Reklama

Jej złamane serce okazało się najlepszym castingiem życia. Gdyby nie rozstanie ze studentem architektury, być może nigdy nie pojechałaby na egzaminy do szkoły filmowej, a jej historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Paulina Gałązka opowiada Wiktorowi Słojkowskiemu o decyzjach, które zmieniają los, o własnych kompleksach oraz czemu udział w „Tańcu z Gwiazdami” początkowo był dla niej niczym dance macabre.

Paulina Gałązka o karierze. Tak trafiła do szkoły filmowej. W VIVIE! mówi wprost o przełomowych wyborach

– Kiedy patrzy się z dystansu na Twoją drogę zawodową, można odnieść wrażenie pewnej płynności, wręcz elegancji losu. Szkoła filmowa, teatr, role w serialach i filmach, zarówno tych popularnych, jak i bardziej ambitnych. W tej opowieści nie widać dramatycznych przestojów ani momentów zawieszenia. Czy to rzeczywiście harmonijna droga, czy raczej narracja, którą łatwo dopisać z perspektywy czasu?
Mam wrażenie, że ta płynność istnieje głównie w opowieści, kiedy patrzy się na nią z zewnątrz. W środku to wygląda zupełnie inaczej. Ja właściwie od bardzo wczesnego momentu zakładałam raczej, że w życiu będzie trudno. Nigdy nie miałam poczucia, że coś jest mi dane z góry albo że należy mi się łatwy scenariusz.

– Ale poszłaś po swoje. Dumnie kroczyłaś po marzenia.
Kiedy zdawałam do szkoły aktorskiej, w ogóle nie zakładałam, że się dostanę. Wiedziałam dokładnie, jakie są proporcje: tysiące kandydatów i zaledwie kilkanaście miejsc. Pamiętam pierwszy etap egzaminów. Przyjechałam do Łodzi sama, z materiałem przygotowanym właściwie w pojedynkę, między zajęciami na Uniwersytecie Warszawskim. I nagle zobaczyłam ludzi, którzy przygotowywali się rok albo dwa lata z profesjonalnymi aktorami, chodzili na warsztaty, mieli pedagogów… [...]

– Trafiasz więc na stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. Czy była to dla Ciebie tylko „przystań bezpieczeństwa”, czy coś, co autentycznie Cię interesowało?
To wcale nie była tylko przystań. Ten kierunek był bardzo rozwijający. Było tam dużo historii, filozofii, polityki, ekonomii. To wszystko bardzo poszerza perspektywę i uczy patrzenia na świat w sposób bardziej złożony. Zawsze lubiłam wiedzę, lubiłam czytać, więc naprawdę dobrze się tam odnalazłam. Zresztą to był też taki czas intensywnego dorastania intelektualnego, ale też życiowego. Tyle że gdzieś z tyłu głowy wciąż istniała ta myśl o aktorstwie.

TYLKO W VIVIE!: Nie zakochał się w aktorce. W Ewie Gawryluk zobaczył coś znacznie ważniejszego. Dziś są małżeństwem

Paulina Gałązka, VIVA! 5/2026
Paulina Gałązka, VIVA! 5/2026 fot. JACEK DOMAŃSKI

– I w którym momencie ta cicha myśl zamienia się w konkretną decyzję?
Na drugim semestrze studiów. Wtedy uznałam, że jeśli mam spróbować zdawać do szkoły aktorskiej, to właśnie teraz. Ale zrobiłam to w sposób bardzo pragmatyczny. Na uniwersytecie działa to tak, że jeśli masz bardzo dobre wyniki z ćwiczeń i kolokwiów, możesz zostać zwolniona z egzaminu końcowego. Więc ja bardzo się zmobilizowałam, żeby mieć same piątki. Chodziło o to, żeby uwolnić sobie czas na egzaminy do szkoły aktorskiej. To był taki moment, kiedy zrozumiałam coś ważnego: że czasem odwaga nie polega na spektakularnym geście. Raczej na tym, żeby spokojnie przygotować sobie grunt i dopiero potem zrobić krok w stronę tego, co naprawdę nas woła.

– Twoja wychowawczyni radziła Ci bardzo rozsądnie: studia, stabilność, konkretny zawód. Co więc sprawiło, że jednak zdecydowałaś się nie posłuchać tej rady i wysłać papiery do szkoły aktorskiej?
Prawdę mówiąc, w dużej mierze był to moment osobistego kryzysu. Zostawił mnie wtedy chłopak, student architektury, i to było dla mnie bardzo bolesne doświadczenie. Nagle poczułam, że wszystko się trochę rozpada. I w takich momentach człowiek zaczyna zadawać sobie podstawowe pytania: Co właściwie jest moje, czego naprawdę chcę spróbować w życiu? To nie była żadna romantyczna decyzja w stylu „pokażę wszystkim i zostanę wielką gwiazdą”. Raczej coś znacznie skromniejszego i bardziej cichego. Pomyślałam, że może po prostu dam sobie szansę. Wyślę papiery do jednej szkoły, spróbuję i zobaczę, co się stanie.

– Zrobiłaś to trochę w tajemnicy.
Właściwie nikomu o tym nie powiedziałam. Wysłałam dokumenty tylko do Łodzi, właśnie dlatego, żeby sprawa była możliwie dyskretna. Wstydziłam się tego, że zdaję.

– Skąd ten wstyd?
Bo byłam przekonana, że się nie dostanę. Naprawdę byłam tego absolutnie pewna. A skoro tak, to wolałam, żeby nikt nie wiedział, że w ogóle próbowałam. To był taki mechanizm obronny, że jeśli nikt nie wie, to nikt nie będzie też świadkiem porażki.

TYLKO W VIVIE!: Błagał o pieniądze, udając psa. W tym momencie życia Norbi był na dnie: „Straciłem między 7 a 10 milionów

Paulina Gałązka, VIVA! 5/2026
Paulina Gałązka, VIVA! 5/2026 fot. JACEK DOMAŃSKI

– I nagle okazuje się, że się dostałaś.
To było absurdalne doświadczenie, bo ja nawet nie pojechałam na ogłoszenie wyników. Nie sprawdzałam ich, nie czekałam pod szkołą, nie śledziłam list. Z góry założyłam, że mnie tam nie będzie. Dowiedziałam się o wszystkim przez telefon. Zadzwoniła do mnie koleżanka z egzaminów Małgosia Goździk, która mieszkała w Łodzi i która też się dostała. Zresztą to była ta sama dziewczyna, od której pożyczyłam koszulkę na finałowy etap egzaminów.

– Pożyczyłaś ubrania na finał?
Tak, bo ja w ogóle nie wzięłam ze sobą rzeczy na trzeci etap. Byłam przekonana, że nie dojdę tak daleko, więc przyjechałam praktycznie tylko na pierwszy dzień. A tymczasem egzaminy trwały kilka dni. Kiedy dostałam się do finału, musiałam pożyczyć od niej ubrania, żeby w ogóle wystąpić. [...]

– Wyobraź sobie taką scenę: po latach spotykasz gdzieś przypadkiem tego architekta, który kiedyś Cię zostawił i w tamtym momencie złamał Ci serce. A jednak paradoksalnie to właśnie wtedy Twoje życie skręciło w zupełnie inną stronę. Co byś mu dziś powiedziała?
Najpierw bym się roześmiała. Bo z perspektywy czasu wiele rzeczy, które kiedyś wydawały się dramatem, nagle okazuje się czymś zupełnie innym, jakimś dziwnym zakrętem, który ostatecznie prowadzi w dobrą stronę. I chyba powiedziałabym mu coś bardzo prostego: „Maciek, wiesz co? Jak ja się cieszę, że my wtedy nie zostaliśmy razem”. Naprawdę tak bym powiedziała. Nie złośliwie, tylko z ogromnym spokojem. Bo czasem ktoś odchodzi z naszego życia i wtedy wydaje nam się, że świat się kończy. A dopiero później rozumiemy, że to była przestrzeń, która musiała się zwolnić, żeby mogło wydarzyć się coś zupełnie innego. I w moim przypadku tak właśnie było. Ten moment, który wtedy przeżywałam jak koniec, okazał się w gruncie rzeczy początkiem. Więc powiedziałabym mu raczej „dziękuję”, choć może nie wprost. Raczej właśnie w tym śmiechu, w tej lekkości. Bo dziś już wiem, że niektóre rozstania są po prostu początkiem nowej historii. A ja lubię nowości. Nie we wszystkich aspektach życia. Ale lubię…

Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 12 marca.

Reklama
Reklama
Reklama