Reklama

Przez 30 lat stał u boku Elżbiety Pendereckiej. Andrzej Giza, dzisiaj prezes Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena, pomagał w organizacji słynnego wielkanocnego festiwalu, zdobywał miliony, uczył się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Katarzynie Piątkowskiej opowiedział o barwnym życiu u boku wybitnych osób w świecie muzyki klasycznej.

Andrzej Giza o współpracy z Elżbietą Penderecką w VIVIE! Tak wyglądały kulisy ich relacji

– Spędziłeś u boku Elżbiety Pendereckiej 30 lat. Rozdzieliła Was dopiero jej niespodziewana śmierć. Zastąpiłeś ją na stanowisku prezesa Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena organizującego jeden z najważniejszych światowych festiwali.
Objąłem stanowisko prezesa, ale nie mogę powiedzieć, że zastąpiłem panią Elżbietę Penderecką, bo ona jest nie do zastąpienia.

– Była niezwykłą postacią?
I niezwykle zasłużoną dla polskiej kultury. Będę walczył ze wszystkich sił o to, by tak ją zapamiętano. Nie tylko jako żonę Krzysztofa Pendereckiego, ale jako wybitną animatorkę kultury, ambasadorkę polskiej kultury, osobę nietuzinkową, której udział w jakimś wydarzeniu był nobilitacją dla organizatora. Ale tak, jest… była bardzo barwną postacią, a 30 lat u jej boku było pełne anegdot, wybitnych postaci, zrealizowanych rzeczy, które teoretycznie były nie do zrealizowania i… węgorzy. Wiesz, że choć zmarła w październiku ubiegłego roku, ja wciąż mówię o niej w czasie teraźniejszym? Współpracownicy mnie poprawiają, a mnie się wciąż chyba jeszcze w głowie nie przestawiło.

– Zaintrygowałeś mnie węgorzami.
Kochała tatara, a razem z Krzysztofem uwielbiali też wędzone węgorze ze zmrożoną wódką. Ile to razy, kiedy byliśmy na przykład w Gdańsku, prosiła mnie, żebym jechał do Sopotu, do kultowego baru Przystań po jej ukochane ryby. Kiedyś powiedziała: „Andrzejku, wyprawiam przyjęcie. Potrzebuję ze 14 węgorzy. Pojedź, proszę”. Pojechałem. A muszę zaznaczyć, i jest to ważne dla tej opowieści, że były to czasy, kiedy nie pakowano jedzenia próżniowo. A my wracaliśmy do Krakowa ostatnim samolotem, którym zazwyczaj latali politycy, ludzie kultury, krakowska elita. Pani Elżbieta, jako senatorka LOT-u, siedziała w pierwszym rzędzie, a ja z węgorzami zapakowanymi w papier gdzieś z tyłu. Po krótkim czasie podróżni zaczęli się nerwowo rozglądać i szeptać, bo swąd na pokładzie zrobił się koszmarny. Pani Elżbieta dołączyła do szepczącego towarzystwa i wtórowała pozostałym: „Co za wstyd! Co to za ludzie!”. Nie mogła się przyznać, że to jej ryby. Gdy wylądowaliśmy, ludzie lustrowali mnie, co to za człowiek z wędzonymi rybami po Polsce lata. A ja wiedziałem dokładnie, co myśli pani Penderecka: „Tylko nie podchodź do mnie, żeby nikt nie domyślił się, że to moje węgorze, później to załatwimy”.

– I co było później?
Podziękowała mi i powiedziała: „Wiesz co, może ja ci dam ze dwa te węgorze?”. Jeszcze w październiku przed jej śmiercią byłem w Gdańsku i znów pojechałem do Sopotu po węgorze, żeby jej zrobić niespodziankę. Popłakała się ze wzruszenia, że pamiętałem.

TYLKO W VIVIE!: Nie zakochał się w aktorce. W Ewie Gawryluk zobaczył coś znacznie ważniejszego. Dziś są małżeństwem

Andrzej Giza, VIVA! 5/2026
Andrzej Giza, VIVA! 5/2026 fot. Piotr Kucia

– Byłeś dla niej ważny?
Przekonałem się o tym, gdy zmarł Krzysztof Penderecki. Dobrze pamiętam ten dzień. Była niedziela, przed siódmą rano. Zadzwoniła pani Elżbieta: „Andrzej, Krzysztof odszedł, przyjeżdżaj, nie wiem, co mam robić”. To był smutny dzień, ale zrozumiałem, że obdarzyła mnie największym zaufaniem. Tak, byliśmy dla siebie ważni i w wielu rzeczach wzajemnie sobie pomagaliśmy. Ona wiedziała, że jak zleci mi coś do zrobienia, to to na pewno będzie zrobione.

– Do Krzysztofa Pendereckiego mówiłeś po imieniu, a do Elżbiety Pendereckiej „pani”?
Pani Elżbieta wielokrotnie mi proponowała przejście na „ty”, ale ja nie chciałem. Ona była wybitną postacią, która zawsze lubiła postawić na swoim, a ja czułem, że gdybym skrócił dystans między nami, musiałbym na wszystko się zgadzać. Uznałem, że nie jest to stosowne.

– A i tak, z tego, co słyszę, nie umiałeś jej odmówić.
Umiałem, ale nie było to łatwe. Często mówiła: „Andrzej! To trzeba załatwić!”. Jeśli powiedziałem, że się nie da, rozłączała się i przestawała odbierać telefon. Kiedyś musieliśmy porozmawiać o realnych kosztach festiwalu. A musisz wiedzieć, że to są naprawdę ogromne pieniądze. Wtedy zaczynała mnie unikać. Pamiętam, że kiedyś pomógł mi Krzysztof Penderecki, dając znać, że wszyscy są na obiedzie w ich krakowskim domu. Przyjechałem, on wpuścił mnie bocznymi drzwiami. Stanąłem przy pani Elżbiecie, a ona… oskarżyła w związku z tym rodzinę o zdradę (śmiech). Tymczasem ja musiałem jej wytłumaczyć, że to, co planuje, to kompletne szaleństwo finansowe, i że są rzeczy, które mogę załatwić, a są takie, których załatwić mi się nie uda. Mówimy o festiwalu muzyki klasycznej. To nie jest impreza sportowa, która sponsorom daje gigantyczne możliwości reklamowania się. Liczba miejsc siedzących w Filharmonii Narodowej to około 1050 foteli, a w Teatrze Wielkim około 1800.

Andrzej Giza, VIVA! 5/2026
Andrzej Giza, VIVA! 5/2026 fot. Piotr Kucia
elzbieta-penderecka-275901-GALLERYBIG-f27a1df
Olga Majrowska

– Oboje byliście trochę szaleni?
Bez szaleństwa projektów na poziomie festiwalu Ludwiga van Beethovena po prostu nie da się zrobić. Wiesz, czego nauczyła mnie przez te lata współpraca z panią Elżbietą? Że nie ma półśrodków i trzeba iść na całość. [...]

– Nie znosiła sprzeciwu?
Nie lubiła, jak coś szło nie po jej myśli. Ode mnie wymagała rzeczy niemożliwych, ale sama takie też załatwiała. To znam z opowieści dyrektora krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztofa Głuchowskiego, który miał zająć się organizacją wystawy partytur Krzysztofa Pendereckiego. To były lata 90. i trudno było zachwycić sponsorów czymś, dzięki czemu by wyłożyli pieniądze na sztukę. Sponsor nie chciał umieszczania logo firmy ani żadnej reklamy. Chciał zdjęcie z kimś sławnym, ale żadna z krakowskich znanych osób go nie satysfakcjonowała. Pani Penderecka zaproponowała zdjęcie z królową Szwecji. I słowa dotrzymała. Na wernisażu pojawiła się z królową Sylwią i zapozowała do zdjęcia. Innym razem, gdy Waldemar Dąbrowski wymarzył sobie, że założoną przez niego orkiestrą Sinfonia Varsovia będzie kierował artystycznie słynny Yehudi Menuhin, pani Penderecka zorganizowała takie przyjęcie w czasach, gdy na półkach sklepowych był tylko ocet, że Menuhin oszalał. Cały wieczór bawił się w Woli Justowskiej z Pendereckimi, Miłoszami, Zagajewskimi, a rano… niewiele dał radę powiedzieć, jedynie to, że Polska to jest wspaniały kraj i on chce tu przyjeżdżać.

TYLKO U NAS: Zachwyca w filmach, teraz czaruje na parkiecie „TzG”. Paulina Gałązka zdradza VIVIE!, co usłyszała od Edwarda Miszczaka po pierwszych próbach. Te słowa zapamięta na długo

Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 12 marca.

Ewa Gawryluk-Domaniecka i Piotr Domaniecki, VIVA! 5/2026, okładka
Ewa Gawryluk-Domaniecka i Piotr Domaniecki, VIVA! 5/2026, okładka Krzysztof Opaliński
Reklama
Reklama
Reklama