Nie był ojcem idealnym, chwilę przed jego odejściem wszystko mu wybaczyła. Ania Rusowicz ujawniła kulisy ich trudnej relacji
1 stycznia 1991 roku siedmioletnia Anna Rusowicz straciła matkę, legendarną piosenkarkę Adę Rusowicz. Wkrótce okazało się, że ojciec, Wojciech Korda, nie chce wychowywać ani jej, ani brata. Lata bólu, samotności i pytań bez odpowiedzi doprowadziły ją jednak do momentu, którego sama się nie spodziewała. Do wybaczenia.

- Karol Sowa
- , Krystyna Pytlakowska
Kiedy w wypadku samochodowym zginęła jej mama, piosenkarka Ada Rusowicz, miała siedem lat. Ojciec, wokalista i kompozytor Wojciech Korda, nie chciał wychowywać ani jej, ani jej brata. Nie potrafiła zrozumieć tego odrzucenia, a jednak przed śmiercią ojca wybaczyła mu. Czy było to trudne i jaką drogę przeszła, by to zrobić oraz odnaleźć samą siebie? Z Anną Rusowicz rozmawia Krystyna Pytlakowska.
Przypominamy wywiad z Anną Rusowicz, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w grudniu 2025 roku.
Tragiczny dzień 1 stycznia 1991 roku. Śmierć Ady Rusowicz zmieniła wszystko
Życie jest jak książka?
Tak, każdy pisze swoją. I dlatego ja zdecydowałam się opowiedzieć szczerze moją historię, z jej wieloma magicznymi wydarzeniami i znakami, które dostawałam. I momentami oświecenia, gdy zaczynałam coś rozumieć, mając poczucie sensu tego, co się wydarzyło. Uważam, że życie każdego – moje również – jest częścią jakiegoś planu.
Planu? Czyjego?
Tego z góry. Być może mamy jakiś wpływ na nasze życie, ale to los rozdaje karty, którymi gramy. Nie zawsze są to asy. Musimy nauczyć się grać tymi, które dostaliśmy.
Ty się nauczyłaś?
Chyba tak, bo nauczyłam się każde cierpienie czy trudną sytuację przekuwać w coś dobrego. Nawet jeżeli nie miałam wpływu na to, co mnie spotykało. Próbowałam zrozumieć dlaczego. Chociaż na początku zawsze jest bunt.
A co jest na końcu?
Na końcu jest wybaczenie i dalsza droga. O wybaczenie jest najtrudniej, bo to proces, a nie akt jednorazowy. Można wybaczyć trochę mniej lub trochę więcej, drugiego dnia wycofać wybaczenie, trzeciego znowu wybaczyć. Ciąg uczuć… Dlatego pomyślałam, żeby opowiedzieć, co we mnie drzemało przez wszystkie lata od śmierci mamy. I uwolnić się od tego.
Twoja mama Ada Rusowicz zginęła w wypadku samochodowym 1 stycznia 1991 roku.
Miałam wtedy siedem lat. Po śmierci mamy wychowywała mnie ciocia – moja mama zastępcza. Szybko zrozumiałam, że muszę być niezależna. Mama dla nas, dzieci, zrezygnowała z udziału w koncertach. Została w domu, była zależna finansowo od naszego ojca. To było swego rodzaju uwikłanie, a ja wiem, jak wielką wartością jest niezależność, zwłaszcza dla kobiet, także tych mających dzieci. Nie wiem, co mama miała w planach, ale wiadomo, że małżeństwo moich rodziców wisiało na włosku, bo pojawiła się druga kobieta i mama miała olbrzymi dylemat, jak to rozwiązać. Czy zostać z ojcem, czy odejść od niego i dać mu wolność? Stanęła dokładnie przed taką samą sytuacją, jaka po latach spotkała mnie. Ona nie zdążyła podjąć decyzji. A ja zdążyłam i zrobiłam to. Mama nie zdążyła nawet podpisać testamentu, a ja testament już zrobiłam. Bo dzięki niej wiem, że może mnie zabraknąć w każdej chwili. Mamie to do głowy nie przyszło i to miało potem konsekwencje prawne.

Ojciec nie chciał wychowywać dzieci. Szokująca decyzja Wojciecha Kordy
Twoja mama Ada Rusowicz i Twój ojciec Wojciech Korda byli podobno cudowną parą.
Najpiękniejszą w świecie show-biznesu. Moja matka była tak piękna, że porównywano ją do Tiny Turner, bo słynęła ze zgrabnych nóg. A ojciec też był przepięknym mężczyzną. Zdolni. Utalentowani. Tylko że mama miała inne wartości niż ojciec. Chciała mieć dzieci, dom, wnuki. A mój ojciec nie, wolał mieszkać w hotelach. Wybierał wolność i życie artystyczne.
Ojciec nie chciał mieć tak cudownej córki jak Ty?
Dzieci jawiły mu się jako zagrożenie dla jego kariery. Nie chciał mieć dzieci, przeszkadzały mu. Nie chciał też mieć domu. Ale gdy kobieta czegoś pragnie, zdobywa to. A mama była konsekwentna. Powiedziała: „Nie chcesz mieć dzieci? Ale ja będę je miała”. I dokładnie tak się stało. A jak się urodziliśmy, ja i mój brat, zrezygnowała ze śpiewania.
Zapłaciła bardzo wysoką cenę.
Olbrzymią. Zwłaszcza że potem w jej małżeństwie pojawiła się ta druga. Było to zresztą ukrywane przed nami. Ojciec też był konsekwentny. Po wypadku i śmierci mamy odzyskał wolność i nie chciał mieć nas przy sobie. Kiedy więc moja ciocia chciała mnie zaadoptować, był chętny. Nie chciał też, by mój brat z nim został.

Lata milczenia i bólu. Jak Anna Rusowicz dorastała bez rodziców
Wiedza o tym musiała być dla Ciebie straszna.
Okropna. I tylko dlatego, że siostra mojej mamy powiedziała, że nigdy nie pozwoli na to, żebyśmy z bratem trafili do obcych, zostaliśmy w rodzinie. To mądra kobieta. Najpierw sądziła, że ojciec jest w szoku, w depresji po stracie Ady i dlatego podejmuje takie dziwne decyzje, zapraszając ludzi, którzy chcą adoptować jego dzieci. A taki pomysł się w jego głowie pojawił. I wtedy ciocia Krystyna powiedziała, że to ona weźmie za nas odpowiedzialność, i zostali z mężem naszą rodziną zastępczą.
Czy ojciec widywał się z Tobą po śmierci mamy?
Nie. Nigdy nie rozumiałam, skąd się wzięło takie odtrącenie, bo ojciec dla dziewczynki jest kimś wyjątkowym – tym pierwszym mężczyzną, który pokazuje, że jesteś chciana, kochana. Byłam malutka i nie mogłam pojąć, dlaczego ojciec mnie nie chce. Ciągle pytałam: „A kiedy przyjedzie tata?”. Ciocia odpowiadała, że jest na koncertach. Okłamywała mnie, żeby ukoić mój ból serca. Widziała, że na niego czekam, ale ojciec nigdy nie przyjeżdżał i nie dzwonił. Mój starszy o sześć lat brat, który jeszcze przez jakiś czas został z ojcem, miał niełatwe dzieciństwo. Wprowadziła się tamta kobieta, a on nagle w swoim domu, który był ciepły i rodzinny, stał się kimś zbędnym. Pomieszkiwał więc u kolegów, a potem się szybko usamodzielnił finansowo i wyprowadził. W planie naszego ojca na jego nowe życie nie byliśmy w ogóle brani pod uwagę. Ja nawet jeszcze w podstawówce pisałam listy do taty, ale nigdy nie dostałam odpowiedzi.
Ojciec udawał, że Was nie ma?
Jako dorosła kobieta zaczęłam myśleć, że ja go w pewien sposób rozumiem. Deklarował przecież, że nie chce dzieci. Miał swoje wizje na życie. I mówił to bardzo stanowczo. A ja rozumiem ludzi, którzy nie chcą mieć potomstwa. Rodzicielstwo to rodzaj przywileju, a nie obowiązku.
Ale co innego mówić, a co innego nie chcieć, jak się już to dziecko pojawi.
Ojciec chciał być polskim Elvisem Presleyem. Zostać na scenie, być artystą, a przede wszystkim mieć wolność. Próbował się więc mnie wyprzeć, ale mu się to nie udało. Nigdy jednak nie zostałam wpuszczona do naszego domu rodzinnego, nawet gdy wielokrotnie przyjeżdżałam na grób mamy. Tak naprawdę tego okropnego 1 stycznia 1991 roku nie straciłam tylko mamy. Straciłam oboje rodziców.
Nigdy nikomu o tym nie opowiedziałaś, a przecież to odrzucenie miało wielki wpływ na Twoje życie i Twoją odporność psychiczną.
Tak, nie byłam w stanie o tym opowiedzieć. Przecież to nienormalne, że nie zostałam zaproszona do domu, w którym się wychowywałam, i że ojciec nie chciał płacić alimentów ani nie był chętny, by nawet podzielić się majątkiem po mamie ze swymi dziećmi. Byłam biedną nastolatką, marzyłam o tym, żeby kupić sobie kosmetyki, jakie miały inne dziewczyny. Do 18. roku życia ojciec nie płacił na mnie złotówki. Dopiero gdy stałam się pełnoletnia, wystąpiłam do sądu o alimenty, bo chciałam pójść na dobre studia i potrzebowałam pieniędzy na książki i ubrania. Miał zasądzone na mnie grosze, około 300 złotych, a i tak komornik ściągał połowę. Gdy na studiach zaczęłam śpiewać hobbystycznie, dostałam pismo od prawnika ojca, że mam oddać alimenty, bo przecież zarabiam.
To musiało być dla Ciebie bardzo trudne?
To była dla mnie wielka trauma. Nie rozumiałam, dlaczego wszystkie dzieciaki dostają support od swoich rodziców, a mnie mój ojciec nawet nie chce poznać albo traktuje mnie jak wroga. Później odezwały się we mnie geny i zaczęłam już śpiewać na poważnie w moim pierwszym zespole Dezire. Choć studiowałam na Akademii Medycznej na Wydziale Farmacji, ciągnęło mnie na scenę. Odkryłam swoje przeznaczenie.

Studiowałaś jednak też psychologię.
Tak, bo rzuciłam farmację i przeniosłam się na psychologię do Warszawy. Zaczęłam wówczas nagrywać swoje piosenki, choć nie miałam jeszcze żadnego planu. Wiedziałam jednak, że przeprowadzka do Warszawy to moja przepustka do innego życia. Że muszę znaleźć przyjaciół mamy, a oni na pewno mi opowiedzą, jaka była. I że dzięki nim zrozumiem to, co tkwi we mnie bardzo głęboko.
Znalazłaś tych przyjaciół?
Tak. Kiedy już byłam w Warszawie, trafiłam w telewizji na wywiad z Markiem Niedźwieckim, w którym powiedział, że pierwszą piosenką na gitary, której słuchał, był „Duży błąd” mojej mamy. Znalazłam też Marię Szabłowską, która wówczas dowiedziała się o moim istnieniu. Wiele osób dziwiło się: „To Ada i Wojtek mieli dzieci? To ty nie jesteś córką Niemena?”. Wiedziałam, że moi rodzice zastępczy nie mają żadnych koneksji w świecie muzycznym i że muszę zacząć od zera.
Czym zajmowali się Twoi rodzice zastępczy?
Mama była nauczycielką, kuratorem, a tata lekarzem. Zawsze mi mówili: „Pamiętaj, Anusia, że musisz skończyć porządne studia, zdobyć wykształcenie i mieć swoje pieniądze, żeby nie zależeć od mężczyzny. Ale jeśli chcesz startować w muzyce, to my ci nie pomożemy. Jeśli cokolwiek osiągniesz, to tylko dzięki sobie”. I dokładnie tak było. Pojawiłam się w branży jak duch, znikąd.
Ale dostałaś przecież piękny spadek po mamie i po ojcu – ich geny.
I w zasadzie tylko to, ale do tego jeszcze wrócimy. Moja droga do znalezienia własnej tożsamości i rozwikłania tajemnicy, kim jestem, to były lata wielkiej samotności i depresji. Dlatego zaczęłam studiować psychologię. Okazało się, że to moja wielka pasja, bardzo mi potrzebna nitka do kłębka i odkrycia większego planu na mnie. Zwykle mam tak, że czuję głos intuicji i idąc za tym głosem, wiem, że robię dobrze. Dlatego wiedziałam, że muszę wyrwać się do Warszawy, że tam są ludzie, którzy mi pomogą, bo przecież nie rozpłynęli się w powietrzu.
Chodziło o ciągłość?
Tak. Życie nie składa się z fragmentów, ono jest całością, tylko musimy wiedzieć, w którym miejscu jego części się zazębiają. Pamiętam, że gdy pojawiłam się w Warszawie i zdałam na studia, zaczęłam szukać dla siebie innych możliwości. Pukać od drzwi do drzwi. Czułam, że muszę być natrętna, bo mam misję wobec samej siebie. I chociaż nazywałam się Rusowicz, to nie było to takie proste i oczywiste, że to ja, córka Ady. Dopiero kiedy ludzie z jej otoczenia mnie skojarzyli, pojawiał się na ich twarzach uśmiech i stawali się bardzo otwarci: „Boże, w ogóle nie wiedzieliśmy, że jesteś! Ale wyrosłaś! Co się z tobą działo przez te lata? I jak tata?”. I łapali się za głowę, bo przecież nie wiedzieli, co tak naprawdę się zdarzyło.

Spotkanie w szpitalu. Moment, który zmienił wszystko
Właściwie powinnaś nazywać się Korda.
Tak, ale my z bratem zmieniliśmy nazwisko, kiedy ja byłam w liceum. Nie czuliśmy więzi z ojcem. Większość znajomych była mi bardzo życzliwa, ale zdarzali się i tacy, którzy wierzyli w wersję mojego ojca.
Jaka to była wersja?
Zacznę od początku. Pierwszą płytę nagrałam w 2011 roku, a rok później dostałam cztery Fryderyki. Gratulacje, burza w mediach. Jeden z dziennikarzy zadzwonił i mówi, że jest w szoku, bo pogratulował mojemu ojcu, a ojciec powiedział: „Ona wcale nie jest utalentowana. A te Fryderyki to mi się należą”. Przeczytałam to w internecie i rozpłakałam się. Zrozumiałam po raz kolejny, że dla ojca jestem obcą osobą. Zastanawiałam się, dlaczego nienawidzi własnego dziecka. A teraz wiem, że to wypływało z poczucia winy i z tego, że jestem bardzo podobna do mamy i mu ją bardzo przypominałam. Ożywiłam ją jakby. A w nim być może wywoływało to silne poczucie winy, z którym nie umiał sobie poradzić. Milczałam wiele lat, nie chciałam opowiadać, prostować tego, co o mnie mówił. A broniąc się, przedstawiał mnie w mediach jako rozkapryszoną, niewdzięczną nastolatkę, która ma bezpodstawne pretensje do ojca, bo on przecież wyjechał na całe lata do Norwegii i nie mógł się mną zajmować, co było oczywiście nieprawdą, bo mieszkał w Poznaniu.
Nie prostowałaś tego?
Nie. Było mi wstyd i nie chciałam opowiadać, jaka jest prawda. Zarzucano mi, że jestem złą córką. Kiedy ojciec zachorował, ktoś zadzwonił do mnie, mówiąc, że on bardzo potrzebuje pieniędzy. Ten ktoś zaproponował, żebym odkupiła od ojca pamiątki po mamie. Pamiętam, jak mnie to zabolało. Odpowiedziałam, że nie da się odkupić własności, a jeśli nie chce tego oddać dzieciom, to trudno. Pamiątki to przeszłość. Tyle lat żyliśmy bez nich, więc możemy żyć dalej. A później, gdy już było z ojcem bardzo źle – miał kilka udarów – nie byliśmy do niego dopuszczani. Kiedy jednak kuzynka poinformowała mnie, że tata jest na OIOM-ie, obudziłam się w nocy i powiedziałam sobie: „Dosyć! Ta historia się tak nie skończy!”. Pojechałam do niego, także dlatego, żeby mojemu synowi móc powiedzieć: „Byłam u dziadka, wybaczyłam mu, żebyś ty mógł żyć bez obciążeń”. Namówiłam mojego brata i pojechaliśmy do szpitala w Szamotułach. Ordynator nie chciała mnie wpuścić na oddział, ale nie miała wyboru, bo przecież jestem córką, najbliższą rodziną. Stanęliśmy nad jego łóżkiem i wtedy po raz pierwszy tak naprawdę go zobaczyłam. Skórę, włosy… Nie miał ani jednego siwego, a ja swoje też przestałam wtedy farbować. I też nie siwieję, mimo stresów. Wzięłam tatę za rękę, mówiąc: „Jesteśmy tutaj, twoje dzieci. I nikt nie może zmienić tego, że jesteś naszym ojcem. A gdyby chciał, to my i tak go przechytrzymy”. I włożyłam mu do ręki zdjęcie wnuka, mojego syna Tytusa. Taki był ostatni raz, kiedy widziałam ojca.
Odpowiedział?
Nie, był nieprzytomny, ale wiedziałam, że czuje to, co mówię. Miał na twarzy grymas radości, smutku i bólu. Czułam, że on wie i że jestem jego niezrealizowaną miłością. Zrozumiałam, że mamy ten sam potencjał i mogliśmy razem śpiewać, i cieszyć się tą relacją.
Sądzisz, że myślał o Was, o swoich dzieciach?
Musiał myśleć i zagłuszać poczucie winy. Myślę, że na ojca miały też wpływ osoby trzecie, pod których był dużym wpływem.

Dlaczego Anna Rusowicz zdecydowała się wybaczyć ojcu
Czy masz żal o to, że tak to się wszystko potoczyło?
Wierzę w karmę. Jako dzieci nie mogliśmy ponosić odpowiedzialności za decyzje dorosłych. To oni każdego dnia wybierali swoje życie bez nas i swoją wygodę. Kiedy ojciec chorował, a ja wystąpiłam w „Twoja twarz brzmi znajomo” i wygrałam odcinek, przekazałam pieniądze z wygranej ojcu, ale tak, żeby nikt nie wiedział, że to ode mnie. Poszły przez fundację muzyczną. Wiedziałam, że jest mu ciężko, chciałam pomóc. I jestem jego następnej żonie wdzięczna, że nie zostawiła go, że była z nim do końca. Być może naprawdę go kochała. Ale gdyby tak było rzeczywiście, to kochałaby też jego dzieci. Ostatnio koledzy powiedzieli: „Ty to chyba śpisz na pieniądzach”. Nic bardziej mylnego. Mój ojciec zostawił same długi.
Spłacasz je?
Nie, odrzuciłam spadek, także w imieniu mojego syna. Natomiast ubolewam, że mój syn nie będzie miał nic osobistego po swoim dziadku, i występuję z odezwą do mojej macochy, żeby przekazała Tytusowi kilka pamiątek po jego dziadku.
Często o nim myślisz?
Bardzo często. Śni mi się. Oboje rodzice mi się śnią. I mam taką senną wizję, że moja mama już tam, w zaświatach czekała na ojca z kolacją, ale przedtem oberwał wałkiem: „Co ty narobiłeś, głupolu? Jak mogłeś tak postąpić?”. Wiem, że mama nigdy by nie dopuściła do tego, żeby tak się potoczyła nasza przyszłość. Tak naprawdę przecież bardzo dużo zależy od tego, kto jest w naszym życiu, jakim sugestiom ulegamy, jakie są relacje z naszymi dziećmi, a nawet jak nasi partnerzy mogą to popsuć. Gdyby mama nie zginęła w tym wypadku, myślę, że prędzej czy później by się rozwiodła i by się nami opiekowała. A czy z kimś by się związała? Być może nie, bo dla niej najważniejsze były dzieci i ich szczęście. Mama była bardzo tradycyjna, chciała, żebyśmy mieli ojca. I może dlatego nie dokończyła tego związku, nie zdążyła go zamknąć i nas ochronić.
W życiu dzieje się tak, jak mówi nasze przeznaczenie?
Myślę, że nie mamy żadnego wpływu na to, jak potoczą się nasze losy. Z jednej strony mamy plan, a z drugiej, jeśli zabłądzimy, to pokręcimy się, nie dojeżdżając do celu.
Bo życie nie ma GPS-u.
Właśnie. I dlatego sądzę, że zostałam wybrana, żeby tę historię jakoś dokończyć, nadać jej nowe znaczenie. W tej chwili mam dwoje rodziców, którzy są razem w niebie i nareszcie jest tak, jak powinno być. I nikt inny nie może mieć na to wpływu. Nie wygrasz z miłością i śmiercią ani z rozdzieleniem. Możesz próbować rozdzielić dzieci z rodzicami, rozdzielić małżeństwo, ale ono ciągle trwa.
Jak to trwa?
Bo miłość nie zna granicy śmierci. Ona istnieje na zawsze. Nawet z zaświatów zrobisz wszystko, żeby pomóc własnemu dziecku i żeby wrócił porządek taki, jaki powinien być. I nic tego nie zmieni.
Twój brat czuje podobnie? Rozmawiacie o tym?
Brat może ma mniej takich przemyśleń, ale sądzę, że to ostatnie widzenie się z ojcem miało na niego duży wpływ. Zobaczyliśmy w naszym tacie małe dziecko, jego nieporadność. I przekonaliśmy się, że nie mógł dźwignąć naszego wychowania, bo ciągle był małym chłopcem, który też potrzebował matki. A przecież dziecko nie może zajmować się drugim dzieckiem.
Kochasz go mimo wszystko?
Bardzo. I kocham moją mamę. Widzę, że mój syn jest podobny do dziadka. I mój brat. I ja. Jestem mu wdzięczna za geny. I za to, że mam jego charyzmę, jego zaśpiewy, jego zdolność do uczenia się języków obcych, jego figurę. I że nie mam, jak on, siwych włosów mimo skończonej czterdziestki.
Gdy śpiewasz, to dla niego?
Sądzę, że tak. I dla mamy. Rodzice rok temu skończyliby osiemdziesiątkę i razem by świętowali. Ojciec był fantastycznym facetem i dlatego moja mama się z nim związała. Chociaż była zakochana w Niemenie, to przecież zerwała zaręczyny, związała się z Kordą. I to z nim chciała mieć dzieci. Był przystojny, zabawny i wszyscy go lubili. Był dobrym człowiekiem, mama to wiedziała. I wydawało jej się, że będzie dobrym ojcem.
Ale nie był.
Nie miał takich predyspozycji, nie miał wzorów. Dziadek – jego tata – był śpiewakiem operowym i też dziećmi się nie zajmował. A nie można potem dać własnym dzieciom tego, czego się samemu nie dostało. Mojego ojca, tak jak dziadka, dzieci przerażały, bał się je mieć. I nigdy nie poznał radości z ich posiadania.
Ale do Twojego siódmego roku życia przecież Cię wychowywał.
Wyjeżdżał na koncerty, a to mama była w domu. Mówię więc, że ojca właściwie nie znałam. Dziś wiem, że on chciał tylko śpiewać, być na scenie, realizować się. To był jego cel, a mama uwikłała go w rodzinę. I ja teraz to rozumiem, bo pierwszym stopniem do wybaczenia jest zrozumienie. Spojrzałam na niego jak matka na syna, jakbym patrzyła trochę na moje dziecko, które nie umie wejść w bliskie relacje, ale przecież je kocham i chcę mu pomóc.
Dostałaś bardzo gorzką lekcję, a jednak potrafisz się uśmiechać i bardzo kochać swojego syna.
Nie mam innego wyboru. Jestem taka, jak moja mama. Odpowiedzialna. I zawsze stanę po stronie słabszego.
I dlatego wybaczasz tym, którzy Cię skrzywdzili? Przeszłaś przez trudny rozwód, spotkała Cię podobna historia jak Twoją mamę.
Tak, ale przede wszystkim wybaczam sobie. Wybaczam sobie, że zgadzałam się na złe traktowanie, że nie umiałam siebie obronić, że nie byłam asertywna wobec ludzi, którzy mnie ranili. Umieć wybaczyć, to najpierw wybaczyć sobie. A kiedy wybaczamy, to zaczynamy siebie kochać i tego nauczył mnie mój ojciec. To on pokazał mi, że muszę kochać siebie, bo mimo
że od taty miłości nie dostałam, to jeszcze nie oznacza, że we mnie tej miłości nie było. Dzieci kochają swoich rodziców bezwarunkowo. Ja jestem Dziewczyną Słońca, jak w tej piosence, którą napisał mój ojciec do słów Osieckiej, i jestem dzieckiem urodzonym z wielkiej miłości. I ta miłość we mnie jest.
A co z nią zrobisz? Nie będziesz chyba do końca życia samotna?
Nie, bo właśnie mam siebie. Czekam na coś naprawdę wyjątkowego, wielkiego. Nie będę rozmieniać się na drobne. I myślę, że moi rodzice gdzieś tam, w niebie utwierdzają mnie w tej decyzji. Staram się być dobrą studentką życia.
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska.
