Reklama

Martyna Wojciechowska w rozmowie opublikowanej na łamach magazynu „Zwierciadło” poruszyła temat, który według statystyk w 2030 roku stanie się prawdziwą epidemią. Mowa tutaj o samotności. Podróżniczka i liderka projektów społecznych rozróżnia jednak „dobrą samotność” od bolesnego osamotnienia i ujawnia, jak buduje własny system wsparcia, gdy świat zaczyna się chwiać.

Martyna Wojciechowska: „Dobra samotność” i osamotnienie to nie to samo

Martyna Wojciechowska wyraźnie oddziela dwa doświadczenia. Z jednej strony mówi o byciu samemu z wyboru, które może być „bardzo pomocne i dawać wytchnienie”. Podkreśla, że zdolność do znoszenia odosobnienia to „podstawa zdrowej autonomii”. Z drugiej strony wskazuje na „złą samotność”, czyli osamotnienie wynikające z czynników społecznych lub sytuacji życiowych. To nie jest tylko bycie samemu, ale brak więzi z innymi. Jak zaznacza, z takim stanem mamy do czynienia wtedy, gdy ktoś z różnych przyczyn zostaje bez partnera, bliskich czy przyjaciół. „Ludzie dzisiaj przecież o wiele częściej migrują, czyli zostają wrzuceni w zupełnie nowe środowisko, w którym nie mają żadnych więzi i bywa im trudno je stworzyć. Są też osoby, które mają za sobą ciężkie doświadczenia. Wycofanie się z życia społecznego, unikanie kontaktów może się wiązać z ogromnym lękiem przed byciem w relacji, ale również przed ocenami innych ludzi", mówi w szczerej rozmowie.

W wywiadzie pada również mocne odniesienie do przyszłości, według statystyk w 2030 roku będziemy się zmagać z prawdziwą epidemią samotności. Martyna Wojciechowska mówi wprost: „Często o wiele bardziej boimy się właśnie oceny, popełnienia błędu czy doświadczenia porażki albo tego, że okażemy się nie tak fajni i perfekcyjni, jakimi chcielibyśmy, by świat nas widział – niż tych rzeczywistych zagrożeń. A w rezultacie w ogóle rezygnujemy z podejmowania prób. Ten lęk to zagrożenie istniejące w naszej głowie, a nie w realnym świecie, bo przecież scenariusz, który sobie wymyślamy, może się w ogóle nie zrealizować. Jednocześnie pragniemy akceptacji, ale nie pozwalamy się nikomu zbliżyć, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Sprawiamy, że ludzie się od nas odsuwają, bo po kilku próbach przebicia się przez nasz pancerz rezygnują. Wyobrażam sobie, że na ten rodzaj osamotnienia odpowiedzią mogłaby być życzliwa obecność drugiego człowieka, empatia, być może skruszenie tego muru. Nie mam wątpliwości, że takie osamotnienie to ogromne cierpienie zarówno dla tych, którzy odtrącają innych, jak i dla bliskich, którzy nie potrafią sobie poradzić z wyborami osób dla nich ważnych. Dlatego wierzę, że warto, żebyśmy tak szybko nie oceniali innych, nie etykietowali".

CZYTAJ TEŻ: Pojawił się na wybiegu Burberry i skradł show. Syn Beckhamów to wykapany tata

Martyna Wojciechowska, VIVA! 21/2020
Martyna Wojciechowska, VIVA! 21/2020 Marlena Bielinska/MOVE

Tak Martyna Wojciechowska radzi sobie z samotnością

Martyna Wojciechowska przyznaje, że stworzyła własną „rodzinę z wyboru”. W telefonie przechowuje listę osób, które są dla niej systemem bezpieczeństwa. Kiedy przeżywa silne emocje i ma wszystkiego dosyć, patrzy na ten krąg zaufanych ludzi i przypomina sobie, że nie jest sama. „Ale mam też listę różnych ważnych dla mnie osób, z którymi nie mam na co dzień kontaktu. Czasem szukamy ludzi idealnych, takich, którzy zaspokoją wszystkie nasze potrzeby. A ja myślę, że takie osoby nie istnieją, a w każdym razie ja nie spotkałam na swojej drodze kogoś takiego. Bywa, że ktoś towarzyszył mi na jakimś etapie mojego życia i był dla mnie wsparciem, albo ja dla tego kogoś, ale potem nasze drogi się rozeszły – i tak też bywa", dodaje.

Wspomina także moment po ważnej operacji. Obudziła się i nie wiedziała, jak się uspokoić. Wtedy poczuła, że ratunkiem będzie rozmowa z Mają Kazazic, czyli jedną z bohaterek programu „Kobieta na krańcu świata”, która mieszka na Florydzie. Siedząc na szpitalnym łóżku, płakała do słuchawki kobiecie po drugiej stronie globu. Jak przyznaje – to pomogło. „Mam w swoim kręgu też ludzi z różnych stron świata, z innych kultur, o innym wyznaniu, innym kolorze skóry. Pamiętam moment, kiedy obudziłam się po ważnej operacji i nie wiedziałam, jak się uspokoić. I poczułam, że moim ratunkiem w tej sytuacji będzie Maja Kazazic, jedna z bohaterek programu „Kobieta na krańcu świata”, która mieszka na Florydzie. Potrzebowałam porozmawiać właśnie z nią, bo wiedziałam, że ona zrozumie, jak to jest nie mieć pełnej sprawności i nie wiedzieć, czy i kiedy się ją odzyska. Siedziałam na szpitalnym łóżku i płakałam do słuchawki kobiecie po drugiej stronie globu. Pomogło. Dodam też, że ważne jest mówienie innym, że my dla nich też jesteśmy takimi osobami, ich wsparciem. Nie zakładajmy, że ktoś na pewno to wie. Można im to powiedzieć w cztery oczy, napisać w SMS-ie, nawet wyszyć na makatce. Chcę, żeby ludzie w moim otoczeniu wiedzieli, że mogą na mnie liczyć", mówi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Dorota Szelągowska nie zamierza się wypierać. O mamie i sukcesie mówi bez lukru

Martyna Wojciechowska, Viva! 16/2023
Mateusz Stankiewicz/SameSame

Martyna Wojciechowska o ciemnych stronach bycia liderką

Martyna Wojciechowska otwarcie mówi o ciężarze bycia liderką. Od lat inicjuje projekty i nimi zarządza, co, jak przyznaje, w pewnym sensie skazuje na samotność. „Bycie liderem bywa obciążające. Ludzie liczą, że zawsze będziesz ich wsparciem, ufają, że po prostu musisz wiedzieć, co robić. A przecież bywa, że nie wiesz. Wiele razy coś mi nie wyszło albo mówiąc bardziej wprost – coś totalnie spieprzyłam. I musiałam to sama dźwignąć, bo nie bez powodu mówi się, że „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Wiele razy płakałam ze złości albo z bezsilności, miałam ochotę zaszyć się w swojej norze i poczekać, aż wszystko minie", zwierza się Martyna Wojciechowska.

Kiedy przeżywa trudny czas i słyszy: „Dasz radę, zawsze dajesz! Bo jak nie ty, to kto?!”, ma czasem ochotę wypisać się z roli liderki. Jednak przypomina sobie, za jak wiele osób jest odpowiedzialna, i znajduje w sobie dodatkowe pokłady siły. Dlatego, gdy potrzebuje regeneracji, ładuje baterie w odosobnieniu. „Zresztą chyba nie bez powodu uprawiam sporty, które wiążą się z jakimś rodzajem bycia solo, z samodecydowaniem o sobie. Zawsze pociągały mnie też aktywności, które były rodzajem ostatecznego sprawdzianu i wiązały się z koniecznością popchnięcia siebie do limitu. Ale to jest – tak jak mówiłyśmy – samotność z wyboru. Jest mi ona potrzebna do regeneracji po byciu cały czas z ludźmi i dla ludzi. Ważny jest też dla mnie kontakt z surową naturą. Ja wtedy każdą cząstką mojego ciała czuję, że żyję. Także wtedy, kiedy wieje, pada deszcz, śnieg, kiedy panuje mróz. Zwłaszcza wtedy. Lubię odczuwać dyskomfort, bo on mnie otrzeźwia, osadza. Umiem czuć się dobrze z tym, że jest mi zimno, że padam ze zmęczenia, że bolą mnie mięśnie. I umiem bardzo długo znosić niewygody. Traktuję to też jako rodzaj treningu mentalnego", zaznacza.

Rodzina z wyboru, Fundacja UNAWEZA i projekt MŁODE GŁOWY

Choć Martyna Wojciechowska ceni samotność z wyboru, podkreśla, że nie zmienia się świata w pojedynkę. Wskazuje na ludzi, z którymi pracuje, zespół programu „Kobieta na krańcu świata”, team w Fundacji UNAWEZA i w projekcie MŁODE GŁOWY oraz ekipy pracujące przy projektach wydawniczych, filmowych i reklamowych.

Szczególną rolę odgrywają dwie osoby: jej menadżerka Marta Grajeta-Świdzińska, która jest także wiceprezeską fundacji i towarzyszy jej z przerwami od blisko 25 lat, oraz Ania Habdas, odpowiedzialna za komunikację. Wojciechowska mówi też o wsparciu, które otrzymała od rodziców. Choć nie do końca rozumieli, czym się zajmuje, dawali jej przestrzeń do próbowania i popełniania błędów. To – jak podkreśla – zasób na całe życie.

Źródło: Zwierciadło.

CZYTAJ TEŻ: Zadrwił z wieku Edyty Górniak na wizji. Jego słowa wywołały poruszenie

Martyna Wojciechowska, Viva! 16/2023
Fot. Mateusz Stankiewicz/SameSame

Authors

Reklama
Reklama
Reklama