Przez 20 lat byli idealnym małżeństwem, teraz nagle ogłosili rozwód. Historia miłości Marii Prażuch-Prokop i Marcina Prokopa to gotowy scenariusz na film
Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Marcin Prokop i jego żona Maria we wspólnym oświadczeniu na Instagramie ogłosili, że nie są już razem. "Dla niektórych rozwód to koniec wspólnego świata. Dla nas - był początkiem nowego. Innego, ale bardziej dopasowanego do tego, kim dzisiaj jesteśmy i dokąd osobno szczęśliwie zmierzamy" - napisali. Wiadomość kompletnie zaskoczyła fanów prezentera, bo jego małżeństwo uchodziło za związek idealny. Przypominamy, jak zaczęła się historia ich miłości.

Jeszcze niedawno można było powiedzieć, że to ich historia to materiał na dobrą komedię romantyczną ze szczęśliwym zakończeniem. Dziś to już nieaktualne, bo życie dopisało nowe zakończenie. Marcin Prokop i Maria Prażuch-Prokop nie są już małżeństwem. "Tak wyglądają ludzie, którzy bardzo się lubią, szanują i wspierają. Którzy przeżyli ze sobą ponad 20 lat i mimo, że jakiś czas temu rozstali się jako małżeństwo, to jako przyjaciele i rodzice Zosi nadal pozostają razem" - napisali we wspólnym oświadczeniu na Instagramie. Konkretów nie ujawnili, nie wiadomo, kiedy podjęli decyzję o rozstaniu i od jak dawna są rozwiedzeni. Można powiedzieć, że zrobili to w swoim stylu, bo przez 20 lat małżeństwa bardzo chronili swoje życie prywatne i nigdy nie epatowali w mediach informacjami na temat swojego związku.

Dziennikarz i instruktorka jogi
O żonie Marcina Prokopa zrobiło się głośno za sprawą wywiadu, którego udzieliła Beacie Sadowskiej dla portalu Mentalist.pl lutym 2021 roku. Maria Prażuch-Prokop opowiedziała o tym, jak rozwijała się jej pasja do jogi i jak udało się jej zarazić do nią ich córkę Zosię. Zanim została instruktorką w jednej z warszawskich szkół jogi, zajmowała się marketingiem. Pracowała w jednej z warszawskich korporacji: „Siedziałam 15 lat w tej branży. Ja przez chwilę się nie zastanawiałam, czy ja tam jestem szczęśliwa, ja po prostu robiłam tę robotę. Wiadomo, pracowałam w marketingu, więc coś tam zahaczało o jakąś kreatywność, nie było to siedzenie po prostu w tabelce […], gdzieś tam miałam kreatywny wentyl w tej pracy. To mnie trzymało przy życiu. Ja naprawdę nie byłam świadoma, dokąd to moje życie będzie prowadziło”, opowiadała Beacie Sadowskiej.
W pewnym momencie zwróciła uwagę, że kariera w marketingu i nieruchomościach powoli przestaje jej wystarczać. Praca zaczęła przysłaniać jej całe życie. W końcu podjęła decyzję, że czas to zmienić: „Całe nasze życie i cała nasza droga prowadzą nas do miejsca, w którym jesteśmy i nie zamieniłabym tego doświadczenia, ani w pracy, nieruchomości komercyjne, centra handlowe. Zajmowałam się też biurowcami. Nie wyobrażam sobie bardziej męskiej branży, wiesz, te nieruchomości komercyjne są tak okupowanym silnie miejscem energią yang, że nawet kobiety tam zapominają, że są kobietami. Tam na miękkość i lekkość nie ma żadnej przestrzeni.
I tak jak z bieganiem, że od razu na 200%, bo to jest moja natura, bo to jest w moim DNA, żeby robić na 200%, ale jeszcze do tego jest to amerykańskie wychowanie, które jeszcze bardziej tak na konkurencję i na ambicję mnie nakierowało i nacechowało właśnie czymś takim […]”, zwierzyła się.
„To jest cudowna osoba”
Ucieczką od pracy stało się… bieganie. „Ja to nazywam, że było to wdeptywanie stresu w beton. To nie było mądre i świadome bieganie z oddechem […] Na nieszczęście nie w lesie, a na betonie, co oddziaływało fatalnie na mój kręgosłup, co do dziś czuję. […] Biegałam jak korpoludek wypuszczony na trening po robocie […]”, opowiadała.
Niestety uczestnicząc w jednym z maratonów na Malcie zasłabła z odwodnienia: „Ja nie pamiętam niczego od 11 do 20 km […] Biegłam jakimś szalonym tempem. Teraz to wiem, ale wtedy nie było takiego myślenia, było, że robimy na 300%. Biegłam nieprzytomna, padłam na 800 m przed metą i wylądowałam w szpitalu [...] To spowodowało we mnie ogromną zmianę, ale nie od razu. Jak ja już byłam pomiędzy tym światem a tamtym, oni mnie tam reanimowali w karetce, to ja nie myślałam o mężu, dziecku, rodzicach, tylko o pracy, że nie przekazałam budżetu, bo nie przekazałam budżetu i oni nie będą wiedzieli czegoś ważnego. W jakim ja byłam tunelu, gdzie były moje priorytety?! Crazy. To się skończyło nerwicą napadowo-lękową. To trwało 3 lata. Wiem, że bez tej jogi, bez tej ścieżki duchowej, na którą trafiłam tuż po tym wydarzeniu, to bym się jeszcze długo leczyła”, wyznała.
To dało jej do myślenia. Maria Prażuch-Prokop zdecydowała całkowicie zrezygnować z korporacyjnego życia i w pełni poświęciła się jodze. Dziś jest trenerką, a jej życie wygląda kompletnie inaczej. Spełnia się zawodowo także w roli menadżerki. Pod jej opieką znajduje się finalistka siódmej edycji Top Model, Anna Markowska: „To jest cudowna osoba. Bardzo ciepła i o to mi chodziło. O uczciwą, kochaną, ciepłą osobę i taka właśnie Marysia. Absolutnie nie chciałam wyjadacza biznesu, chciałam swoją bratnią duszę i super. Rozwijamy się. Działamy jako przyjaciółki, również team. Chyba o to chodzi, żeby czuć się ze sobą dobrze, a przy okazji rozwijać się. I tak się dzieje”, przyznawała w rozmowie z JastrząbPost, nie ukrywając, że swój sukces zawdzięcza właśnie żonie Marcina Prokopa.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Marcin Prokop i Maria Prażuch-Prokop: historia miłości
Dziennikarz nie ukrywał, że jest dumny ze swojej ukochanej, a w wywiadzie dla magazynu VIVA! w rozmowie z Piotrem Najsztubem wyznał wprost, co uważa za swój największy sukces: „Mam kochaną, wyrozumiałą, wspierającą mnie rodzinę”, powiedział w 2017 roku. Przyznał też, że nie byliby parą, gdyby nie upór Marii, bo unikał poważnych związków.
- TYLKO W VIVIE: Marcin i Maria Prokop: „Nasz związek od samego początku przypomina dwa magnesy o tych samych biegunach”

Wszystko zaczęło się w 2003 roku, gdy przez przypadek znaleźli się na tym samym przyjęciu. Oboje stronili od szalonego imprezowego życia, los jednak chciał, by doszło do ich spotkania. Maria Prażuch wróciła wówczas do Polski po ukończeniu studiów w Stanach Zjednoczonych. Wspólna impreza, parę spotkań i… chwilę później oficjalnie byli parą. „Byliśmy ze sobą dopiero od roku. Chociaż przyznam, że ja od początku naszego związku chciałam mieć z Marcinem dziecko. Wiedziałam, że albo ten facet, albo żaden”, wyznała Maria Prażuch w rozmowie z serwisem Polki.pl.
Marcin Prokop zdradził w rozmowie z Żurnalistą, że ukochana nie miała z nim łatwo. „Moja naturalna dyspozycja to jest bycie samemu, a to nie jest dobry materiał do tworzenia relacji. Natomiast moja żona to jest osoba, która śmiało mogłaby zdobywać ośmiotysięczniki przy swojej determinacji, swoim uporze. Te cechy pozwoliły jej się przez tę skorupę przebić. Nie wiem zresztą, dlaczego to robiła, bo pewnie sporo się natrudziła i nacierpiała, bo nie zawsze byłem dla niej taki dobry. Natomiast faktem jest, że udało jej się dowiercić do jądra Ziemi”, mówił.
"Nasz związek od samego początku przypomina dwa magnesy o tych samych biegunach. A osią jego symetrii jest konflikt buzujący gdzieś w tle. Różni nas widzenie świata, zjawisk, stosunek do ludzi. Właściwie wszystko, co nas łączy, dzieli jednocześnie" - dodał Prokop.
Niedługo potem na świat przyszła córka pary, Zofia. „Chciałbym, aby moje dziecko choćby w bazowych sprawach nie musiało korzystać z tego zewnętrznego mózgu. Chciałbym też zaszczepić jej jak najdalej idącą niezależność. Poczynając od niezależności od głupich owczych pędów, od presji grupy, poprzez niezależność ekonomiczną, czyli nie licz na to, że w dorosłym życiu cokolwiek od kogokolwiek ci się należy. A żyjemy w czasach, kiedy takie roszczeniowe nastroje są bardzo silne. Do tego dorzuciłbym niezależność rozumianą jako samosterowność, to znaczy podejmowanie suwerennych decyzji, zgodnych ze swoimi przekonaniami”, mówił o wychowywaniu córki Marcin Prokop w wywiadzie dla magazynu VIVA!. Zofia ma już szesnaście lat, ale jej zdjęć próżno szukać w sieci. Dziennikarz bardzo dba o prywatność pociechy. Stara się być dla pociechy najlepszym człowiekiem.
„Zacząłem w sobie mierzyć i ważyć to, co we mnie dobre i co mogę wnieść do tej relacji, i to, co należało odciąć. Postanowiłem, że będę taką tamą, na której zatrzyma się sztafetą różnych demonów, która biegła przez pokolenia przez rodzinę Prokopów i że dale jej nie przepuszczę. […] I myślę, że to się udało”, dodawał w rozmowie u Żurnalisty.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.

Na ślub Marcin Prokop i Maria Prażuch-Prokop zdecydowali się kilka lat później. Na ślubnym kobiercu stanęli podczas rodzinnych wakacji w Portugalii w 2011 roku. Marcin Prokop rzadko komentuje swoje życie prywatne, ale nie ma wątpliwości, że żona i córka są w jego życiu najważniejsze: „Nie widzę siebie w roli faceta, który kompletnie traci rozum oraz kontrolę nad swoim rozporkiem, bo zakręciła mu w głowie inna kobieta”, powiedział w jednym z wywiadów.
„Nie nudzimy się, to ważne. Ścieramy, ale nie towarzyszy temu, jak na początku naszego związku, wielkie napięcie. Dziecko nas łączy. A poza tym robimy to wszystko, co inne pary – bywamy w knajpach, spotykamy się ze znajomymi, kotłujemy na kanapie..." - mówiła żona dziennikarza.
- SPRAWDŹ RÓWNIEŻ: Są małżeństwem od 13 lat, teraz ujawnił prawdę o relacji z żoną. Marcin Prokop przyznał to z trudem
Marcin Prokop zawsze stronił od ujawniania szczegółów na temat rodziny. W jednej z nielicznych wypowiedzi na temat Marii wyznał: „Moja połówka jest moja właśnie dlatego, że jest inna niż reszta połówek”. Jak widać, to nie wystarczyło, by ich związek przetrwał.
