Od ośmiu lat mieszka za granicą, doświadczyła prawdziwej rewolucji. Beata Sadowska na jedno nie była gotowa: „Miałam mnóstwo obaw”
Beata Sadowska od ośmiu lat żyje między Warszawą a Chamonix i nie ukrywa, że ta decyzja zmieniła wszystko. Dwa domy, dwa światy i jedno pytanie, które wciąż wraca – gdzie jest jej prawdziwe miejsce na ziemi i czy była gotowa na taką zmianę?

Beata Sadowska żyje na własnych zasadach. Z jednej strony szybkie tempo Warszawy i zawodowe wyzwania, z drugiej – cisza oraz codzienność w domu u podnóża Mont Blanc. Jej decyzja dla wielu brzmi jak scenariusz filmu. Jak naprawdę wygląda życie między Polską a Francją i co budziło jej największe obawy?
Beata Sadowska o życiu za granicą
Od ośmiu lat jej życie to ciągłe balansowanie między Warszawą a Chamonix, gdzie pracuje jej partner, przewodnik wysokogórski. Podkreśla, że ten wybór był dla nich czymś naturalnym, niemal oczywistym. Ale za tą decyzją kryje się coś więcej. Dziennikarka przyznaje, że zaczęło jej brakować stałego punktu, który mogłaby nazwać swoją prawdziwą bazą. Dziś ma dwie, jednak coraz częściej myśli o tym, by w przyszłości mieć jedno, konkretne miejsce na ziemi. Czy będzie to Warszawa, Chamonix, a może zupełnie inna lokalizacja? Jak sama mówi, to wciąż pozostaje otwarte.
„Mam dwa domy: wynajęty we Francji i swoje mieszkanie w Warszawie. Nie mogłabym tylko jednego z tych miejsc nazwać swoim domem. W obu czuję się tak samo dobrze. […] Paweł zaproponował, żebyśmy spróbowali pomieszkać za granicą. Oboje wiedzieliśmy, że jeśli wtedy byśmy tego nie zrobili, potem byłoby już na to za późno. Nasze dzieci byłyby już za duże, miałyby już w Polsce swój świat, z którego trudno byłoby je wyrwać. Oczywiście, miałam mnóstwo obaw. Przede wszystkim bałam się tego, że być może moje zawodowe życie w takiej formie, jaką znałam do tej pory, się skończy. Nie byłam na to gotowa”, mówi w rozmowie z Michałem Misiorkiem dla Plejady.
Czytaj też: Przestronny dom z dala od zgiełku miasta - tak mieszkają Ewa Gawryluk z mężem. Byliśmy tam z kamerą
Beata Sadowska przyznaje wprost - funkcjonowanie między dwoma krajami jest wymagające, ale jednocześnie daje jej coś, czego wcześniej brakowało. Dziennikarka nie owija w bawełnę. Przyznaje, że życie w mieście zaczęło ją zwyczajnie przytłaczać. Czuła, jak kawałek po kawałku traci siebie w ciągłym biegu, oczekiwaniach i niekończącej się liście spraw do załatwienia. Beata Sadowska podkreśla, że gdyby zostali w Warszawie, nie mieliby dla siebie tyle czasu. Dziś żyją inaczej spokojniej, bardziej świadomie, rezygnując z rzeczy, które wcześniej wydawały się konieczne, a w rzeczywistości nie były im potrzebne.
„Byłam już zmęczona życiem w mieście. Miałam poczucie, że kawałek po kawałku mnie ono zabiera. Że ciągle ktoś czegoś ode mnie chce i ciągle jestem zajęta. Uznałam, że ta przeprowadzka dobrze zrobi naszemu związkowi i naszej rodzinie. Nie myliłam się. Myślę, że gdybyśmy zostali w Warszawie, nigdy nie spędzalibyśmy ze sobą tyle czasu. Myślę też, że nie rezygnowalibyśmy z tylu rzeczy, z których — bez żadnej szkody dla nas — rezygnujemy teraz. Oboje staliśmy się bardziej asertywni i nauczyliśmy się wybierać to, co dla nas najlepsze”, dodawała w Plejadzie.

I choć w chwili podejmowania decyzji miała stabilną pracę – prowadziła program w telewizji i audycję w radiu – postawiła wszystko na jedną kartę. Zrezygnowała, bo nie chciała żyć z poczuciem, że coś ją ominęło. „Mimo że prowadziłam wtedy program w telewizji i audycję w radiu, postanowiłam zaryzykować i z nich zrezygnować. Pomyślałam, że jeśli tego nie zrobię, być może kiedyś będę żałować, że coś mnie ominęło. Wyszłam z założenia, że nie ma sytuacji nieodwracalnych. Można przecież pomylić się, popełnić błąd i zawrócić z obranej ścieżki. To nic strasznego”, dodawała w rozmowie z Michałem Misiorkiem.
Beata Sadowska o życiu we Francji i Francuzach
Beata Sadowska nie ukrywa, że jej partner obawiał się, że nowe miejsce może jej się nie spodobać. Ale dla niej jednak ten nowy świat okazał się zaskakująco bliski. Przyznaje, że od zawsze ciągnęło ją do małych miejscowości i wiejskich klimatów – lokalnych sklepów, codziennych rytuałów i historii, które tworzą prawdziwe życie. To właśnie sprawiło, że stosunkowo szybko odnalazła się w nowej rzeczywistości.
Największym zaskoczeniem okazali się jednak ludzie. Choć wcześniej bywała we Francji, nie miała wyobrażenia o mentalności Francuzów. I jak mówi wprost pierwsze wrażenie nie było łatwe. Podkreśla, że choć początkowo zetknęła się z dystansem i trudnym charakterem, to po przełamaniu tej bariery odkryła zupełnie inną stronę – lojalność i prawdziwą przyjaźń. Jak zaznacza, sama też musiała się otworzyć i dać coś od siebie, by to zbudować. „Najpierw zaskakiwali mnie negatywnie. Bo oni, c*****a, są naprawdę trudni. Często mam wrażenie, że zatrzymali się w czasach kolonialnych i wychodzą z założenia, że wszyscy powinni nauczyć się ich języka i kultury. Mają zadarte nosy i potwornie na wszystko narzekają. Ale gdy już przebijesz się przez tę warstwę obojętności, arogancji i poczucia wyższości, są fantastycznymi przyjaciółmi”, wyznała w rozmowie z Plejadą.
Czytaj też: Beata Sadowska o macierzyństwie: „Idealne matki nie istnieją”
Beata Sadowska nauczyła się języka francuskiego. Z determinacją przeszła cały proces i ostatecznie zdała egzamin państwowy. Ten wysiłek szybko przyniósł efekty. Francuzi docenili jej zaangażowanie i to, że naprawdę chce być częścią ich świata. Zauważyli starania, otwartość i chęć integracji – a to przełożyło się na sympatię. „Francuski oparty jest na wyjątkach. Na szczęście, zdałam już egzamin państwowy i mówię po francusku. W sumie innego wyjścia nie miałam. Francuzi bardzo to docenili. Widzieli, że próbujemy, że nam zależy i nas polubili. Pamiętam, jak kiedyś nasz sąsiad, który był właścicielem knajpy, zostawił w naszej skrzynce tartę jagodową i napisał SMS, że to na śniadanie dla naszych synów”, mówiła Beata Sadowska w rozmowie z Plejadą.
