Tak Marta Nieradkiewicz wychowuje córkę. Jedno zdanie powtarza Jaśminie nawet w najgorszy dzień. Jej słowa poruszają do głębi
Macierzyństwo zmieniło jej życie bardziej, niż mogła się spodziewać. Marta Nieradkiewicz szczerze opowiada o wychowaniu córki Jaśminy, sile rodzinnych wartości i relacji, która zbudowana jest przede wszystkim na zaufaniu, szczerości i bezwarunkowej miłości.

Macierzyństwo Marty Nieradkiewicz nie przypomina opowieści o perfekcyjnej codzienności. Jest w nim miejsce na lęk, czułość, szczerość i nieustanne uczenie się siebie nawzajem. W wywiadzie dla magazynu PANI aktorka opowiada o córce Jaśminie z niezwykłą delikatnością, pokazując, że wychowanie dziecka zaczyna się od odwagi mówienia prawdy, budowania poczucia bezpieczeństwa i przekonania, że największą wartością człowieka jest to, kim jest, a nie to, co osiąga.
Marta Nieradkiewicz i córka Jaśmina: relacja budowana na zaufaniu
Marta Nieradkiewicz bardzo rzadko wpuszcza opinię publiczną do swojego życia rodzinnego. Tym większą uwagę przyciągają fragmenty wywiadu, w których opowiada o córce Jaśminie. Pociecha jest owocem jej relacji z Dawidem Ogrodnikiem. Choć relacja pary zakończyła się, dziś wspólnie dbają o dobro dziecka.
„Przyznam, że to pójdę tym starym sloganem: dziecko zmienia wszystko i tak jest też w moim przypadku. Moja córka zmieniła mi priorytety. Nauczyłam się takiej miłości, której nie znałam do tej pory. Uczę się jej, bo jest to zupełnie inny rodzaj miłości, niż taka miłość relacyjna, powiedzmy, między kobietą a mężczyzną. Co innego jest też miłość matki, a co innego jest miłość dziecka[…] Pokazała mi inną stronę wielu spraw, nawet wyjazdów wakacyjnych, tego, jak się chodzi do parku, też to ma teraz zupełnie inny wymiar dla mnie”, mówiła w rozmowie z TVN.pl.
Aktorka nie ukrywa, że choć córka ma obecnego i zaangażowanego tatę, to wiele wychowawczych wyzwań spoczywa właśnie na niej. I właśnie wtedy, gdy zostają tylko we dwie, cała odpowiedzialność za codzienny rytm dnia trafia na jej barki. „Bardzo kocha Jaśminę, Jaśmina kocha jego”, dodawała w programie Monika Olejnik. Otwarcie w TVN24+.

W najnowszym wywiadzie dla PANI, Marta Nieradkiewicz nie ukrywa, że wejście w rolę mamy okazało się znacznie bardziej wymagające, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała. Opowiedziała o doświadczeniu, które na zawsze zmieniło jej sposób patrzenia na życie. To właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyła tę stronę macierzyństwa, o której mówi się znacznie rzadziej – pełną zmęczenia, nieustannej gotowości i emocji, których wcześniej nie znała.
Jednocześnie obok wyczerpania pojawiało się coś jeszcze. Zachwyt nad nowym życiem i rodząca się więź z córką mieszały się z poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Każdy dzień przynosił nowe uczucia, dla których wcześniej nie miała punktu odniesienia. Największą zmianą okazała się jednak świadomość, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.
„Były dni, że o siedemnastej byłam ciągle w piżamie, bo nie miałam przestrzeni na to, żeby znaleźć choć chwilę dla siebie. Nie wiedziałam, że macierzyństwo ma i taką twarz. Z drugiej strony patrzyłam na nowego człowieka, pojawiały się nowe, nieznane do tej pory uczucia, które mieszały się ze zmęczeniem. I zrozumiałam, że nie ma już powrotu do tamtej Marty. Tamto życie po prostu się skończyło. Dzisiaj wspominam tę scenę z czułością, ale wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam ciężar odpowiedzialności za drugiego człowieka”, mówiła Beacie Biały.
Sama wychowywała się wśród kobiet. Wokół niej zawsze były ciotki, kuzynki, babcia. Marta Nieradkiewicz z ogromnym sentymentem wraca do dzieciństwa, które – jak sama przyznaje – upłynęło w otoczeniu silnych kobiet. To właśnie one stworzyły przestrzeń, która do dziś pozostaje dla niej punktem odniesienia. Aktorka opowiada o świecie, w którym więzi nie były pustym sloganem, ale codziennością. O świecie, gdzie kobiety wspierały się naturalnie, bez rywalizacji, a dom był miejscem, do którego zawsze można było wrócić po siłę.

Tak Marta Nieradkiewicz wychowuje córkę, Jaśminę. Łączy je wyjątkowa więź
Marta Nieradkiewicz dorastała w przekonaniu, że kobieta może być jednocześnie silna, niezależna i bliska innym. Nie musiała wybierać między samodzielnością a czułością, między odwagą a wrażliwością. W jej rodzinnym domu jedno nie wykluczało drugiego. Jak wspomina, od najmłodszych lat słyszała, że jest zdolna, piękna i wyjątkowa. Te słowa nie miały jednak budować poczucia wyższości, ale dawać odwagę do mierzenia się z życiem. Były rodzajem emocjonalnego zaplecza, z którego można było czerpać siłę także wtedy, gdy pojawiały się pierwsze porażki i rozczarowania. To doświadczenie stało się dla aktorki punktem odniesienia również wtedy, gdy sama została mamą. Dziś podobny fundament chce budować dla swojej córki Jaśminy.
„Z domu wyszłam z poczuciem, że jestem ważna. Że mam wartość i że mogę sobie poradzić. Byłam wychowywana w przekonaniu, że jestem zdolna, piękna i wyjątkowa. A to daje człowiekowi odwagę, kiedy przychodzą pierwsze porażki. Bardzo podobnie wychowuję swoją córkę. Często mówię jej: „Właśnie o takiej córce marzyłam”. Nawet kiedy ma gorszy dzień albo coś jej nie wychodzi. „Naprawdę o takiej?” – pyta wtedy z niedowierzaniem. A ja odpowiadam: „Tak. Dokładnie o takiej”. Bo myślę, że dziecko powinno wiedzieć, że jest kochane nie za osiągnięcia, ale za to, kim jest”, mówi na łamach PANI Beacie Biały.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Szczerość od pierwszego dnia. Tak Marta Nieradkiewicz rozmawiała z córką o chorobie
Dla Marty Nieradkiewicz jedną z najtrudniejszych prób nie było samo leczenie onkologiczne (aktorka otwarcie opowiada o chorobie), ale odpowiedź na pytanie, jak przeprowadzić przez ten czas własne dziecko. Zamiast szukać wygodnych półprawd czy budować wokół choroby mur milczenia, postawiła na szczerość. Nie dosłowną, która mogłaby przestraszyć kilkuletnią dziewczynkę, ale mądrą, uważną i dostosowaną do jej wieku. Aktorka od początku wiedziała, że nie chce udawać, iż nic się nie dzieje. Jak podkreśla, dzieci niezwykle intuicyjnie odbierają emocje dorosłych. Dostrzegają zmiany, wychwytują napięcie i szybko orientują się, że codzienność przestała wyglądać tak jak wcześniej.
Dlatego każdy kolejny etap leczenia tłumaczyła córce spokojnie, prostym językiem, konsultując sposób rozmowy z psychologiem. Chciała, by Jaśmina wiedziała, co się dzieje, ale jednocześnie czuła się bezpiecznie.
„Od początku wiedziałam, że nie chcę niczego ukrywać. Dzieci i tak wszystko czują. Widzą. Słyszą. Wyłapują najmniejsze zmiany. Nie używałam jednak słów, które mogłyby ją przestraszyć. Były to sformułowania przystosowane do jej wieku, konsultowane z psychologiem. Potem opowiadałam o kolejnych etapach leczenia. Wiedziała, co się dzieje. Była przygotowana. Na to, że zobaczy mamę bez włosów również. Bo potem włosy zaczęły wypadać”, opowiadała aktorka na łamach PANI.
Czytaj też: Ariana Grande niczym Mandaryna, wróciła do byłego partnera. Para rozstała się ponad dekadę temu

Leczenie odcisnęło piętno nie tylko na jej ciele, ale również na codziennym życiu rodziny. Po kolejnych cyklach chemioterapii organizm słabł. Każdy dzień wymagał coraz większego wysiłku. Bolało całe ciało. Jednak – jak przyznaje – największy ciężar nie miał charakteru fizycznego. Najbardziej doskwierały jej wyrzuty sumienia wobec Jaśminy. Nagle z codzienności zniknęły wszystkie małe rytuały, które wcześniej były dla nich czymś oczywistym. Wspólne przejażdżki rowerowe, pieczenie, wyjścia do kina czy zwykłe chwile spędzane razem musiały ustąpić miejsca leczeniu. Jej córka okazała się wtedy niezwykle uważnym obserwatorem. Dziewczynka szybko zaczęła dostrzegać, kiedy mama potrzebowała wsparcia. Jak wspomina aktorka, wystarczył jeden kaszel, by Jaśmina natychmiast pojawiła się obok.
„Budziłam się rano i sił było coraz mniej. Wchodziłam po schodach i brakowało tchu. Leżałam na kanapie kolejny dzień. I wtedy pojawiał się ciężar. Nie tylko fizyczny. Także psychiczny. Miałam wyrzuty sumienia wobec Jaśminy. Nie jeździłyśmy na rowerze. Nie piekłyśmy razem. Nie chodziłyśmy do kina. Nie robiłyśmy tych wszystkich rzeczy, które wcześniej były naszą codziennością. To bolało mnie czasem bardziej niż sama choroba. Bo Jaśmina stała się niezwykle uważna. Kiedy kaszlnęłam, od razu była obok. Pytała, czy czegoś potrzebuję. […] Była czujna. Jakby cały czas sprawdzała, czy wszystko jest w porządku”, relacjonowała w poruszającym wywiadzie z Beatą Biały.
Marta Nieradkiewicz przyznaje, że dopiero w najtrudniejszym okresie swojego życia zrozumiała, czym naprawdę jest bliskość.
„Ten czas nauczył mnie, że miłość nie zawsze wygląda spektakularnie. Czasem jest kubkiem herbaty podanym bez słowa, czułym spojrzeniem albo pytaniem: „Mamo, wszystko dobrze?”, wyznała
W tych prostych gestach zobaczyła siłę relacji, której nie da się zmierzyć wielkimi słowami. To nie wyjątkowe okazje budują bliskość, ale codzienna obecność i gotowość, by być obok drugiego człowieka.
