Martyna Wojciechowska odsłoniła mniej znaną stronę wspinaczki na Mount Everest. W swojej najnowszej książce pisze wprost: „Chyba nie potrafię wytrzymać sama ze sobą”
„Everest jest ciężką próbą charakteru”, przyznaje Martyna Wojciechowska w książce „Przesunąć horyzont. 20 lat później”. W swoich zapiskach z bazy pod najwyższą górą świata nie opisuje spektakularnej przygody, lecz długie dni czekania, zmęczenie i własną bezsilność wobec natury.

Dziennik z wyprawy pokazuje zupełnie inną twarz himalaizmu. Martyna Wojciechowska otwarcie mówi o tym, że największym wyzwaniem okazała się dla niej cierpliwość. „Zawsze chodziłam pod górkę, ale na skróty”, pisze. Tymczasem Everest wymusił zatrzymanie. Przez 11 dni ekipa czekała w bazie na odpowiednie okno pogodowe. „Nie mogę pojąć, że nie jestem w stanie ukształtować ani terenu, ani pogody, ani mojej aklimatyzacji”, notuje. To właśnie brak kontroli stał się dla niej największym odkryciem tej wyprawy.
„Everest to życie zatrzymane w kadrze”. Martyna Wojciechowska o czekaniu w bazie
W kolejnych dniach Martyna Wojciechowska opisuje monotonię życia w bazie. Leżenie w namiocie, czytanie, pranie, topienie śniegu i gotowanie wody zaczynają ją przytłaczać. Przyznaje, że źle znosi bezczynność. „Nigdy w całym swoim życiu nie miałam tyle wolnego czasu”, pisze. Chwilę później dodaje jeszcze mocniej: „Chyba po prostu nie potrafię wytrzymać sama ze sobą”. Autorka nie ukrywa też tęsknoty za Polską i codziennością. Marzy o domowym obiedzie swojej mamy, kąpieli i siedzeniu na tarasie w słońcu. „Podobno w Polsce już wiosna”, notuje melancholijnie.
W książce Wojciechowska wielokrotnie wraca do emocji związanych z Everestem. Pisze o frustracji, napięciu i coraz większym zmęczeniu psychicznym. „Siedzę i wpatruję się w tę cholerną górę”, relacjonuje. Dodaje jednak, że z bazy pod Everestem samego szczytu właściwie nie widać. Widoczny jest jedynie Icefall, lodospad, który opisuje jako „połamany” i „wylewający się rubasznie”. Mimo narastającego zniecierpliwienia podkreśla swoją determinację. „Będę siedzieć i wpatrywać się w Icefall, i słuchać spadających lawin tak długo, jak trzeba”, deklaruje.


„Po stokroć zadaję sobie pytanie: Co ja tutaj robię?”. Martyna Wojciechowska ujawnia kulisy wyprawy na Mount Everest
W zapiskach pojawiają się również refleksje dotyczące samej góry. Martyna Wojciechowska przyznaje, że Everest nie wydaje jej się piękny.„Everest jest przerażający”, stwierdza wprost. Opisuje go jako ogromny i masywny himalajski gigant, wobec którego człowiek pozostaje bezradny. „Każdego dnia coraz bardziej uświadamiam sobie, jak mała jestem i nieporadna w jego obliczu”, pisze.
Podczas oczekiwania na atak szczytowy pojawiają się także wątpliwości. Martyna Wojciechowska zastanawia się, dlaczego ciągle stawia sobie nowe wyzwania i co właściwie chce udowodnić. „Po stokroć zadaję sobie pytanie: «Co ja tutaj robię?»”, przyznaje. Autorka pisze też, że Everest stał się dla niej „najwyżej ustawioną poprzeczką życia”. Jednocześnie zaczyna zadawać sobie pytania o sens dalszego przekraczania granic.
9 maja 2006 roku ekipa przygotowuje się do wyjścia w kierunku szczytu. Po tygodniach oczekiwania nadchodzi moment rozpoczęcia ataku szczytowego. W wiadomości do rodziców Martyna Wojciechowska pisze: „Przede mną pięć dni największego wysiłku, na jaki mnie tylko stać”. Na końcu dodaje jedno z najmocniejszych zdań całego fragmentu: „Dam z siebie wszystko. Ale nie poświęcę wszystkiego”.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Anna Starmach nie szukała romansu. Jedno spotkanie z Piotrem Kuskiem zmieniło wszystko


Oto fragment książki Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont. 20 lat później”.
CIEŃ WIELKIEJ GÓRY. Rozdział dwudziesty.
Wtorek. 37. dzień wyprawy
Everest jest ciężką próbą charakteru, bo dotknął najczulszej struny mojej osobowości – cierpliwości. Zawsze chodziłam pod górkę, ale na skróty. Wybierałam drogę znacznie trudniejszą, ale szybszą. Everest to coś, od czego się z tym swoim pośpiechem po prostu odbiłam. Everest to życie zatrzymane w kadrze, wymaga gigantycznej cierpliwości. Topienie śniegu, gotowanie wody, jedzenie, wszystkie rzeczy, które robi się wokół siebie, permanentne zmęczenie, zimno, a przede wszystkim czekanie na okno pogodowe przez 11 dni. Konieczność podporządkowania się kaprysom góry jest dla mnie wciąż nie do zaakceptowania. Nauczona kształtowania rzeczywistości, nie mogę pojąć, że nie jestem w stanie ukształtować ani terenu, ani pogody, ani mojej aklimatyzacji. Nie mam na to wpływu, bo wszystko dzieje się samo i wtedy, kiedy chce. To dla mnie największy sprawdzian i odkrycie. Dlatego wiem, że będę tu wracać.
Środa
Wegetacja w Bazie. Leżę, śpię, czytam, piszę. Brak mi ludzi z kraju, wyciągnęłam dziś telefon satelitarny i wysłałam chyba 100 wiadomości do przyjaciół. Porządki, pranie, grzeję wodę w menażce i myję się. Jaka to ulga nareszcie zmyć z siebie ten brud.
Czwartek
Powoli czuć zmęczenie materiału, zaczynają się sprzeczki o drobiazgi. Chowam się w namiocie, Szerpowie grają w szachy, Mingma co chwila nuci jakąś wyjątkowo irytującą piosenkę. Czas chyba ruszać na szczyt i wracać do domu. Ech, zjadłabym prawdziwy domowy obiad mojej Mamy, wykąpałabym się jak człowiek i posiedziała na tarasie w słońcu. Podobno w Polsce już wiosna. Tęsknię trochę za centralnym ogrzewaniem… Minęła mi euforia, minęła irytacja, denerwuje mnie tylko, że stałam się jakaś melancholijna. Znam siebie i wiem, że w końcu poczuję, że jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie i niczego mi już więcej do szczęścia nie potrzeba. Ale to wciąż jeszcze przede
mną.
Piątek
Siedzę i wpatruję się w tę cholerną górę. Jak na złość z Bazy pod Everestem nawet nie widać Everestu. Tylko Icefall – połamany, poorany, wylewający się rubasznie, jakby chciał nam wszystkim pokazać wywalony język. Tak, też mam cię w dupie.
W końcu wybieramy się z Darkiem na zwiady. Ta wojna nerwów trwa zdecydowanie za długo. Nikt nic nie wie, wyprawy komercyjne nie chcą ruszyć na szczyt, twierdząc, że mają czas. My nie chcemy iść jako pierwsi w sezonie od strony południowej, a nawet nie możemy sobie na to pozwolić przy tak skromnych zasobach. Ci, którzy wysforują się na początek, biorą na siebie torowanie drogi w śniegu dla innych, co jest bardzo wyczerpujące, oraz w pewnej mierze testowanie lin poręczowych. Tymczasem od strony północnej niemal codziennie ktoś zdobywa wierzchołek. Może po tamtej stronie mają więcej szczęścia? U nas pomiędzy Obozami III a IV ktoś odmroził sobie ręce i leży teraz w bazowej klinice.
A z bardziej zabawnych rzeczy to na wysokości 6500 metrów podobno pojawił się nasz pies Everest. Zachodzę w głowę, jak to możliwe, skoro miał do sforsowania około 15 drabin. Albo to bzdura, albo ktoś go przeniósł, albo znalazł inną ścieżkę. Niestety, nie wkradł się w łaski, bo zjadł Szerpom 30 jajek ugotowanych na twardo i go przepędzili. Potem, znów w niezrozumiały sposób, znalazł się z powrotem w Bazie, gdzie jeszcze nieraz go dokarmiam.
Postanawiamy odwiedzić zespół z Majorki, który deklarował chęć podjęcia w miarę szybkiego ataku szczytowego. Zaczynamy mozolnie przedzierać się na koniec Bazy. Mijamy po drodze Asian Trekking, zauważam, że ich mesa jest wielkości hangaru samolotowego, a na podłodze leży dywan. W kolejnym obozie zadziwia mnie liczba paneli słonecznych.
Filipińczycy mają natomiast wspomnianą już antenę satelitarną o przekroju ponad 2 metrów. W Adventure Consultants jakieś 50 osób siedzi w świetlicy. Majorka to niewielka wyprawa. Po nieudanej próbie w zeszłym roku trzech wspinaczy ponownie atakuje Everest, czwarty za cel obrał sobie Lhotse. Najwyższy i najchudszy z nich, Jesus, przeprasza nas i znika gdzieś na chwilę. Wraca z pełnym uzębieniem, chociaż wychodząc, nie miał prawej jedynki.
– Kilka miesięcy temu wspinałem się na Antarktydzie na Mount Vinson i lecące kawałki lodu wybiły mi ząb. Niedługo wstawią mi na stałe. Teraz mam czasówkę i przyklejam ją sobie, jak odpada – tłumaczy.
Sobota
Status quo. Nadal nie wiadomo, kiedy wyjdziemy do góry, kiedy może się odbyć atak szczytowy. Czekam. Ciągle coś jest nie tak. Ekipa szwajcarska miała już być na szczycie, ale zawrócili, bo pogoda zmienia się podejrzanie. Ale wyczekam tę cholerną górę! Będę siedzieć i wpatrywać się w Icefall, i słuchać spadających lawin tak długo, jak trzeba. A jeśli nie uda się za pierwszym razem, to może za drugim. Jedno wiem o sobie na pewno – jestem wyjątkowo uparta.
Nigdy w całym swoim życiu nie miałam tyle wolnego czasu. Chyba po prostu nie potrafię wytrzymać sama ze sobą. Okropnie się nudzę, ale wmawiam sobie, że robię to przecież Simone Moro, ja i nasz bazowy pies, którego nazywałam Everestem w wielkiej sprawie. Ciągle potrzebuję bodźców, doznań, wrażeń, zajęć. Jak ja tego u siebie nie lubię! Z drugiej strony doceniam ten rys neuroróżnorodności, bo mam niespożytą energię w wymyślaniu, kreowaniu i popychaniu spraw do przodu, nawet wtedy, gdy inni rezygnują. Rozmawiam długo przez telefon satelitarny z Piotrem Pustelnikiem, z którym jestem w stałym kontakcie. Jest w trakcie realizacji projektu Tryptyk Himalajski i planuje
zdobyć trzy ośmiotysięczniki jeden po drugim – Cho Oyu, Annapurnę i Broad Peak w Karakorum. Dzwoni z bazy pod Annapurną.
– Hej, Martyna! – słyszę w tle głos Piotrka Morawskiego, który też jest na wyprawie. – Co tam u ciebie? – pytają chórem. Do pozdrowień dołącza słowacki wspinacz Peter Hámor, późniejszy zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.


Gadamy o moich rozterkach i o tym, że mam dość siedzenia w Bazie. Wiem, rozumiem i postaram się to przetrzymać, ale ile, do jasnej cholery, można wegetować w namiocie, oglądając mokre skarpetki, opakowania po Aspirynie, stertę przeczytanych książek, buty, naczynie do sikania? Nie nadaję się albo muszę jeszcze trochę dojrzeć, ostudzić głowę. Chciałabym być spokojniejsza, mniej egzaltowana. A może właśnie
po to został mi dany ten czas na Evereście? O, przepraszam – nawet sama go sobie zorganizowałam! Nie wiem, czy to kwestia rozmowy z chłopakami, czy większej dawki witamin, czy czegoś innego, ale w niedzielę wstępuje we mnie nowa energia. Zaczynam mycie głowy, pranie, porządki w namiocie, remanent w mesie, a nawet postanawiam się opalać – dostałam na plecach wysypki i liczę, że minie, kiedy wystawię ciało na świeże powietrze. Po 15 minutach ramiona mam w kolorze jasny burgund, ale wysypka chyba trochę ustępuje.
– Jezu, nie dawajcie jej tych witamin, bo jutro zacznie namioty przestawiać – żartuje Wojtek. Około południa, zgodnie z zapowiedzią, pojawia się ekipa z Majorki. Oli, lider, długie dredy, opalony, żylasty, typ Tarzana, drugi – niepozorny, z nosem jak mały kartofel, z którego ciągle schodzi mu skóra, trzeci – wyjątkowo spokojny, opowiada, że na wyprawach poznał Wojtka Kurtykę i Wandę Rutkiewicz, oraz uroczy Jesus. Widać, że ta ekipa czuje już wielką presję, żeby zdobyć Everest. Byliby pierwsi z Majorki, mają jedną nieudaną próbę na koncie. Wyglądają na silnych, przygotowali po siedem butli z tlenem na głowę, a każdy ma do pomocy wysokościowego przewodnika, będą razem z nimi zdobywać wierzchołek. Wstępnie ustalamy, że zaatakujemy szczyt 14 maja. Od Jesusa dowiaduję się, że w Bazie odbył się nieformalny plebiscyt na miss. Do finału przeszła chirurżka z Adventure Consultants i ja. W końcu zwyciężyłam. Konkurencja w Bazie jest raczej niewielka, kobiet jest tu zaledwie kilka, więc i radość moja, adekwatnie, taka sobie. Poza tym to przedmiotowe traktowanie i sprowadzanie nas do wyglądu mnie irytuje. Niby gadamy o planach wspinaczkowych, o ataku szczytowym, który przecież różnie może się zakończyć, a oni mi tu wyskakują z konkursem piękności. Na dodatek po południu pojawia się jakiś trekker z Włoch, który pyta:
– Gdzie jest ta top modelka z Polski? Można sobie z nią zrobić zdjęcie? Chyba jest rozczarowany, kiedy dociera do niego, że to ja. Poprawiając potargane włosy, podciągając spodnie o trzy numery za duże, bo schudłam już chyba 10 kilogramów, i udając, że nie mam na twarzy krost z brudu, mówię: – No cóż, normalnie tak nie wyglądam… Pranie i sprzątanie, czyli nuda w Bazie w oczekiwaniu na atak szczytowy. Zmuszam się do uśmiechu, choć nie mam na to ochoty, ale znów włącza mi się to głupie myślenie, że jednak nie chcę wyjść na marudę.
Poniedziałek
Siedzenie w Bazie działa na mnie rozleniwiająco. Mięknę. Zaczynam wierzyć, że nie zasługuję na tę górę, że Everest powinien być ukoronowaniem kariery wysokogórskiej, a nie jej początkiem. Jest w tej górze coś tak majestatycznego, że mnie to po prostu onieśmiela. Po
stokroć zadaję sobie pytanie: „Co ja tutaj robię?”.
Czy Mount Everest jest szczytem moich marzeń? Czy gdybym go zdobyła, byłabym wreszcie spełniona, zadowolona z siebie i z życia? A jeśli odpowiedź na wszystkie te pytania nie leży w Himalajach, tylko przez cały czas miałam ją przed nosem, w Polsce? A jeśli stanę na szczycie i powiem sobie: „To co dalej, co teraz?”. Może zapytam: „Czy właśnie po to trzeba było tylu starań, nieprzespanych nocy, poświęceń?”.
Czasami zastanawiam się, czego brakuje mi w życiu, że ciągle muszę przesuwać horyzont, stawiać sobie nowe wyzwania, sprawdzać się, udowadniać. No właśnie, udowadniać, ale co i komu? Everest jest dla mnie czymś więcej niż tylko przygodą. To najwyżej ustawiona poprzeczka mojego życia. Chyba jednak tęsknię. Moja kochana mama pisze mi tak pięknie i tak bardzo podtrzymuje mnie na duchu w rozmowach, choć nie dzwoni do mnie, tylko czeka, aż sama wybiorę jej numer. Aż będę gotowa, żeby coś opowiedzieć.
– Modlimy się za ciebie i za powodzenie wyprawy! Tęsknimy – mówi spokojnym głosem. Jak bardzo trzeba kochać dziecko, żeby wspierać je w realizacji marzeń, które niosą ze sobą takie ryzyko? – Jadłaś? Wyspana jesteś? Zmęczona? Nie zimno ci? – Kochana mama, najmądrzejsza i najbardziej wyrozumiała kobieta na świecie
– Tak, mamciu, zdrowa jestem, jak zwykle. Przecież tu jest jak na wczasach. Nie martw się o mnie – odpowiadam gładkim głosem. – Przecież się nie martwię! – odpowiada niby oburzona tym podejrzeniem. Obie wiemy, że każda z nas kłamie. Tylko się nie rozklejaj. Przed atakiem zawsze jest nerwowo. To się nazywa „jeżdżenie po trawnikach”. Czego by nie ustalono, i tak życie to zweryfikuje po swojemu. Więc się za bardzo nie napinaj, nie rozpychaj łokciami. Spokojnie, i tak wyjdzie, jak ma wyjść. Cały ciąg niespodziewanych sytuacji sprawi, że plan i tak będzie nieaktualny w pierwszych 24 godzinach jego realizacji. Plan jest planem, a życie – życiem. Ustawianie strategii ataku, te bazowe dyskusje, ten stres to normalka. Zaufaj mi ;-)
Artur
U hiszpańskojęzycznych kolegów jak zwykle jest wesoło, ale poza piciem herbaty i jedzeniem chałwy nie padają konkrety. Ustalamy – bo to nasze ulubione zajęcie ostatnio – że jutro idziemy do szwajcarskiej ekipy Kariego Koblera „wywrzeć na niego nacisk”. Oczywiście Kobler ma gdzieś nasze naciski, bo co go obchodzi mała wyprawa z Polski lub jeszcze mniejsza z Majorki? Wyprawy komercyjne nie są wobec nas zbyt przyjazne. Alienują się w swoich przytulnych ogrzewanych mesach, z tapicerowanymi krzesłami i zestawem napojów do wyboru. Każdy trzyma swoją strategię w tajemnicy, więc siłą rzeczy czujemy się jak przybłędy. Ja chciałabym się po prostu napić herbaty, której nie czuć odchodami jaka. Ot, takie małe marzenie.
9 maja 2006 roku, wtorek
Rano znów odwiedzamy Majorkę. Można powiedzieć, że narodziła się nowa świecka tradycja. Podejmujemy decyzję – ja, Darek i Wojtek schodzimy z Bazy niżej na odpoczynek. Zaraz po lunchu wysyłamy do Polski zdjęcia, komunikat prasowy na temat ataku szczytowego i zmęczenia oczekiwaniem na niego, a potem ruszamy na dół. Pamiętam, że kiedy wcześniej pokonywałam drogę do Bazy, omal nie wyplułam płuc. Teraz przeskakuję skalne przeszkody bez trudu, w naprawdę szybkim tempie. Zadziwiające, co potrafi zdziałać aklimatyzacja.
Czy Everest jest piękny? Piękne jest Pumori, wyjątkowa jest Ama Dablam, fascynująca jest Kanchenjunga, a Everest? Everest jest przerażający. Jest tak masywny, przysadzisty, że trudno nazwać go pięknym. Jest ogromny – to z pewnością. Każdego dnia coraz bardziej uświadamiam sobie, jak mała jestem i nieporadna w jego obliczu. O ile człowiek nie skorzysta z chwili nieuwagi tego himalajskiego giganta, nie ma szans w starciu z nim ani z żadnym innym ośmiotysięcznikiem.
Na chwilę łączymy się z Polską, bo oszczędzamy na opłatach za internet, które są bardzo wysokie. Czytam nadesłany z Warszawy tekst na temat naszej wyprawy. Z tego, co widzę, media piszą o nas raczej życzliwie, choć z niedowierzaniem. Głównie starają się znaleźć w wyprawie jakąś sensację, sieją postrach, że niemal każdego dnia ryzykuję życie. Opinie ekspertów są przychylne. Środowisko wspinaczkowe analizuje nasze przygotowanie do ataku szczytowego.
Nie wiem, czy to wystarczy, ale aklimatyzację, jak radził Artur Hajzer, realizowaliśmy zgodnie z tradycyjną, klasyczną, w tym polską, szkołą. Mamy za sobą zdobycie Island Peak, wiele noclegów na wysokości oraz dwa solidne wyjścia aklimatyzacyjne do góry, na 7600 metrów n.p.m., powyżej Obozu III.
Przeraża mnie, że w tym samym czasie na zboczach Everestu operują wyprawy, które oferują klientom butle z tlenem od Obozu I lub od dwójki bez rozpoznania terenu. To tak zwana szkoła amerykańska, szybki system aklimatyzacji, wypracowany przez wyprawy komercyjne. A co, jeśli butli z tlenem zabraknie albo jak w 1996 roku nastąpi załamanie pogody i ludzie nieprzystosowani do funkcjonowania na wysokości zostaną tam uwięzieni? Będą umierać z wyczerpania, a to naraża wszystkich, którzy się wspinają w tym samym czasie. Na ich tle wypadamy nad wyraz profesjonalnie, ale czy to wystarczy? – wciąż zadaję sobie to pytanie. Za parę godzin wyruszamy w kierunku szczytu Everestu.
Przede mną pięć dni największego wysiłku, na jaki mnie tylko stać. Dam z siebie wszystko. Ale nie poświęcę wszystkiego. Już wiem, że nie.
Więc to już? Po tylu dniach, po niecierpliwym oczekiwaniu, po tylu nieprzespanych nocach.
"Trzymajcie kciuki! Kocham Was i dziękuję za wszystko".
MOJA WIADOMOŚĆ DO RODZICÓW.
Fragment pochodzi z książki Martyny Wojciechowskiej, „Przesunąć horyzont. 20 lat później”. Premiera już niebawem, bo 20 maja 2026 roku. Dziękujęmy wydawnictwu Agora za pomoc w realizacji tekstu.

