Michał Rusinek nie zaprosił chorej mamy na najważniejszy dzień swojego życia. Do dziś to sobie wyrzuca
Sukcesów nie celebrował, fanfar nie potrzebował, a słowa „jestem z ciebie dumny” w jego domu padały rzadko. Michał Rusinek przez lata konsekwentnie unikał patosu i wielkich gestów. Jedna decyzja z przeszłości sprawiła jednak, że do dziś wraca do niej z bólem.

„Nie potrzebuję fanfar” – mówi Michał Rusinek w rozmowie z Beata Biały w książce „Męskie gadanie 2” (wyd. Rebis). I rzeczywiście – w jego opowieści nie ma miejsca na triumfalne gesty, podniosłe toasty i ostentacyjne świętowanie sukcesów. Jest za to cisza. Spojrzenia. I jedno wspomnienie, które do dziś uwiera.
Michał Rusinek o domu rodzinnym
W jego rodzinnym domu słowa „jestem z ciebie dumny” nie były codziennością. Padły może raz, może dwa. Nie przywiązywano wagi do publicznego chwalenia, nie budowano wokół osiągnięć atmosfery wyjątkowości. Radość – owszem – była obecna, ale wyrażana dyskretnie. Czasem spojrzeniem, czasem półuśmiechem.
W tych spojrzeniach, jak wspomina Rusinek, bywał jednak także niepokój. Bo sukces nie zawsze oznacza wyłącznie powód do dumy. Może oddalać, zmieniać proporcje, budzić obawy. Może być – paradoksalnie – czymś niebezpiecznym.
Ta powściągliwość szybko stała się jego własną. Nauczył się nie robić „wielkiego halo” z kolejnych etapów kariery. Traktować je jako naturalną konsekwencję pracy, a nie momenty wymagające celebracji.
Zobacz też: Michał Rusinek opowiedział o relacjach Wisławy Szymborskiej z siostrą. Tego nie wiedział nikt
Egzamin bez świętowania
Po egzaminie magisterskim spotkał na ulicy swojego ojca. Towarzyszył mu profesor – prywatnie przyjaciel rodziny, zawodowo wymagający egzaminator, który – jak sam Rusinek podkreśla – wcale nie potraktował go ulgowo. „Przeczołgał” go na egzaminie, ale w sposób sprawiedliwy i uczciwy.
Profesor zaproponował, by uczcić obronę wspólną kawą. Niby drobiazg, symboliczny gest. Ojciec jednak się wycofał, speszył, nie chciał w tym uczestniczyć. Sam Rusinek także nie czuł potrzeby celebrowania. Wolał, by wszystko pozostało zwyczajne, nieprzerysowane.
To był schemat, który powtarzał się później.
Doktorat na raty
Po obronie doktoratu obowiązuje akademicki zwyczaj – uroczysty obiad dla promotora, recenzentów i rodziny. Rusinek zaprosił tylko promotora i recenzentów. Powód był prozaiczny: brak pieniędzy. Przyjęcie i tak było dla niego sporym obciążeniem finansowym. Pomógł przyjaciel, który prowadził restaurację i zgodził się, by rachunek spłacać w ratach przez kilka miesięcy.
W tej historii nie ma wstydu ani dramatyzmu. Jest raczej konsekwencja życiowej postawy: skupienie na istocie wydarzenia, nie na jego oprawie. Tytuł naukowy był efektem pracy, nie powodem do widowiska.
Ale ta sama konsekwencja doprowadziła do decyzji, której skutki okazały się znacznie poważniejsze.
Czytaj również: Michał Rusinek: „To przez Szymborską przestały mnie śmieszyć dowcipy”

Habilitacja i puste miejsce
Uroczystość po habilitacji potraktował jako rytuał. Akademicką konieczność. Coś, co trzeba przejść, odhaczyć, zamknąć. Wszyscy byli w togach, ale – jak wspomina – wcale nie było patetycznie. Profesorka wygłosiła zabawną, ironiczną laudację. Atmosfera była lekka, momentami wręcz żartobliwa.
Nie zaprosił mamy. Była już wtedy chora. Dziś przyznaje, że nie pomyślał o tym, jak wiele mogłoby dla niej znaczyć uczestnictwo w tej chwili. Dla niego był to formalny etap kariery. Dla niej – być może – wyjątkowy moment, w którym mogłaby poczuć dumę. Tę wypowiedzianą głośno albo tylko obecną w spojrzeniu.
„Ja chciałem po prostu mieć to z głowy” – mówi. I właśnie to zdanie brzmi najmocniej. Bo pokazuje, jak łatwo zlekceważyć czyjąś potrzebę przeżywania czyjegoś sukcesu.
Do dziś ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że habilitacja była niewystarczająco uroczysta. Ale dlatego, że odebrał mamie możliwość uczestniczenia w czymś, co mogło być dla niej ważne.
Nie potrzeba mu braw
Rusinek podkreśla, że nigdy nie miał potrzeby „stanąć na krześle i zakrzyknąć: patrzcie na mnie!”. Nie jest typem atencjusza. Gdy podczas koncertów wykonywane są utwory do jego tekstów i ktoś zaprasza go na scenę – czuje się nieswojo. Na przyjęciach woli słuchać niż przemawiać.
A jednak chce być słyszany. Jeśli „zaistnieć” oznacza powiedzieć coś ważnego i dotrzeć do odbiorcy – wtedy odpowiedź brzmi: tak. Nie chodzi o fanfary ani rekordowe nakłady. O wartości książki nie decyduje liczba sprzedanych egzemplarzy, lecz to, czy poruszy choć jedną osobę. Czy skłoni do refleksji, rozmowy, sprzeciwu. To przynosi mu radość i satysfakcję.
Nie duma. Radość. Może właśnie dlatego historia o nieobecnej mamie jest tak przejmująca. Bo pokazuje, że człowiek, który sam nie potrzebuje fanfar, może po latach żałować, że komuś innemu nie pozwolił ich usłyszeć.
Czytaj także: Ich przyjaźń trwała ponad cztery dekady. Wisławę Szymborską i Ewę Lipską połączyły loteryjki i pierogi ruskie
