Robert Smith ma 67 lat i wciąż kocha tę samą kobietę. Poznali się jako nastolatkowie. Historia ich związku zachwyca fanów The Cure
Choć Robert Smith od dekad pozostaje jedną z najbardziej charakterystycznych postaci światowej sceny rockowej, jego żona konsekwentnie unika życia w blasku fleszy. Mary Poole nie udziela wywiadów, nie prowadzi życia celebrytki i rzadko pojawia się publicznie. Mimo to jej wpływ na życie i twórczość lidera The Cure jest nie do przecenienia. To właśnie ona była świadkiem jego pierwszych muzycznych marzeń, największych sukcesów i najtrudniejszych momentów.

Tysiące fanów czekają dziś na koncert The Cure podczas Open'er Festival 2026. Robert Smith 3 lipca o godz. 21:00 wystąpi jako headliner trzeciego dnia festiwalu na Orange Main Stage. Choć od dekad pozostaje jedną z największych ikon alternatywnego rocka, za jego scenicznym wizerunkiem kryje się historia jednej, niezmiennej miłości. Mary Poole jest u jego boku od czasów szkolnych i to właśnie jej poświęcił „Lovesong” – utwór, który przeszedł do historii muzyki.
Miłość, która zaczęła się w szkolnej klasie
Historia Mary i Roberta rozpoczęła się w pierwszej połowie lat 70. w St. Wilfrid's Comprehensive School w Crawley. Robert miał zaledwie 14 lat, gdy podczas zajęć teatralnych poprosił Mary, aby została jego partnerką w szkolnym projekcie. Niewinne spotkanie okazało się początkiem relacji, która trwa do dziś.
Już wtedy łączyła ich wspólna pasja do muzyki. Oboje uwielbiali twórczość szkockiego muzyka Alexa Harveya i jeździli na jego koncerty po południowej Anglii. Zanim Robert zaczął występować na największych scenach świata, byli po prostu dwojgiem nastolatków marzących o przyszłości.
Po latach lider The Cure z właściwą sobie skromnością wspominał tamten czas. W rozmowie z „The Guardian” powiedział:
„Po prostu miałem szczęście już na samym początku.”
To jedno zdanie najlepiej oddaje sposób, w jaki Robert Smith mówi o swoim małżeństwie. Nigdy nie kreował wizerunku rockmana otoczonego romansami. Wręcz przeciwnie – od lat podkreśla, że największym szczęściem było spotkanie Mary jeszcze zanim jego życie całkowicie odmieniła muzyka.
Mary była przy nim, zanim świat usłyszał o The Cure
Kiedy Robert zakładał zespół Easy Cure, później przemianowany na The Cure, nikt nie przypuszczał, że stanie się jedną z ikon brytyjskiej muzyki. Sam artysta przyznawał, że początki były pełne niepewności. Co ciekawe, Mary patrzyła na jego marzenia z dużym realizmem. Jak wspominał w wywiadzie dla magazynu Lime Lizard, to właśnie jej ostrożność zmobilizowała go do jeszcze cięższej pracy. Chciał udowodnić, że muzyka może stać się jego życiem.
Z czasem The Cure zdobywało coraz większą popularność, a Robert stawał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzyków lat 80. Mary nie zmieniła jednak swojego podejścia. Zamiast korzystać z popularności partnera, pracowała jako pielęgniarka dziecięca, a później poświęciła się wspólnemu życiu i towarzyszeniu mężowi podczas tras koncertowych.
Ich związek od początku opierał się na normalności. Kiedy Robert wracał z koncertów, przestawał być gwiazdą i wracał do codziennego życia u boku kobiety, która znała go jeszcze przed sukcesem.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Ślub, który zainspirował jedną z najpiękniejszych piosenek o miłości
13 sierpnia 1988 roku Mary Poole i Robert Smith pobrali się podczas kameralnej ceremonii w Worth Abbey. Dla większości fanów był to po prostu ślub lidera The Cure. Dla Roberta stał się jednak początkiem historii, która kilka miesięcy później znalazła swoje muzyczne odbicie.
Nie wiedząc, jaki prezent podarować ukochanej, postanowił napisać piosenkę. Tak narodziło się „Lovesong”, utwór, który początkowo miał pozostać bardzo osobistym wyznaniem.
Jak wspominał w rozmowie z biografem Jeffem Apterem:
„To był prosty gest okazania uczuć. Nie próbowałem być błyskotliwy. Dopiero po dziesięciu latach poczułem się na tyle swobodnie, żeby napisać tak prostą piosenkę o miłości.”
Po chwili dodał z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru:
„Nie wiedziałem, co mógłbym jej podarować, więc napisałem tę piosenkę. To był tani prezent. Podejrzewam, że Mary wolałaby dostać diamenty, ale mam nadzieję, że po latach cieszy się z tego bardziej.”
Nikt nie przypuszczał, że ten niezwykle osobisty prezent stanie się największym przebojem w historii The Cure.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Lovesong” zmieniło karierę The Cure
Album „Disintegration” uchodzi dziś za jedno z największych osiągnięć brytyjskiego rocka. Paradoks polega na tym, że Robert Smith tworzył go w jednym z najtrudniejszych okresów swojego życia. Zbliżające się trzydzieste urodziny, rosnąca popularność zespołu i wewnętrzne rozterki sprawiły, że płyta stała się niezwykle mroczna i introspektywna.
Na jej tle „Lovesong” brzmiało niemal jak promień światła. Prosty tekst i delikatna melodia kontrastowały z ciężarem pozostałych kompozycji. Utwór dotarł do drugiego miejsca listy Billboard Hot 100, stając się największym przebojem The Cure w Stanach Zjednoczonych. Później doczekał się wielu nowych interpretacji, między innymi Adele, dzięki której piosenka trafiła do kolejnego pokolenia słuchaczy.
Sam Robert przyznawał po latach, że po sukcesie albumu Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me chciał nagrać płytę znacznie mniej komercyjną.
„Po naszym pierwszym wielkim sukcesie w Ameryce moją reakcją było nagranie »Disintegration«. W tamtym czasie wielu uważało, że to komercyjne samobó*stwo.”
Historia pokazała jednak, że właśnie ta decyzja okazała się przełomowa.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Mary znaczy dla mnie niewyobrażalnie wiele”
Robert Smith niezwykle rzadko mówi publicznie o swoim życiu prywatnym. Kiedy jednak decyduje się na szczerość, jego słowa nie pozostawiają wątpliwości, jak ogromną rolę odgrywa w nim Mary.
W rozmowie z magazynem „Pop” wyznał:
„Mary znaczy dla mnie niewyobrażalnie wiele. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo byłem od niej zależny przez wszystkie lata naszego życia.”
Jeszcze bardziej poruszające były kolejne słowa muzyka.
„To ona zawsze ratowała mnie wtedy, gdy byłem najbardziej skłonny do autodestrukcji. To ona podtrzymywała mnie, kiedy byłem o krok od całkowitego załamania.”
Te wyznania pokazują zupełnie inne oblicze artysty, który przez lata budował wizerunek tajemniczego i zdystansowanego rockmana. Za scenicznym makijażem krył się mężczyzna, który nigdy nie bał się mówić o wdzięczności wobec kobiety będącej jego największym wsparciem.
Robert potrafił też opowiadać o żonie z humorem. W wywiadzie dla „The Face” wspominał, że Mary „przebierała się za wiedźmę, żeby straszyć małe dzieci”, nazywając ją z uśmiechem „absolutnie szaloną”. Z kolei w rozmowie z „Top Magazine” wyznał po prostu:
„Kocham ją. Uwielbiam ją. Dla mnie jest jak Cindy Crawford.”
Na pytanie magazynu „Cure News”, do jakiego momentu swojego życia chciałby wrócić, odpowiedział bez chwili zastanowienia:
„Do mojego pierwszego tańca z Mary.”
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Twitter i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Miłość, która wciąż inspiruje
Mimo światowej sławy Mary Poole i Robert Smith od lat prowadzą spokojne życie w Wielkiej Brytanii. Nie pojawiają się regularnie na branżowych wydarzeniach, a prywatność pozostaje dla nich jedną z najważniejszych wartości. Ich decyzja o nieposiadaniu dzieci była świadomym wyborem, o którym Robert mówił otwarcie, podkreślając, że nigdy nie czuł potrzeby zostania ojcem.
Wpływ Mary na twórczość muzyka nie zakończył się jednak wraz z powstaniem „Lovesong”. Robert przyznał w 2024 roku, że to właśnie żona pomogła mu ułożyć ostateczną listę utworów na album „Songs of a Lost World”. Gdy planował stworzyć wyjątkowo mroczną płytę, Mary przekonała go, by pozostawił na niej również kompozycje niosące więcej światła i nadziei.
To kolejny dowód na to, że choć Mary Poole od dekad pozostaje poza światłem reflektorów, jej wpływ na życie i twórczość Roberta Smitha jest niepodważalny. Być może właśnie dlatego historia ich miłości od lat fascynuje fanów na całym świecie. Nie opiera się na spektakularnych gestach ani medialnym rozgłosie, lecz na zaufaniu, lojalności i codziennym byciu obok siebie. A to właśnie z takich historii rodzą się piosenki, które zostają z nami na całe życie.

Bibliografia: The Guardian (wywiad z Robertem Smithem, 2004), Jeff Apter (wypowiedzi Roberta Smitha dotyczące utworu „Lovesong”), Pop Magazine (1996), The Face, Top Magazine (2004), Cure News (1990), Tonino Cagnucci, Love Story: The Cure's "Disintegration" and Robert Smith's Romance, 25 Years Later (2014), BBC Radio 6 Music (wywiad z Robertem Smithem dotyczący albumu Songs of a Lost World, 2024).