robi korale z jarzębiny, to była aberracja. Dla hipisów kultura i sztuka były bardzo ważne. Chodziliśmy do teatru, na festiwale. Tam szukaliśmy natchnienia i wolności. Każdy pisał wiersze, malował. Każdy chciał jakoś zaznaczyć swoją obecność w świecie. Niektórzy działali w różnych teatrach. Robiliśmy dużo happeningów. Naszymi guru był Tadeusz Kantor i Krzysztof Niemczyk, performer, prekursor queer, prześladowany przez milicję. Nie znałem Kory, ale żyliśmy w tym samym krajobrazie duchowym i mieliśmy wspólnych znajomych. W Krakowie poznałem Ryśka Terleckiego, czyli „Psa”, i wiedziałem, że ma piękną dziewczynę o imieniu Kora. Najdziwniejsze jest to, że poznał nas w Warszawie mój kuzyn, Jurek Korytkowski, pseudonim „Hipster”. Spotkaliśmy się w windzie, no i się zaczęło.
– Więc przeznaczenie?
Dlaczego nie? Wielu filozofów uważa, że przeznaczenia nie da się połączyć z wolną wolą, ale życie jakby mówi co innego. W 37-milionowym kraju spotykają się dwie osoby, te, a nie inne? Mój kuzyn, Jurek Korytkowski, który wciągnął mnie do ruchu hipisów, całe życie miał do siebie pretensje, że nas poznał.

– Dlaczego kuzyn miał wyrzuty sumienia, że Was poznał?
Życie z Korą nie było sielanką, nie oszukujmy się. On to widział i mi współczuł. Nie było łatwo, ponieważ Kora miała bardzo poważny problem z mężczyznami, spowodowany być może przemocą seksualną w dzieciństwie. I trochę się na mężczyznach odgrywała, a ja często byłem workiem treningowym. Byliśmy bardzo silnie związani, nie dość że żyliśmy razem, to razem pracowaliśmy. Poza tym bardzo ważna rzecz – gdy w związku dwie osoby są artystami i jedna odnosi gigantyczny sukces, dla drugiej to jest wyzwanie. Kora stała się ikoną, wielką, charyzmatyczną artystką. Ja też miałem swoje ambicje, ale oczywiście wszystko było podporządkowane Korze. Wspaniałej, pięknej, cudownej. Wydzielała takie promieniowanie, że moja podmiotowość właściwie nie istniała, byłem neantyzowany. Wie pani, co to znaczy?
– Unicestwiony.
Kora była czasami zaborcza, nielicząca się z nikim. Rzadko pytała się innych o zdanie. Nigdy za nic nie przepraszała. Trzeba było sobie z tym poradzić i przeżyć. Nie było łatwo. Żeby była jasność – nie skarżę się, po prostu pokazuję drugą stronę życia z Korą. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy po śmierci Kory przeczytałem swoje dzienniki. Wiem, że sama nie miała lekko… Życie w domu dziecka, walka o swoją indywidualność, swoją przestrzeń spowodowały, że stała się bezwzględna i surowa. Kochała matkę, która nigdy nie zabrałaby jej z domu dziecka, gdyby państwo go nie zamknęło. Nie mogła się z tym pogodzić. Kiedy zamieszkała z trzema braćmi w suterynie, obsesyjnie porządkowała świat wokół. Była naczelną energią tego domu. To jej zostało. Porządek przestrzegany ad absurdum. Nie było spokoju. Nigdy nie spoczywała, coś musiała robić, zmieniać, sprzątać, układać, porządkować, poprawiać. Wszystko musiało być perfekcyjnie. Dążyła do perfekcji.
Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 26 marca.


Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.