Przez lata kojarzono go tylko z "Tulipanem". Mało kto zna jego prawdziwą historię. "Czułem na sobie przymus polskości"
Dla milionów widzów Jan Monczka na zawsze pozostanie serialowym "Tulipanem". Kultowa rola przyniosła mu ogromną popularność, ale na lata przykleiła etykietę, od której trudno było się uwolnić. Mało kto wie jednak, że za ekranowym uwodzicielem kryje się historia chłopca wychowanego na polsko-czeskim pograniczu, aktora zakochanego w teatrze i mężczyzny, który dziś największe szczęście odnajduje w rodzinie oraz roli dziadka.

Choć od premiery serialu „Tulipan” minęło blisko 40 lat, Jan Monczka wciąż słyszy pytania o bohatera, który uczynił go jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów lat 80. Sam przyznaje, że przez długi czas musiał mierzyć się z opiniami ludzi utożsamiających go z ekranową postacią, a nawet prostować słowa, których nigdy nie wypowiedział. W najnowszym wywiadzie wrócił jednak wspomnieniami nie tylko do roli, która przyniosła mu popularność, ale także do dzieciństwa na polsko-czeskim pograniczu i doświadczeń, które ukształtowały jego poczucie tożsamości. Opowiedział również o rodzinie oraz o tym, jak dziś odnajduje się w roli dziadka.
Wychował się tam, gdzie granice nigdy nie były oczywiste
Jan Monczka urodził się 17 maja 1956 roku w Karwinie, w ówczesnej Czechosłowacji. Dorastał na Śląsku Cieszyńskim – wyjątkowym miejscu na mapie Europy, gdzie od pokoleń przenikają się języki, tradycje i kultury. W wielu rodzinach polskie nazwiska spotykały się z czeskimi, a codzienność po obu stronach granicy wyglądała bardzo podobnie. Dla mieszkańców regionu narodowość nie zawsze była jednoznaczna, ale właśnie dlatego wielu z nich mocno pielęgnowało własną tożsamość.
Monczka wielokrotnie podkreślał, że doświadczenie dorastania na pograniczu ukształtowało go jako człowieka. W rozmowie z Sandrą Hajduk i Krzysztofem Skórzyńskim w "Dzień Dobry Wakacje" przyznał, że od najmłodszych lat towarzyszyło mu poczucie odpowiedzialności za zachowanie polskości.
"Czułem na sobie przymus polskości. Od dziecka mam w sobie zakodowane udowadnianie, że się jest Polakiem."
Nie były to jedynie wielkie słowa. Na co dzień chodził do polskiej szkoły, podczas gdy tuż obok funkcjonowała szkoła czeska. Dzieci spotykały się po lekcjach, wspólnie dorastały, ale jednocześnie – jak wspomina aktor – nie brakowało między nimi zdrowej rywalizacji.
"Żyjąc tam, chodząc do polskiej szkoły z polskim językiem nauczania, obok była czeska szkoła i cały czas żeśmy ze sobą rywalizowali."
Choć od wielu lat mieszka poza rodzinną miejscowością, Śląsk Cieszyński pozostaje jego drugim domem. Wciąż wraca tam, gdy tylko pozwalają na to zawodowe obowiązki. Ma tam rodzinę, przyjaciół i miejsce, z którym – jak sam przyznaje – nigdy nie stracił emocjonalnej więzi.
W rodzinnym domu nie brakowało ciepła. Aktor dorastał wśród kochających rodziców, starszego brata i dwóch sióstr. Był najmłodszym dzieckiem, dlatego często mógł liczyć na większą wyrozumiałość. Po latach wspominał z uśmiechem, że właśnie z tego powodu wiele dziecięcych wybryków uchodziło mu na sucho. Te wspomnienia do dziś przywołuje z ogromnym sentymentem, podkreślając, że dzieciństwo było jednym z najszczęśliwszych okresów jego życia.
Teatr był jego pierwszą wielką miłością
Choć większość widzów kojarzy Jana Monczkę przede wszystkim z telewizji, on sam od początku marzył o scenie. Po wyprowadzce z domu rozpoczął naukę w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Już wtedy wiedział, że aktorstwo nie jest dla niego drogą do popularności, lecz sposobem opowiadania historii i spotkania z widzem.
Jeszcze jako student występował zarówno w Czechach, jak i w Polsce. Szczególne miejsce w jego życiu szybko zajęła Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie – jedyny profesjonalny teatr poza granicami Polski, który od dziesięcioleci wystawia spektakle w języku polskim. To tam zdobywał pierwsze doświadczenia i uczył się zawodu od starszych kolegów.
Po latach nie ukrywa, że właśnie ten teatr pozostaje dla niego symbolem domu.
"To jedyny teatr za granicą zawodowy, który gra w języku polskim. Dla mnie jest to taki teatr narodowy."
Później występował również na scenach Teatru Narodowego i Starego Teatru w Krakowie, współpracując z uznanymi reżyserami i budując pozycję cenionego aktora teatralnego. Mimo sukcesów przed kamerą nigdy nie przestał powtarzać, że to właśnie scena daje mu największą satysfakcję.
"Do teatru się jednak tęskni i tego bezpośredniego kontaktu z publicznością."
Dla Monczki teatr zawsze oznaczał coś więcej niż kolejne role. To przestrzeń, w której nie trzeba walczyć z etykietami ani wizerunkiem wykreowanym przez media. Liczy się wyłącznie spotkanie z widzem i prawda ukryta w granej postaci. Być może właśnie dlatego, nawet gdy telewizja przyniosła mu ogromną popularność, nigdy nie porzucił sceny.

"Tulipan" przyniósł mu sławę. Przez lata nie mógł uwolnić się od tej roli
Przełom w karierze Jana Monczki nastąpił w 1986 roku. Miał zaledwie 30 lat, kiedy Janusz Dymek powierzył mu główną rolę w serialu "Tulipan", luźno inspirowanym historią Jerzego Kalibabki, nazywanego "polskim Casanovą". Dla młodego aktora była to pierwsza tak duża produkcja telewizyjna i jednocześnie ogromne wyzwanie.
Sam po latach przyznawał, że nie zdawał sobie sprawy, jak wielki wpływ serial będzie miał na jego dalsze życie. Produkcja szybko stała się jednym z największych telewizyjnych fenomenów drugiej połowy lat 80. Widzów fascynowała historia przystojnego uwodziciela, który wykorzystywał swój urok do manipulowania kobietami. W czasach PRL-u był to temat odważny, budzący emocje i wywołujący gorące dyskusje.
Nie wszyscy jednak patrzyli na serial przychylnie. Monczka wspominał po latach, że już podczas emisji pojawiały się głosy domagające się zdjęcia produkcji z anteny.
– Ten serial był trochę taki niegrzeczny. Wywołał skandal, bo już w trakcie emisji były naciski, żeby wstrzymać serial – opowiadał w jednym z wywiadów.
Ogromny sukces miał jednak swoją cenę. Publiczność bardzo szybko przestała oddzielać aktora od bohatera, którego grał. Widzowie byli przekonani, że ekranowy uwodziciel niewiele różni się od Jana Monczki, a niektórzy wręcz utożsamiali go z Jerzym Kalibabką. Zdarzało się, że przypisywano mu słowa, których nigdy nie wypowiedział, albo proszono o rady dotyczące relacji z kobietami.
Po latach aktor mówi o tym z dystansem, choć nie ukrywa, że przez długi czas było to dla niego trudne doświadczenie.
"Przez długi czas ta etykieta mi trochę ciążyła, ale z biegiem czasu coraz mniej.", opowiadał w "Dzień Dobry Wakacje".
Najbardziej zaskakiwało go jednak to, że w przestrzeni publicznej zaczęły funkcjonować wypowiedzi, z którymi nie miał nic wspólnego.
"Wkładano mi w usta zdania, które on wypowiedział, a ja nie miałem z nimi nic wspólnego. One w internecie gdzieś tam sobie latają."
Dlatego do dziś apeluje, by z ostrożnością podchodzić do cytatów przypisywanych jego osobie.
"Proszę nie wierzyć we wszystko, co tam jest napisane."
Jednym z najczęściej powielanych mitów były rzekome przechwałki o powodzeniu u kobiet. Monczka stanowczo odcina się od tego typu wypowiedzi i podkreśla, że są sprzeczne z jego charakterem.
"Jest to stopień samouwielbienia, który jest dla mnie raczej niedostępny."
Choć zainteresowanie jego osobą rzeczywiście było ogromne, nigdy nie czuł się komfortowo w roli celebryty. Przyznawał, że podczas licznych spotkań z publicznością sale wypełniały się przede wszystkim kobietami. Niektóre z nich były przekonane, że prywatnie również jest takim samym uwodzicielem jak serialowy "Tulipan". Zdarzało się, że zwierzały mu się ze swoich problemów i oczekiwały od niego rad, jakby ekranowa postać była jego prawdziwym obliczem.
Dla aktora było to doświadczenie pokazujące, jak cienka potrafi być granica między fikcją a rzeczywistością. Z jednej strony cieszył się z popularności i zainteresowania widzów, z drugiej coraz wyraźniej dostrzegał, że sukces jednej roli może zamknąć drogę do kolejnych wyzwań.
Przez długi czas otrzymywał propozycje bardzo podobnych bohaterów. Sam otwarcie mówił, że marzy o tym, by reżyserzy zobaczyli w nim coś więcej niż ekranowego amanta. Nie zrezygnował jednak z aktorstwa. Konsekwentnie pracował w teatrze i przyjmował role filmowe oraz serialowe, które pozwalały mu stopniowo odcinać się od wizerunku stworzonego przez "Tulipana". W kolejnych latach widzowie mogli oglądać go m.in. w "Złotopolskich", "Pierwszej miłości", "Przyjaciółkach" czy "Singielce", choć sam przyznaje, że z kultową rolą będzie kojarzony już chyba zawsze.
Dziś największą rolą jest dla niego bycie dziadkiem. "Kocham wnuki nad życie"
Choć przez lata Jan Monczka kojarzony był przede wszystkim z ekranowym uwodzicielem, prywatnie od dawna stawia na spokojne życie rodzinne. Od lat jest związany z tą samą kobietą. Sam wielokrotnie podkreślał, że jego codzienność nigdy nie przypominała tej, którą widzowie oglądali w serialu "Tulipan".
Ostatnie lata przyniosły mu jednak zupełnie nową rolę – rolę dziadka. W rozmowie z "Dzień Dobry Wakacje" nie krył, że wnuki stały się dla niego jednym z największych źródeł szczęścia.
"Jestem szczęśliwym dziadkiem od kilku lat i to jest nowa jakość. Kocham wnuki nad życie."
Aktor przyznał również, że dziś patrzy na rodzinę z zupełnie innej perspektywy niż wtedy, gdy sam wychowywał dzieci. Cztery dekady doświadczeń sprawiły, że – jak sam mówi – jest zupełnie innym dziadkiem, niż był kiedyś ojcem.
Trudno o większy kontrast z bohaterem, którego przed laty pokochała cała Polska. Serialowy "Tulipan" żył chwilą i nie potrafił budować trwałych relacji. Jan Monczka od lat pokazuje, że jego prawdziwe życie zawsze wyglądało zupełnie inaczej.

