„Myślałam, że będę już sama do końca życia. Na miłość nigdy nie jest za późno”. Przypominamy rozmowę z Iwoną Lewandowską i jej partnerem dla VIVY!
Po śmierci męża Iwona Lewandowska nie wierzyła, że jeszcze kiedyś się zakocha. Wszystko zmieniło spotkanie z Jackiem Zwoniarskim — rzeźbiarzem i właścicielem ośrodka wypoczynkowego pod Warszawą. Ich historia udowadnia, że na wielką miłość naprawdę nigdy nie jest za późno.

Po śmierci ukochanego męża była przekonana, że los zamknął już przed nią drzwi do wielkiej miłości. Samotność stała się codziennością, a wspomnienia o Krzysztofie — najważniejszym punktem odniesienia w jej życiu. Nic nie zapowiadało, że jeszcze kiedyś spojrzy na kogoś z takim uczuciem. A jednak życie, jak w najlepszym scenariuszu filmowym, napisało dla niej zupełnie nowy rozdział. Sześć lat temu na jej drodze pojawił się Jacek Zwoniarski — charyzmatyczny rzeźbiarz i właściciel klimatycznego ośrodka wypoczynkowego pod Warszawą. Jedno spotkanie wystarczyło, by między nimi zaiskrzyło. Dziś nie ukrywają, że była to miłość od pierwszego wejrzenia — dojrzała, spokojna, ale pełna emocji i nadziei na wspólną przyszłość.
– „Na miłość nigdy nie jest za późno” – mówili Iwona Lewandowska i Jacek Zwoniarski w szczerej rozmowie z Krystyną Pytlakowską dla VIVY! w 2023 roku. Z okazji urodzin mamy Roberta Lewandowskiego wracamy do tego niezwykłego wywiadu, który poruszył tysiące czytelników i pokazał, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach serce może znów zabić mocniej.
Iwona Lewandowska i Jacek Zwoniarski w rozmowie z VIVĄ! Archiwalna rozmowa z 2023 roku
– Od dawna się znacie?
Jacek: Właściwie od zawsze, bo jeden ze znajomych Iwonki jest moim kolegą.
– Iwona, mówiłaś, że poznały Was ze sobą koleżanki…
Iwona: Zaprosiły mnie do Zdrowiska na urodziny jednej z nich.
Jacek: Iwona wyfrunęła zza drzwi pięknie ubrana. Miała na sobie niebieską suknię, biało-niebieską narzutkę i kobaltowe buty w paseczki.
Iwona: Jak on to wszystko zapamiętał?!
Jacek: Bo do artysty rzeźbiarza kolory przemawiają.
Iwona: Rzeczywiście, Jacek lubi mnie w jaskrawych barwach.
Jacek: Iwona przypomina mi wtedy rajskiego, kolorowego ptaka.
Iwona: Okazało się, że w Zdrowisku, które jest wypoczynkowym ośrodkiem, Jacek też mieszka, tworzy i ma piękny ogród. Zajął się mną wtedy, podsunął krzesełko, nalał wody, zapytał, czy napiłabym się herbatki. A ja byłam oszołomiona tym jego Zdrowiskiem, bo miejsce samo w sobie jest charyzmatyczne i magiczne.
Jacek: Budowę tego domu zacząłem 15 lat temu. Wyposażenie do niego zbierałem po całej Polsce, na przykład drzwi i okna mają ponad 100 lat. Ten dom dostał duszę i ludziom trudno uwierzyć, że jest nowy.
Iwona: Jacek uciekł z Warszawy…
Jacek: Nie lubię Warszawy, chociaż się w niej wychowałem, przy alei Wojska Polskiego, później na Marymoncie. Miałem też mieszkanie przy Wałowej. Ale dyplom robiłem w Łomiankach, w letnim domu mojej mamy. Rzeźbiłem w drewnie Świętego Franciszka. Gdy zamieszkałem na wsi, stwierdziłem, że do miasta już nie wrócę. I zostałem sam w tym letnim domku w Łomiankach, a potem przez pięć lat prowadziłem własną odlewnię metali kolorowych i ten mały domek obudowałem wielkim domiszczem. A później zbudowałem Zdrowisko.
Czytaj też: Mama Roberta Lewandowskiego zareagowała na głośną aferę wokół syna. Wpis szybko zniknął z sieci
– I tak wszystkie drogi prowadziły do Iwony…
Iwona: Kiedy się poznaliśmy, Jacek witał gości z jakąś panią. Myślałam, że są razem. Ale okazało się, że to osoba współprowadząca z nim Zdrowisko. Podobno powtarzał: „Żadnych kobiet, koniec!”.
Jacek: Obiecywałem sobie, że po moich rozczarowaniach nie spojrzę już na żadną kobietę, a tu nagle przyfrunęła i machnęła ogonkiem, jak to „Rybcia”.
– Rybcia?
Iwona: Tak nazywano mnie na studiach. Na pierwszym obozie siatkarskim z moją drużyną od razu wskoczyłam do jeziora i zaczęłam pływać. A dziewczyny krzyczały: „O, jak rybcia w tej wodzie się czujesz!”. I taki pseudonim mi został.
Jacek: Więc przyfrunęła ta „Rybcia”, a ja doszedłem do wniosku, że krótkiego życia nie wolno marnować na samotność.
Iwona: Myślę, że koleżanki zaprosiły mnie do Zdrowiska, bo chciały, żebym psychicznie oderwała się od mojego zmarłego męża. Ja cały czas za nim tęskniłam… Przez tyle lat. Poznaliśmy się młodo, wspólnie wychowywaliśmy dzieci. Krzysztof trenował Roberta. Życie z nim wydawało mi się niezastąpione.
Jacek: Ola, która zajmuje się ezoteryką, poprosiła Iwonkę, żeby spisała na kartce wszystko złe i dobre, co jej się z Krzysztofem kojarzy. I żeby potem to spaliła, i odcięła się od przeszłości. Popiół miały wrzucić do stawu przy mojej pracowni.
Iwona: Na drugi dzień Jacek zrobił dla wszystkich śniadanie i kiedy poszliśmy nad ten staw, pomyślałam, że tam jest bardzo ładnie i dlatego prochy wspomnień rzeczywiście do niego wrzucę.
Jacek: I wtedy spotkaliśmy się po raz drugi…
Iwona: Ale Jacek był jakby przygaszony. Powiedziałam więc, że nie będę mu przeszkadzać. Jednak kiedy po trzech dniach zadzwonił i zapytał, czy może po południu przyjechać na kawę, zgodziłam się. Przyjechał na skuterze, a z bagażnika wyjął garnek z potrawą, którą przygotował, kwiatki i wino. I tak się zaczęła nasza bliższa znajomość, która trwa prawie trzy lata.
Jacek: Po roku pierwszy raz się Iwonce oświadczyłem. Po dwóch latach ponownie, już przy rodzinie.

– To kiedy ślub?
Jacek: Iwona chce, żeby Robert był świadkiem, a moja córka świadkową. Trzeba więc dopasować terminy. Bardzo czekam na ten dzień.
– Jacku, wiedziałeś, że Iwona jest mamą tego Roberta Lewandowskiego?
Iwona: Na początku nie wiedział.
Jacek: Dopiero jej koleżanka Beata powiedziała mi o tym. A ja w życiu nie obejrzałem żadnego meczu piłkarskiego, nie wiedziałem nawet, gdzie Robert gra. Dopiero po spotkaniu Iwony sprawdziłem w internecie.
Iwona: A teraz ogląda ze mną każdy mecz, jeździmy na stadion w Barcelonie.
Jacek: I pod czujnym okiem Iwonki uczę się przepisów piłkarskich.
– Czy Iwona zaraziła się od Ciebie sztuką, tak jak Ty od niej piłką nożną?
Jacek: Chodzimy razem na wystawy, podziwiamy zabytki. Byliśmy w Düsseldorfie na wystawie rzeźb Cragga. Tam mieszkają nasi przyjaciele, którzy zrobili nam niespodziankę i nas zaprosili. A ja patrzę na Iwonę i cieszę się, widząc ją taką żywiołową i radosną. To mnie też do niej przyciągnęło. Ten jej uśmiech…
– Wiem, że nie zawsze taka byłaś, zwłaszcza po śmierci męża.
Iwona: Tak, przez trzy lata miałam depresję, płakałam, śmiałam się i nie wiedziałam, że to objaw tej choroby. W tamtych czasach nie mówiło się o tym tak głośno jak teraz. Depresja często dopada ludzi, zwłaszcza gdy ktoś umiera nagle, tak jak właśnie mój mąż. A my się prawie nie rozstawaliśmy. Razem mieszkaliśmy, pracowaliśmy. Jedno bez drugiego nie mogło zasnąć.
– To chyba jest najbardziej bolesne, ta pustka po odejściu bliskiej osoby.
Iwona: Wiem, że są małżeństwa, które śpią osobno, ale naprawdę warto mieć ukochanego, do którego można się w nocy przytulić.
Jacek: Dawniej nawet nie wyobrażałem sobie, że można zasnąć na czyimś ramieniu.
Czytaj też: Nie planowała już miłości. On pojawił się znikąd i rozkochał ją jednym gestem

– Iwonko, miałaś różnych adoratorów.
Iwona: Ale z nikim nie mieszkałam. I myślałam, że będę już sama do końca życia.
Jacek: A ja sam się wprosiłem w twoje życie. I nawet gdybyś mnie nie chciała, wracałbym na tym skuterku do ciebie wiele razy.
Iwona: Jestem dumna, że mam tak mądrego i wspaniałego partnera. I nawet nie złości mnie, gdy nas śledzą paparazzi.
Jacek: Po artykule w „Przeglądzie Sportowym”, w którym napisano, że Iwona Lewandowska spotkała rzeźbiarza, natychmiast wylała się na mnie fala hejtu, że to wszystko robię dla reklamy Zdrowiska i że na plecach Roberta chcę się wylansować jako artysta. Na szczęście skończyło się to na jednodniowej bańce mydlanej, bo zignorowaliśmy to.
– Iwona, a co na Waszą miłość mówią Twoje dzieci?
Iwona: Na początku oboje, Milena i Robert, stali na baczność, pragnąc, żeby mama „nie wariowała” i oby „niczego nie kombinowała”. Robert chciał, żebym z kimś była, ale Milenka chyba trochę mniej, bo ja zajmuję się jej dziećmi. Na szczęście mają jeszcze drugą babcię.
Jacek: Iwona bardzo kocha wnuki, chociaż za Klarą nie nadąża.
Iwona: Klara jest bardzo chłonna. Mam u niej autorytet. Widzi, że babcia pływa, skacze na głowę, a na plaży pokazuje, jak kopać piłkę. Uczę ją też, jak upadać, bo najgorzej to źle się przewrócić. Gdy widzi, że ktoś czegoś nie potrafi, to trochę się od niego odsuwa. Niedawno wzięliśmy Klarę i Laurę na dwa rowery z bryczką.
Jacek: Właściwie rikszą. Dzieci siedziały i miały frajdę. To Robert powiedział, żebyśmy nie jechali samochodem, tylko rowerem. Wnuczki nazywają mnie „Jacek Placek”.
Czytaj też: Tak Iwona Lewandowska przeżyła stratę męża: „Przez trzy lata miałam depresję”. Dziś jest zakochana
– To Ty zaaranżowałaś pierwsze spotkanie z Robertem?
Iwona: To stało się w Sopocie, chyba po miesiącu naszej znajomości, gdy Jacek wręczał rzeźbę Robertowi, który właśnie obronił pracę magisterską. Powiedziałam synowi, że mój Jacek ma dla niego prezent i chciałabym, żeby chociaż przez moment się zobaczyli.
Jacek: Ale nie mogliśmy stać na zewnątrz, bo od razu dopadliby nas paparazzi. Pierwszy raz więc dłużej rozmawialiśmy przed meczem, na który pojechaliśmy specjalnie do Gdańska.
Iwona: To była taka męska rozmowa, ja w ogóle się nie wtrącałam, nie wchodziłam im w słowo. Byłam bardzo z nich dumna, bo wymieniali się poglądami. Jacek zapytał Roberta, jak to jest, że on całe życie się uczy i ciągle ciekawi go coś nowego. Nie opowiada o swojej karierze, tylko słucha, co mówi rozmówca. Tak jak Jacek.
Jacek: Teraz ta rzeźba dla Roberta stoi u Ani na stoliczku, w oranżerii, gdzie ona zwykle prowadzi ćwiczenia.
– Polubili się od razu?
Iwona: Tak, Jacek został zaproszony na Wigilię do Marysi, mamy Ani. Po prostu przyjęli go do rodziny. Robert jeszcze nie był w Zdrowisku, ale wie, jak wygląda ten staw, który Jacek sam wykopał. Nie mógł uwierzyć, że tak pięknie to zrobił.
Jacek: W tej chwili robię jeszcze warzywnik, bo wcześniej za dużo miałem na głowie. Mieszkam tam i codziennie pracuję.
Iwona: A gdy mamy coś do załatwienia, przyjeżdżamy do Warszawy albo jedziemy do Leszna.
Jacek: Iwonka pracowała w szkole i opiekowała się dziećmi Mileny, dlatego krążyła między Lesznem a Warszawą.
Iwona: Wolałabym być w jednym miejscu, mieć jedną garderobę, a nie w samochodzie z walizkami. Tu, w Śródmieściu, mamy sypialnię, łazienkę i wejście do ogrodu na dachu.
Jacek: Wyrzeźbiłem Matkę Ziemię w sztucznym kamieniu i do tej rzeźby pozowała mi Iwonka.

– Co Cię zafascynowało w Iwonie?
Jacek: Przede wszystkim jej uśmiech. A poza tym ciepło i charakter. Trochę jest nerwowa, trochę się zakręca, ale jej ekspresyjność jest wspaniała.
– A co Tobie podoba się w Jacku?
Iwona: Przede wszystkim mądrość. Niesamowita wiedza. I umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji. Czasami kobiety się denerwują, jak zachowa się ich partner, ale mnie to nie dotyczy. Jestem totalnie na luzie, bo wiem, że wybrnie z każdej sytuacji, nic go nie zaskoczy.
Jacek: Ciężko pracowałem nad swoim charakterem i to przyniosło wielkie zmiany w moim życiu. Poczułem, czego naprawdę chcę, a czego nie. Trzeba umieć wybrać: w prawo lub w lewo. Każdą rzecz, każdą decyzję trzeba w sobie wykreować.
– A nie bardziej naturalne byłoby związać się z artystką niż z siatkarką?
Jacek: Gdy spotka się dwoje artystów, nie zawsze na siebie dobrze działają. Może panować między nimi lekka rywalizacja, a nawet chwilowe lekceważenie. A ja tego nie chciałem.
– Przy Iwonie poczułeś się wolny?
Jacek: Tak.
Iwona: Żadne z nas nikogo nie ogranicza. Jacek bardzo mnie wspiera. Kiedy atakowano Roberta, mówił: „Nie czytaj komentarzy, nie przejmuj się, po co zasilać trolli swoją energią”. Poza tym rozumiemy się. Ja też swoje przeżyłam. Niedawno odsunięto mnie od siatkówki. Dowiedziałam się, że siatkówki nie będzie, bo brakuje pieniędzy. Przeżywam to cały czas, choć niedawno przeszłam na emeryturę i zastanawiam się, co dalej robić.
Jacek: Kiedy się pojawiłem, Iwonka nie była w najlepszej formie psychicznej.
Iwona: U Jacka znajduję jednak cierpliwość, zrozumienie i szacunek. To mi pomaga.
Jacek: Nasze energie się dopełniają.

– A gdy rzeźbisz, Iwona stoi nad Tobą i Ci podpowiada, co masz robić?
Jacek: Nie, pracuję w całkowitej samotności.
Iwona: Wiem, że wtedy lepiej się nie odzywać, bo Jacek jest już w swoim świecie.
Jacek: Rzeźbienie to coś takiego jak medytacja. Wyłączam się ze świata zewnętrznego, zapominam o czasie. Tylko tak można tworzyć. Ja jestem jednozadaniowy. A Iwonka biega wokół jak fryga.
Iwona: I dlatego się uzupełniamy.
– W rodzinie też chyba wszyscy jesteście zgrani.
Iwona: Tak, tylko mnie trochę martwi, że Ania ciągle nie ma czasu. Ostatnio jej powiedziałam, żebyśmy sobie gdzieś wypiły kawę. Roześmiała się i przyznała mi rację, że musi trochę przystopować. Ale przecież ja też pracowałam na trzech etatach, prowadziłam dom, gotowałam…
– Teraz również gotujesz?
Iwona: Mniej. Wcześniej gotowałam zupki dla dziewczynek, a dla Jacka już nie, bo powiedział: „Koniec z zupami”.
Jacek: Zacząłem mieć problemy z tuszą. W Zdrowisku gotowałem dla gości i dopiero kiedy oni skończyli kolację, zaczynałem jeść. Zjadałem za dużo i utyłem.
Iwona: Ale potem zeszczuplałeś.
Jacek: Bo ustaliłem sobie taki system, że jadłem tylko dwa razy dziennie. Ale Iwonka nie rozumie mojego permanentnego postu. Mówi: „Nie spróbujesz? Zrobiłam ci kolacyjkę, chociaż popróbuj”. A wiadomo, że jak spróbuję, to zjem, bo Iwona pysznie gotuje. I przesadza, bo tych dań jest zawsze za dużo.
Iwona: Tak mnie uczyła mama, a cudownie gotowała.
Jacek: Poza tym jesteś z Grudziądza, a tam po prusku wszystko ma być posprzątane, ugotowane, zrobione. Próbuję z tym u niej walczyć, proszę, żeby trochę wyluzowała.
Iwona: Nie lubię, gdy naczynia leżą w zlewie. Gdy je widzę, zawsze zmywam albo wkładam do zmywarki. Chociaż Jacek mnie hamuje z tą nadgorliwością.
Jacek: Bo Iwonka jest moim starterem, a ja jej hamulcem. I tak jest dobrze.
Zobacz też: Tak Robert Lewandowski zareagował na nowego partnera mamy: „Na początku dzieci patrzyły na nas z przymrużeniem oka”
Życzymy wszystkiego, co najpiękniejsze!
