Są legendami polskiego łyżwiarstwa, teraz tą drogą idzie ich syn. Na treningach mówi do nich: „pan”, „pani”
Dorota i Mariusz Siudkowie przez lata byli symbolem polskiego łyżwiarstwa figurowego. Zdobywali medale mistrzostw Europy i świata, trzykrotnie wystąpili na igrzyskach olimpijskich i zapisali się w historii jako ostatnia polska para sportowa z medalem mistrzostw świata. Dziś emocje wielkich aren zamienili na codzienną pracę trenerską w Toruniu. A na lodzie coraz pewniej radzi sobie ich syn Ryszard.

Przez lata, gdy tylko w telewizji rozpoczynała się transmisja z mistrzostw Europy, świata czy zimowych igrzysk olimpijskich, oczy polskich kibiców kierowały się na nich. Dorota i Mariusz Siudkowie byli symbolem elegancji, precyzji i sportowej odwagi w parach sportowych. Dziś, kiedy na taflach rywalizują kolejne pokolenia, oni patrzą na łyżwiarstwo z innej perspektywy – jako trenerzy. A nazwisko Siudek znów wybrzmiewa na zawodach, bo ich syn Ryszard coraz śmielej idzie tą samą drogą.
Od St. Gervais do Helsinek. Tak rodziła się legenda
Ona – urodzona w 1975 roku w Krakowie, mierząca 155 cm i ważąca 45 kg. Początkowo startowała jako solistka, później w duecie z Januszem Komenderą. On – trzy lata starszy, urodzony w Oświęcimiu. Zanim stworzył sportowy duet z Dorotą, jeździł z innymi partnerkami.
Przełom nastąpił po zawodach we francuskim St. Gervais. To właśnie wtedy padła sugestia, by spróbowali wspólnej jazdy. Decyzja okazała się początkiem jednej z najważniejszych historii w polskim łyżwiarstwie figurowym.
Na pytanie, gdzie sięgają ich początki łyżwiarstwa, Mariusz Siudek wyznał: – "Wszystko bardzo często zaczyna się od rodziny. To mama lub tata muszą przyprowadzić dziecko na zajęcia, bo to sport wczesnej specjalizacji. Zaczyna się w wieku 4-5 lat, więc trudno mówić o świadomej decyzji zawodnika. Tak było w moim przypadku. Siostra jeździła na łyżwach i oglądałem ją na zawodach. W końcu trenerka zachęciła mnie, żeby też spróbował. Przyszedłem na lodowisko i tak przepadłem. Żonę miłością do łyżwiarstwa zaraził z kolei jej tata, który przez pewien okres był nawet sędzią. Zdaje się, że kuzynka też uprawiała ten sport".
Dorota i Mariusz Siudkowie szybko stali się najlepszą polską parą sportową. Na mistrzostwach Europy zdobyli dwa srebrne medale (1999, 2000) oraz dwa brązowe (2004, 2007). Regularnie kończyli mistrzostwa świata w czołowej dziesiątce, a największy sukces osiągnęli w marcu 1999 roku w Helsinkach, gdzie wywalczyli brązowy medal mistrzostw świata. Do dziś pozostają ostatnimi polskimi medalistami tej imprezy.
Ich znakiem rozpoznawczym były podnoszenia. Jak wspominali, pod koniec każdego sezonu zastanawiali się nad wprowadzeniem innowacji właśnie w tym elemencie programu. Różnica warunków fizycznych – 45 kilogramów – sprzyjała efektownym rozwiązaniom. Publiczność widziała gotowy efekt, ale za nim stały godziny treningów i powtarzanych elementów.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Trzy igrzyska olimpijskie i presja wielkiej sceny
Dorota i Mariusz Siudkowie trzykrotnie wystąpili w igrzyskach olimpijskich i za każdym razem plasowali się w najlepszej dziesiątce. Mariusz podczas igrzysk w Salt Lake City pełnił funkcję chorążego reprezentacji.
To właśnie igrzyska w Salt Lake City zapisały się w historii dyscypliny z powodu skandalu w parach sportowych. Ostatecznie przyznano dwa złote medale. Jak podkreślał Mariusz Siudek, po tych wydarzeniach międzynarodowa federacja rozpoczęła pracę nad nowym systemem oceniania. Dziś – jak mówi – obecny system jest „dużo, dużo lepszy” i „pcha łyżwiarstwo do przodu”, wymuszając wykonywanie coraz trudniejszych elementów technicznych.
W najnowszym wywiadzie dla Dzień Dobry TVN Siudkowie przyznali, że doskonale rozumieją emocje zawodników, którym nie wychodzi start. Dorota mówiła o „wielkim przeżyciu”, kiedy coś, co na treningach wykonywało się bez problemu, nagle nie wychodzi w trakcie zawodów. Podkreśliła, że sportowiec pracuje codziennie, często ma trzy treningi dziennie, a mimo to jeden błąd może przekreślić marzenia o najwyższym miejscu.
Zapytani o najpiękniejszy moment kariery, oboje wskazali mistrzostwa Europy w Warszawie. To te zawody – jak podkreślili – zapamiętają na długo.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Życie po karierze. Toruń i MKS Axel
Po zakończeniu kariery Dorota i Mariusz Siudkowie osiedlili się w Toruniu i rozpoczęli pracę jako trenerzy w klubie MKS Axel. W „Dzień Dobry TVN” zostali wprost zapytani, czy nie byłoby im łatwiej osiągać sukcesy trenerskie, gdyby zostali w Kanadzie. W odpowiedzi podkreślili, że od samego początku ich pobytu za oceanem mówili, że chcą wrócić do Polski i pracować z polską młodzieżą – i tej decyzji się trzymają.
W rozmowie padło też porównanie infrastruktury: „w samym Montrealu 100 lodowisk”, „w Warszawie jedno”, a „w Toruniu dwa”. Mimo tych różnic Siudkowie zdecydowali się budować swoją trenerską drogę właśnie w kraju. Dziś – jak przyznają – dużo oglądają współczesnego łyżwiarstwa, podglądają najlepszych i zastanawiają się, co można przełożyć na pracę z ich zawodnikami.
W ostatnim czasie również śledzili zimowe igrzyska w Mediolanie oraz Cortina d’Ampezzo z kilku perspektyw. Oglądają jako kibice, mają swoich ulubionych zawodników i konkurencje. Podglądają jako trenerzy, szukając elementów do wykorzystania w pracy. Mariusz patrzy również „okiem sędziowskim”, ponieważ jest sędzią.
Przyznają też, że szkoda, iż łyżwiarstwa figurowego jest tak mało w telewizji.

Ryszard Siudek. Pięć zwycięstw z rzędu i codzienna praca
Nazwisko Siudek znów regularnie pojawia się w kontekście startów. Ryszard Siudek, urodzony w 2009 roku, coraz śmielej zaznacza swoją obecność na krajowych zawodach. W najnowszym wywiadzie padła informacja, że tydzień temu po raz piąty z rzędu wygrał ogólnopolską olimpiadę młodzieży.
Jego plan dnia nie pozostawia miejsca na przypadek. Od poniedziałku do piątku ma dwa treningi lodowe każdego dnia i jeden trening pozalodowy, który odbywa w soboty. Sam podkreśla, że duże zawody międzynarodowe zaczynają się od kategorii junior, która jest od 13 roku życia.
Najbardziej zaskakujący jest jednak sposób, w jaki do niedawna zwracał się do rodziców podczas zajęć. Na lodzie byli dla niego „panią Dorotą” i „panem Mariuszem”. Jak wspominali, zaczęło się to w dzieciństwie, gdy upadł i wołał „mamusiu, tatusiu”. Kiedy nie zareagowali, zawołał „pani Doroto” – i tak już zostało. Do tego stopnia, że podczas rozmów telefonicznych potrafił relacjonować: „Pani Dorota powiedziała, że było bardzo dobrze”.
Dziś – jak sam przyznaje – częściej mówi już „rodzice”, ale historia z „panem” i „panią” stała się częścią rodzinnej anegdoty.
Dorota i Mariusz Siudkowie przeszli drogę od międzynarodowych sukcesów, przez olimpijskie starty i zmiany w systemie oceniania, aż po spokojniejszą, ale równie wymagającą rolę trenerów. Ich historia nie kończy się na medalach z 1999, 2000, 2004 czy 2007 roku. Dziś trwa dalej – w Toruniu, na tafli, na której kolejne kroki stawia ich syn.
Zobacz też: Ich duet był legendą. Łyżwiarze z ZSRR wychowali gwiazdę Hollywood. Ta historia ma tragiczny finał

Źródła: dziendobry.tvn.pl, sport.tvp.pl, sportowy24.pl