Reklama

Z perspektywy czasu łatwo uznać karierę Stanisława Tyma za pasmo artystycznych sukcesów. W rzeczywistości jego młodość pełna była zwrotów akcji, przypadków i rozczarowań, które dla wielu mogłyby oznaczać definitywny koniec marzeń. Sam wielokrotnie wracał do tamtych doświadczeń w wywiadach, opowiadając o nich z charakterystycznym dystansem, ale również z niezwykłą szczerością. To właśnie one ukształtowały człowieka, którego później pokochały miliony widzów.

Z chemii do fabryki słodyczy. Stanisław Tym zamiast laboratorium trafił do dawnego Wedla

Zanim Stanisław Tym odkrył, że jego miejscem jest scena i pisanie, próbował odnaleźć się na zupełnie innej ścieżce. Po maturze rozpoczął studia na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej, jednak szybko okazało się, że nie jest to kierunek, z którym wiązałby swoją przyszłość. Ostatecznie opuścił uczelnię i, jak wielu młodych ludzi tamtych czasów, musiał po prostu znaleźć pracę.

Tak trafił do Zakładów Przemysłu Cukierniczego im. 22 Lipca, czyli dawnego Wedla: „Los rzucił mnie do produkcji herbatników i czekolady. (...) Lubię słodycze. ”

W rozmowie dla „Playboya” opowiadał, że nowi koledzy z pracy zapytali go pierwszego dnia, na co ma ochotę. Odpowiedział bez wahania, że na chałwę, która w tamtych czasach uchodziła za prawdziwy rarytas. Jak sam przyznał, zjadł jej niemal pół kilograma.

Konsekwencje okazały się opłakane. Po ogromnej porcji chałwy wypił jeszcze około litra zimnego mleka, co skończyło się bardzo bolesnymi problemami żołądkowymi. „Wrąbałem chyba z pół kilo. Zakleiłem się. Pić się chciało. Dali mi mleko. Wychyliłem z litr zimnego. Chałwa oczywiście skawaliła mi się w żołądku i pochorowałem się. Trzy dni ją trawiłem. Koszmar” – wspominał z właściwym sobie dystansem.

Stanisław Tym.
Stanisław Tym. fot. Gałązka/AKPA

Do szkoły teatralnej trafił przez przypadek. Jedna rozmowa w „Stodole” zmieniła całe jego życie

Stanisław Tym wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie planował zostać aktorem. Wszystko wydarzyło się właściwie przez przypadek. W 1957 roku pracował w studenckim klubie „Stodoła”, obsługując szatnię i wejście. To właśnie tam spotkał dawnego kolegę ze szkoły średniej – Roberta – który przyszedł na wieczór z aktorem Józefem Parą.

Rozmowa, która początkowo miała dotyczyć codziennych spraw, bardzo szybko zeszła na plany zawodowe młodego Tyma. Opowiedział, że zamierza zdawać do Łodzi na wydział włókiennictwa. Wtedy usłyszał słowa, które – jak po latach przyznał – zmieniły całe jego życie: „Będziesz miał napisane w dowodzie: zawód – inżynier. Przecież to wstyd! (...) [Masz być] Aktorem. Jesteś pięknym, wysokim chłopakiem, masz wspaniałe włosy.”

Jeszcze tego samego dnia Robert wręczył mu swoją wizytówkę, a nazajutrz zaprowadził go do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Tam przedstawił go studentom, którzy postanowili przygotować go do egzaminów. Wśród nich byli między innymi Barbara Madejczyk, Andrzej Juszczyk i Roman Wilhelmi. „Powiedział: 'Przygotujcie go tak, żeby zdał na wydział aktorski'. I oni mnie przygotowali”, wspominał jego słowa Tym w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Sam nie wierzył, że ma jakiekolwiek szanse. O miejsce ubiegało się około 650 kandydatów, a przyjęto zaledwie 22 osoby. Z każdym kolejnym etapem był coraz bardziej zdziwiony, że wciąż pozostaje w grze.

Najbardziej dramatyczny okazał się egzamin końcowy. Komisja poprosiła kandydatów o zaprezentowanie nowego tekstu, którego wcześniej nie recytowali. Tym nie miał przygotowanego dodatkowego utworu. Na szkolnym korytarzu znalazł jednak tomik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i w ciągu kilkunastu minut nauczył się na pamięć wiersza „Śmierć braciszka”.

Ogromny stres sprawił, że podczas recytacji przez cały czas miał zamknięte oczy: „Byłem tak skupiony, aby się nie pomylić, że odruchowo cały wiersz powiedziałem z zamkniętymi oczami.” Ku jego zaskoczeniu komisja uznała to za świadomy środek aktorskiego wyrazu. Tak dostał się do szkoły teatralnej, choć sam był przekonany, że egzamin zakończy się niepowodzeniem.

Stanisław Tym.
Stanisław Tym. fot. Prończyk/AKPA

Wyrzucenie z PWST było dla niego ciosem. Przez lata walczył z nerwicą i zwątpieniem

Spełnienie marzeń nie trwało jednak długo. Po dwóch latach nauki w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej zapadła decyzja, która na wiele lat odcisnęła piętno na psychice Stanisława Tyma.

Jak wspominał w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, opiekun roku Jan Świderski przekazał mu, że profesorowie doszli do wniosku, iż popełnili błąd, przyjmując go na studia.

„Jan Świderski powiedział, że popełnili błąd, przyjmując mnie. Że z dyplomem aktorskim będę człowiekiem nieszczęśliwym. Bo ja się do teatru nie nadaję. Podjęli więc decyzję o relegowaniu mnie dla mojego dobra, bo "jeszcze zdążę sobie jakoś inaczej ułożyć życie". Przeżyłem straszliwe załamanie. Leczyłem potem nerwicę kilkanaście lat” – mówił po latach.

Podobnie opowiadał o tym po latach w wywiadzie dla „Playboya”: „Ciężko to odchorowałem. Bardzo długo wychodziłem z nerwicy, na pewno ponad 10 lat. Początki były okropne. Miewałem stany, w których byłem pewien, że umieram.”

Jednocześnie z czasem zaczął dostrzegać w tej bolesnej decyzji nieoczywisty punkt zwrotny. Gdyby nie został usunięty z uczelni, być może nigdy nie odnalazłby swojego prawdziwego powołania jako autora tekstów, scenarzysty i satyryka. „Mogę przypuszczać, że gdyby nie Świderski, nie zostałbym człowiekiem zawodowo piszącym”, stwierdził wówczas.

To właśnie ta droga zaprowadziła go do kabaretu, scenariuszy filmowych i ról, które na trwałe zapisały się w historii polskiej kultury. Paradoksalnie więc jedna z najbardziej bolesnych porażek w jego życiu okazała się początkiem kariery, dzięki której Stanisław Tym stał się ikoną rodzimej satyry i jednym z najważniejszych twórców polskiego kina.

Stanisław Tym.
Stanisław Tym. fot. Niemiec/AKPA
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...