Reklama

Jeszcze na studiach Maciej Musiał spędził pół nocy nad esejem poświęconym twórczości Krzysztofa Kieślowskiego. W jego podsumowaniu pojawiła się myśl, że współczesnemu światu brakuje wrażliwości tego reżysera, i że być może właśnie ona mogłaby stać się fundamentem nowych opowieści filmowych. Następnego dnia ta refleksja przestała być jedynie intelektualnym ćwiczeniem. Stała się impulsem do działania.

Maciej Musiał i jego międzynarodowy projekt inspirowany Kieślowskim

Maciej Musiał nie ukrywa, że jego myślenie o kinie jest bezpośrednią reakcją na to, co wydarzyło się w kulturze dekady temu. Przywołuje moment symboliczny: „W 1994 roku Krzysztof Kieślowski był absolutnym faworytem do Złotej Palmy w Cannes za film „Trzy kolory. Czerwony”, jednak niespodziewanie przegrał z młodym, nieznanym nikomu Amerykaninem. „Pulp Fiction” Quentina Tarantino zgarnął wtedy wszystkie możliwe nagrody filmowe. Pokonał Kieślowskiego w Cannes i na Oscarach", mówi na łamach magazynu GQ.

I choć nie odbiera wartości filmowi Tarantino, widzi w nim punkt zwrotny. „To dobry film. Ale czym był naprawdę? Lustrem popkultury", podkreśla. „W naiwnym, być może zbytnio rozpoetyzowanym świecie lat 90. „Pulp Fiction” rzeczywiście było zupełnie nowe, punkowe, było buntem. Cynicznym, sarkastycznym, bardzo cool, z wysoko uniesioną gardą, bardzo dalekie od czułego idealizmu. Świat stał się dokładnie tym, co ten film zapowiadał", dodaje.

Dlatego dziś proponuje zupełnie inną perspektywę: „To właśnie czułe, humanistyczne Kieślowskiego is the new punk. Radykalna czułość. Kino inspirowane jego twórczością może mieć wielką siłę".

Za tym przekonaniem poszły konkretne działania. „Bo czułem, że to wyjdzie", odpowiada, gdy pada pytanie, dlaczego uznał ten projekt za swoją misję. „Kupiłem prawa do konkretnego dzieła Kieślowskiego i rozpocząłem proces jego współczesnej reinterpretacji. To było siedem lat temu". To nie był jednorazowy impuls, lecz długotrwały proces, który z czasem zaczął przybierać coraz bardziej realne kształty. „Przez ten czas angażowaliśmy kolejnych reżyserów, powstawały scenariusze, nakręciliśmy już dwa filmy, które są w postprodukcji".

CZYTAJ TEŻ: Ignacy Liss szczerze o romansach na planie: „Zaczynasz myśleć o kimś innym niż osoba, która czeka w domu”

Maciej Musiał, VIVA! grudzień 2018, 26/2018
Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik/Complete

„Parallel Tales”. Film, który przywraca czułość Kieślowskiego do współczesnego kina

Jednym z najważniejszych elementów tego przedsięwzięcia jest „Parallel Tales”. „Dzisiaj przygotowujemy się do premiery filmu „Parallel Tales”. To dzieło irańskiego reżysera, zdobywcy dwóch Oscarów, Asghara Farhadiego. Zdjęcia się zakończyły, kończy się proces montażu, z premierą celujemy na Festiwal Filmowy w Cannes". W obsadzie znaleźli się aktorzy o światowej renomie: „Grają Catherine Deneuve, Isabelle Huppert i Vincent Cassel". A mimo to Maciej Musiał nie traktuje tego jako punktu kulminacyjnego. „Na tym nie koniec, ale o całym projekcie opowiemy w maju", mówi.

Zanim jednak projekt nabrał międzynarodowego wymiaru, konieczne było jedno spotkanie. „Zanim dotarłem do Farhadiego, musiałem dotrzeć do kogoś bardziej nieuchwytnego. Do scenarzysty filmów Kieślowskiego – pana Krzysztofa Piesiewicza. Naprawdę wielkiego człowieka". Kontakt nie był prosty. „Dostałem jego numer telefonu od Marty Hryniak, córki Kieślowskiego. Zacząłem do niego wydzwaniać z prośbą o spotkanie. W końcu podczas którejś z kolejnych rozmów powiedział mi, że możemy się zobaczyć, ale potem mam się odczepić", ujawnił.

To, co wydarzyło się później, brzmi niemal jak scena filmowa: „Piękny, wakacyjny dzień, randka z dziewczyną. Letnie kino w Starej Prochowni, niedaleko mieszka Krzysztof Piesiewicz. Wypiliśmy piwo i opuściłem swoją randkę. Poszedłem pod dom pana Krzysztofa. Nagle poczułem paraliżujący strach i tam, przed drzwiami, klęknąłem, żeby się pomodlić. Zadzwoniłem. Ktoś przekręcił klucz. Otworzył Piesiewicz. Świdrował mnie wzrokiem. „Czego pan chce?". „Byliśmy umówieni…”, wspomina Maciej Musiał.

Spotkanie odbyło się w jego domu na Żoliborzu, odciętym od świata zasuniętymi roletami. Rozmowa była długa i intensywna. Piesiewicz opowiadał o rzeczywistości, o kierunku, w jakim zmierza, o potrzebie czułości i akceptacji ludzkiej słabości. W jego słowach Maciej Musiał rozpoznał ton dobrze znany z filmów Kieślowskiego. To wtedy zrozumiał, że ten sposób myślenia nie zniknął.

Pozostawała jedna przeszkoda: prawa do dzieł. „A więc uważasz, że ten projekt trzeba zrobić jeszcze raz? ", zapytał Piesiewicz. „To niemożliwe. Prawa są sprzedane. Musiałby wydarzyć się cud", dodał aktor. Odpowiedź przyszła szybciej, niż można było się spodziewać. "Wydarzył się", mówi Musiał. „Właściciel opcji na prawa spóźnił się z wpłatą, umowa pozwalała, żeby w takim wypadku Krzysztof Piesiewicz je odzyskał. Zadzwonił do mnie, a ja je odkupiłem. Wydałem wtedy wszystko, co miałem".

To był moment przełomowy. Chwila, w której idea stała się realnym projektem. Przy takiej skali przedsięwzięcia naturalne wydaje się pytanie o jego obecność przed kamerą. Odpowiedź jest jednak jednoznaczna. „Znajomi mnie pytali: „Dlaczego nie próbujesz tam zagrać?”, ale próba wciśnięcia się tam w charakterze aktora byłaby kompletnie déclassé", skwitował. To decyzja, która jasno określa jego rolę. Nie jako aktora, lecz inicjatora i producenta.

Źródło: Magazyn GQ.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie była pierwsza, ale okazała się tą najważniejszą. Historia wielkiej miłości Krzysztofa Krauze

Maciej Musiał, VIVA! grudzień 2018, 26/2018
Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik/Complete

Authors

Reklama
Reklama
Reklama