„Nie mogłem przechodzić żałoby”. Tak Jacek Olszewski mówił o życiu po śmierci Agaty Mróz. Ten wywiad wzrusza do dziś
4 czerwca mija 18 lat od śmierci Agaty Mróz-Olszewskiej – wybitnej siatkarki, która do końca walczyła o życie i marzenie o macierzyństwie. W rocznicę jej odejścia przypominamy poruszającą rozmowę Jacka Olszewskiego dla „Vivy!” z 2017 roku – o bólu po stracie, samotnym ojcostwie, ale też o nadziei i miłości, która przyszła niespodziewanie.

- Krystyna Pytlakowska
Kiedy w czerwcu 2008 roku Agata Mróz-Olszewska zmarła zaledwie dwa miesiące po narodzinach córki Liliany, cały kraj przeżywał tę tragedię razem z jej rodziną. Jacek Olszewski został sam z maleńkim dzieckiem i niewyobrażalnym bólem, ale – jak sam mówił – nie miał czasu na rozpacz. Przez lata budował codzienność od nowa, angażował się w działalność fundacji i pomagał innym. W rozmowie z Krystyną Pytlakowską opowiedział o życiu po stracie, o pamięci, która nie gaśnie, i o tym, że nawet po największej tragedii można jeszcze spotkać kogoś, kto „nas pokocha”.
Jacek Olszewski: wywiad dla VIVY! po stracie Agaty Mróz
Czwarty czerwca 2008 roku. Ten dzień na zawsze zmienił jego życie. Po ciężkiej chorobie odeszła jego ukochana żona, wybitna siatkarka Agata Mróz. Miał wtedy 34 lata, a ich córeczka Liliana – dwa miesiące. I tylko czasem, gdy nie był zajęty opieką nad małą, zastanawiał się, co by było, gdyby w ich świecie pojawiła się jakaś dziewczyna. Pojawiła się. O życiu po stracie, nadziei, spłacaniu długu i budowaniu rodziny na nowo Jacek Olszewski i Agnieszka Frąckowiak rozmawiają z Krystyną Pytlakowską.
Od roku są ze sobą, od niedawna razem mieszkają, dziewięcioletnia Lilka mówi do Agnieszki „mamusiu” i prosi ojca, żeby nie zmieniał obiektu uczuć. Po wielkiej traumie, jaką była dla Jacka śmierć jego żony, siatkarki Agaty Mróz, tuż po narodzinach ich córeczki, wreszcie nastał czas spokoju i budowania przyszłości z inną kobietą. Spotykam się z obojgiem w knajpce na Saskiej Kępie. Najpierw rozmawiam z Jackiem, Agnieszka się przysłuchuje. Potem i ona włącza się do rozmowy. Odnoszę wrażenie, że dopuścili mnie do swojej tajemnicy, jaką jest miłość, która przytrafiła się mężczyźnie po przejściach i kobiecie z przeszłością – cytując słowa znanej piosenki Agnieszki Osieckiej. Ich oczy nie kłamią, nie mają nic do ukrycia, dają sobie wzajemnie szczęście. I to jest najważniejsze.
– Jacku, czy po śmieci Agaty myślałeś, że jeszcze sobie ułożysz z kimś życie?
Jacek: Myślę, że tak, chociaż maleńkie dziecko absorbowało mnie przez 24 godziny na dobę, a wtedy nie ma czasu na myślenie. Tylko kiedy czasami nie byłem zajęty opieką nad Lilką, bo ona spała, a ja wtedy mogłem robić coś innego, mimowolnie zastanawiałem się, jakby to było, gdyby w moim życiu pojawiła się jakaś dziewczyna. Miałem 33 lata i swoje zadania do wykonania tutaj, na ziemi. Wielokrotnie zastanawiałem się, czy gdybym odszedł pierwszy, chciałbym, żeby Agata ułożyła sobie przyszłość. Tak – myślałem – ale tylko z kimś dobrym, kto pokochałby naszą córeczkę.
– To było już wtedy, gdy podniosłeś się po jej śmierci i nastąpił etap uzdrawiania duszy?
Jacek: Nie miałem etapów ani podnoszenia się, ani zdrowienia, od razu
musiałem wstać i iść dalej. Nie mogłem przechodzić żałoby, bo w domu było dwumiesięczne dziecko, którym musiałem się opiekować, musiałem się uśmiechać, nie poddawać się przygnębieniu i smutkowi, bo Lilka by to wyczuła. Dziecko jest jak sejsmograf, odbiera nasze myśli i nastroje.
– Byłeś przygotowany na śmierć Agaty? Kiedy się spotkaliście, już było wiadomo, że jest chora.
Jacek: Tak, ale nigdy nie zakłada się z góry, że to choroba śmiertelna. Czy ktoś, kto obserwował jej mecze, widział, że tak mało czasu ma przed sobą? Nie, nikt nie jest przygotowany na śmierć najbliższej osoby. Walczy się do samego końca i wierzy się, że będzie dobrze.
– I nie myśleliście o tym najgorszym?
Jacek: Raz rozmawialiśmy o tym, że może się nie udać, ale nie prowadziliśmy rozmów typu: jak umrę, to… Powiedzieliśmy sobie, że zrobimy wszystko, aby się udało, i żyliśmy dalej jak normalna rodzina. Podczas tej rozmowy obiecałem tylko Agacie, że w razie czego ja zajmę się dzieckiem. Nie wyobrażałem sobie, że oddam je komuś pod opiekę, bo sobie nie poradzę, tak jak jeden z wdowców, który oddał dziecko rodzinie zastępczej, gdyż nie dawał rady psychicznie.
– Lilka to prezent miłości od Agaty.
Jacek: Być może to prezent, chociaż jest w tym coś więcej. Ja dopatruję się w narodzinach córeczki ręki opatrzności. Być może plan był taki, że Agata zaszła w ciążę, by jej szpik zaczął normalnie funkcjonować. W każdym razie mieliśmy taką nadzieję. Ja zresztą zawsze trzymam się pozytywnych myśli, a nie katastroficznych.
– Jak żyć po takiej stracie?
Jacek: Trzeba znaleźć cel i nim się cieszyć. Powstała fundacja „Kropla życia”, jeździłem z Lilką po całym kraju, rejestrowaliśmy dawców szpiku, prowadziliśmy wykłady, dlaczego warto ten szpik oddawać. Spłacałem dług, jaki zaciągnąłem u ludzi, którzy kiedyś pomagali Agacie. Ona miała bardzo rzadką grupę krwi B Rh-, więc Polacy z tą samą grupą tłumnie oddawali krew w stacjach krwiodawstwa, żeby mogła donosić ciążę. Kiedy szukaliśmy dawców, w Polsce było zarejestrowanych 40 tysięcy osób, dzisiaj jest ich ponad milion. Nie miałem więc czasu na depresję, na smutek.

– Myślałeś wtedy o ułożeniu sobie życia z inną kobietą?
Jacek: Szczerze mówiąc, chciałem tego. Moja teściowa po śmierci teścia poznała mężczyznę, już dobrze po sześćdziesiątce, zakochała się i są szczęśliwi. Natomiast moja mama po śmierci taty jest nadal sama. Mam więc dwa skrajne przypadki i widzę, że warto być z kimś, nawet po dramatycznych przejściach. Tylko tyle, że nie można tu być niecierpliwym i szukać kogoś na siłę, żeby wypełnić pustkę. Grażyna Wolszczak powiedziała mi kiedyś: „Jeżeli masz kogoś poznać i z kimś być, to musi być między wami chemia, takie wow”. Kiedy poznałem Agnieszkę, było między nami to wow. Mogę powiedzieć, że jestem bardzo bogatym człowiekiem, ponieważ miałem swoją wielką miłość, a teraz jest druga, która właśnie siedzi obok mnie.
– Agnieszko, nie bałaś się mężczyzny po tak ciężkich, trudnych doświadczeniach?
Agnieszka: Tak naprawdę nic o nich nie wiedziałam. Między nami zaiskrzyło, zanim zdążyliśmy sobie wzajemnie opowiedzieć nasze życia.
– Gdzie się spotkaliście?
Agnieszka: Mało romantycznie, bo na portalu randkowym w internecie.
Jacek: Trudno powiedzieć, czy szukałem tam miłości, po prostu chciałem dać sobie szansę, ponieważ najłatwiej jest siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Wtedy prawdopodobieństwo znalezienia kogoś jest żadne. Listonosz sam nie przyniesie ci niczyjej wizytówki. Wieczorami więc, gdy Lilka już spała, rozmawiałem wirtualnie z różnymi dziewczynami.
Agnieszka: Zachowywałeś się uczciwie, bo nie ukrywałeś się, miałeś login Jacek i umieściłeś prawdziwe zdjęcie. Tylko że ja ciebie na nim nie rozpoznałam, nie wiedziałam, że ty to ty.
Jacek: Rozpoznali mnie natomiast inni. Po wyemitowaniu filmu o mnie i Agacie w tvn w ciągu trzech dni dostałem 500 zaproszeń i mnóstwo ciepłych komentarzy. A na Facebooku też liczne propozycje matrymonialne. Z Agusią spotkaliśmy się realnie dosyć szybko, bo szkoda czasu na dłuższe klikanie.
Agnieszka: To tobie się spieszyło.
Jacek: A tobie nie? Trzeba było się spotkać, bo dopiero wtedy wiadomo, jacy naprawdę jesteśmy. Można z kimś świetnie rozmawiać na czacie, wysyłać i dostawać mnóstwo maili, a potem w kontakcie osobistym okazuje się, że ta osoba jest całkiem inna. Siadacie i milczycie, i nie macie sobie nic do powiedzenia.
– Spotykałeś się wcześniej z kobietami z internetu?
Jacek: Kilka razy z kimś mi się fajnie pisało, a potem w kawiarni musiałem przez dwie godziny wygłaszać monolog. Na pytanie, czy się jeszcze spotkamy, odpowiedziałem, że raczej nie, bo nie tak to sobie wyobrażałem.
– Pamiętacie swoją pierwszą rozmowę internetową?
Jacek: Pamiętamy, ale usunęliśmy ją z naszego konta, bo życie biegło dalej. Po co rozpamiętywać? Analizować każde słowo?
Agnieszka: Największym problemem był fakt, że mieszkałam we Wrocławiu, a Jacek w Warszawie. Kiedy się o tym dowiedział, przez dwa dni się do mnie nie odezwał.
Jacek: Bo stwierdziłem, że 400 kilometrów to trochę za daleko – jak ja będę do niej jeździł? I postanowiłem dać spokój. Ale potem pomyślałem, że może jednak warto spróbować, bo taka fajna dziewczyna. A przede wszystkim nie kojarzyła mnie, nie patrzyła na mnie przez pryzmat przeszłości, litując się nade mną.
– Ale wiedziałaś, że ma dziecko?
Jacek: To wiedziała od razu.
Agnieszka: Ale ja też mam dzieci, więc to nie skreślało Jacka w moich oczach. Myślę, że większość ludzi po czterdziestce ma dzieci.
Jacek: Agusia jest nawet babcią.
– Wkręcacie mnie.
Agnieszka: Mam dwie dorosłe córki, a starsza z nich ma córeczkę. Naprawdę więc jestem szczęśliwą babcią. Pomyślałam, że przecież jego dziecko ma matkę, tak jak moje córki mają ojca, z którym rozwiodłam się dawno temu. Nie jest to więc niczym niezwykłym i dziecko nie odstraszyło mnie zupełnie.
– Wiele kobiet jednak obawiałoby się takiego obciążenia, wiedząc, że córka jest dla ich partnera najważniejsza na świecie. Odważna jesteś.
Agnieszka: Odważna? Po prostu wiem, na czym polega rodzicielstwo i że cudze dziecko można kochać tak samo jak własne. Moje córki były małe już dawno temu, ale teraz dzięki wnuczce wróciłam jakby do okresu ich dzieciństwa. Jestem więc na bieżąco.
Jacek: Nie chciałbym związać się z kobietą bezdzietną, która nie wie, na czym to polega. Nie chciałbym też małolaty, która zupełnie inaczej postrzega świat. Można się zauroczyć ciałem, urodą, ale to przecież trwa dość krótko. Chciałem znaleźć kobietę dojrzałą, piękną, interesującą. Taką, z którą będę mógł o wszystkim porozmawiać. Uroda przemija, ale to ciepło, które masz w sobie, zostaje.
Agnieszka: Uroda przemija?! Tak myślisz.
Jacek: No, może przeminie za 30 lat (śmiech).
Agnieszka: Jestem od ciebie starsza o cztery lata, ale mentalnie to ty przy mnie jesteś staruszkiem.

– No dobrze, nie dogryzajcie sobie. Kiedy poczułeś, że jesteś gotowy na nowy związek?
Jacek: Dużo wcześniej przed poznaniem Agnieszki spotykałem się z kimś, ale to się skończyło. Nie pasowaliśmy do siebie. Tak naprawdę, gdy poznałem Agnieszkę, poczułem, że to Ona i że możemy stworzyć rodzinę. Niedługo przedtem zmieniłem na portalu status z nieokreślonego na wdowca, tak naprawdę dopiero wtedy zaakceptowałem to, kim jestem, po ośmiu latach.
– A więc jednak tyle lat przechodziłeś swoją prywatną żałobę?
Jacek: Może ja tak tego nie odczuwałem, siłę dawały mi spotkania z ludźmi. Tworzyliśmy ustawę o transplantacji, poznawałem osoby po przeszczepach. Pamiętam, jak musiałem uspokajać matkę dziewczyny, która po przeszczepie zaszła w ciążę. Tylko raz czułem się kompletnie bezradny, miałem ochotę wtedy usiąść i płakać.
– Co się stało?
Jacek: Ja muszę mieć wszystko poukładane, zorganizowane, butelki, napoje, pampersy. Pojechałem z Lilką zawieźć samochód do warsztatu i mieliśmy za chwilę wrócić autobusem, a tymczasem spadł śnieg, paraliż komunikacyjny, korki, żadna taksówka nie mogła przyjechać. Stałem na mrozie z wózkiem, dziecko płacze, głodne. Miałem wtedy spotkanie z Marią Kaczyńską i Jolantą Kwaśniewską, na które nie dojechałem. Czułem się bezsilny, nie wiedziałem, co robić, wracaliśmy do domu cztery godziny. Lilka miała wtedy około roku.
– Nie chciałeś córki zostawiać z nikim, zabierałeś ją wszędzie?
Jacek: Nie chciałem się z nią rozstawać. Zresztą ona była grzeczna, właściwie cały czas spała. Nigdy nie uważałem, że jest dla mnie jakimś ciężarem, a każdy jej uśmiech był dla mnie nagrodą. To urocza dziewczynka.
– Patrzyłeś na nią i myślałeś, że jest w niej część Twojej żony Agaty?
Jacek: Jest do niej bardzo podobna. Emanuje taką sama pozytywną energią, zaraża nią ludzi. Kiedyś w autobusie pani siedząca naprzeciwko powiedziała: „Dziewczynko, jakie ty masz śliczne oczy, nie mogę od nich się oderwać”.
– Już wiem, co zobaczyłeś w Agnieszce. Ona ma w sobie taką samą akceptację życia, empatię i piękne oczy jak Twoja córka.
Agnieszka: Ale nigdy nie interesowałam się sportem, to dla mnie obcy świat, nie grałam w siatkówkę ani w kosza. Moje życie toczyło się inaczej. Dzięki Jackowi weszłam w zupełnie obce środowisko i poznaję nowe tematy.
– Ale on też wchodzi w Twój świat. Jesteś znaną stylistką, we Wrocławiu miałaś salony piękności.
Agnieszka: Ale pozamykałam je wszystkie i próbuję znaleźć swoje miejsce w Warszawie, co wcale nie jest łatwe. Ja nie jestem tylko makijażystką, zajmuję się całością, włosami, kreacjami. Nie sądziłam, że będzie mi tak trudno odnaleźć się w Warszawie.
– No tak, tu jest duża konkurencja.
Jacek: Ale jesteś doskonałym fachowcem, poza tym uśmiechnięta, ciepła, otwarta. To zaprocentuje.
Agnieszka: Mam nadzieję. Nie było innego wyjścia, musiałam się przeprowadzić i zmienić całe swoje życie, bo przez kilka miesięcy znajomości zaliczyliśmy, jeżdżąc do siebie, 25 tysięcy kilometrów.
– Gdy zobaczyłaś Jacka po raz pierwszy…
Agnieszka: Był z Lilką oczywiście, a ja poczułam, że to moja rodzina po prostu.
Jacek: Nie było łatwo, bo młoda była zazdrosna.
Agnieszka: Wiedziałam, co to dziecko czuje, jak się niepokoi o swojego tatę. Moje córki też miały świadomość, że Jacek to nie jest miłostka, chłopak, z którym można się spotkać i pójść do kina, że to poważna sprawa. I że teraz będziemy mieć większą rodzinę.
Jacek: Kiedy młodsza córka Agi miała problemy z nogą, znalazłem lekarza, pojechałem z nią na zabieg. Powiedziała wtedy: „Obcy facet, a jest dla mnie jak ojciec, który pomaga”.

– A Lilka nazwała kiedyś Agnieszkę „mamą”?
Agnieszka: Krótko po wizycie u mnie, gdzie usłyszała, jak moja młodsza córka mówi „mamo”, też tak zaczęła mnie nazywać. A na urodziny dostałam od niej własnoręcznie zrobioną bransoletkę, a do niej dołączony liścik: „Kocham moją mamę”. Myślałam, że się z płaczu uduszę, ze wzruszenia. Mała to słodziaczek, mam jej ostatnie zdjęcia i dedykację napisaną na odwrocie: „Mamusia i Lilusia”, a pośrodku narysowane serce.
– Nie miałeś, Jacku, wyjścia, musiałeś zakochać się w Agnieszce, choćby dla Lilki.
Jacek: Nie musiałem, jestem przekorny, ale potem bym tego żałował. Gdy pierwszy raz zobaczyłem ją w realu, pomyślałem, że to moja Agusia. A teraz przynoszę jej codziennie kawę do łóżeczka.
– Widzę, jak na Ciebie patrzy.
Agnieszka: Ale to nie jest mężczyzna, który bez przerwy powtarza: „Boże, jakaś ty piękna”. Może mówić, że kocha, ale na ogół jest oszczędny w słowach.
Jacek: Same słowa nie wystarczą, za nimi muszą iść czyny. A ty też jesteś ostatnia, jeśli chodzi o pochwały i komplementy. Przyganiał kocioł garnkowi.
Agnieszka: Udowodniłam ci już chyba, że jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. Nie uciekłam od ciebie. Masz w sobie wszystko, czego potrzebuję. Zamieszkałam z tobą, mimo że nie mam tu kompletnie nikogo, chociaż dorobiłam się już jednej przyjaciółki.
– Ile czasu potrzebowałaś, żeby nawiązać z Lilką bliskie relacje?
Agnieszka: One się jakoś same wyprostowały. Przede wszystkim nie chciałam zajmować miejsca jej mamy. Stałam z boku i obserwowałam, chyba po trzech miesiącach mała wyczuła, że nie musi już walczyć o Jacka, bo ja jej go nie chcę odebrać.
Jacek: Wiedziałem, że tak będzie, bo gdy spotkaliśmy się we Wrocławiu całą rodziną, od razu zauważyłem, że tam nikt ze sobą nie rywalizuje, nikt się nie kłóci i było tak, jakbyśmy się zobaczyli po latach. A wnuczka Agi traktuje Lilkę jak siostrę.
Agnieszka: Są w sobie zakochane. Moja wnuczka jest Mulatką, jej tata pochodzi z Nigerii. Nasza rodzina jest więc wielokulturowa.
– Teraz już nie możesz przestać być mamą Lilki, a to duża odpowiedzialność.
Jacek: Mamy tego świadomość.
Agnieszka: No i jesteśmy jej rodzicami.
Jacek: Lilka powiedziała mi, że już nie chciałaby, żeby tata miał inną dziewczynę, bo ona chce z Agnieszką być zawsze.
Agnieszka: I poprosiła mnie o rękę.
– A Jacek Cię poprosił?
Jacek: Jeszcze nie.
Agnieszka: I dlatego Lilka bardzo skarży na niego.
– Boisz się ślubu?
Jacek: Nie, myśmy już mieli kiedyś swoje śluby. I ten nasz powinien być inny, skromny. Gdy nadejdzie odpowiedni czas, wszystko zorganizuję.
– Lilka często pyta Cię o Agatę?
Jacek: Nie, ona wie, że ta mama gdzieś tam jest, ale przecież nigdy jej nie poznała.
– Powiedziałeś, że przypłaciła życiem jej przyjście na świat?
Jacek: Nigdy, bronię ją przed tym. Poza tym to media tak wymyśliły. Agata zmarła tylko dlatego, że została zakażona bakterią. Spędziła przecież w szpitalu osiem miesięcy. A miała wyniszczony organizm i brak odporności. To nie przez Lilkę umarła, tylko przez brud w szpitalu.
Agnieszka: Czasem rozmawiam z nią o jej mamie. Mówię: „Ja też nie mam mamy i też za nią tęsknię”. Dziecku trzeba tłumaczyć i nie robić z niczego dramatu.
Jacek: Jest o tyle łatwiej, że nawet moja teściowa bardzo Agnieszkę polubiła.
– Dobrze już nie być samemu, prawda?
Jacek: Nigdy nie byłem sam, bo miałem moje szczęście – Lilkę, ale fajnie jest mieć też kogoś dorosłego, z kim można pogadać, a nie tylko oglądać bajki. Czasem rozmawiamy o przyszłości, ale nie wybiegamy za daleko, cieszymy się tym, co mamy.
Agnieszka: A mamy teraz tyle do zrobienia. Właściwie wszystko dzieje się u nas jakby od samego początku.
Czytaj również: „Podjęłam walkę o moje dziecko”. Przypominamy ostatnią rozmowę z siatkarką Agatą Mróz

