Mama była przerażona, ona w szoku. Tylko w VIVIE! Paulina Gałązka wspomina moment, który odmienił jej życie
Paulina Gałązka dziś jest rozpoznawalną aktorką, ale jej droga do szkoły filmowej wcale nie była oczywista. Najpierw wybrała studia na Uniwersytecie Warszawskim, kierując się rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności za rodzinę. Dopiero niespodziewany telefon z informacją o przyjęciu do szkoły aktorskiej w Łodzi sprawił, że musiała podjąć jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu.

Nie planowała tego. Miała studiować, zdobyć stabilny zawód i pomóc rodzinie. Aktorstwo było raczej marzeniem z boku. Czymś, co mogło nigdy się nie wydarzyć. Wszystko zmienił jeden telefon i termin w dziekanacie. Wtedy rzeczywistość nagle wyprzedziła jej własne wyobrażenia o przyszłości.
Dlaczego Paulina Gałązka wybrała studia na Uniwersytecie Warszawskim
[...] Kiedy jednak cofnąć się jeszcze o krok, zanim pojawiła się szkoła aktorska, była racjonalna decyzja, czyli studia na Uniwersytecie Warszawskim. Skąd decyzja o stosunkach międzynarodowych?
To była decyzja podsunięta z ogromnej troski. W liceum dużo recytowałam, brałam udział w festiwalach teatralnych, wygrywałam konkursy. W naturalny sposób pojawiał się więc pomysł, że może powinnam zdawać do szkoły aktorskiej. Albo na ASP, bo też bardzo lubiłam rysować i podobno miałam do tego rękę. Moja wychowawczyni powiedziała mi wtedy coś bardzo ważnego. Chodziłam do liceum imienia Czackiego w Warszawie. Była to niezwykle dobra szkoła, taka, która naprawdę wzmacnia człowieka. I ona powiedziała: „Ty nie jesteś w takiej sytuacji jak niektóre twoje koleżanki. Nie możesz sobie pozwolić na kilka lat niepewności”.
Co to znaczy?
Moją siostrę Anię i mnie mama wychowywała samotnie, tata już wtedy nie żył, a nasza sytuacja finansowa była trudna. I ona po prostu widziała coś, czego ja wtedy może jeszcze nie do końca rozumiałam, że prędzej czy później będę musiała wziąć na siebie część odpowiedzialności za dom. Dlatego radziła: „Najpierw studia, które dadzą zawód i stabilność. A dopiero potem aktorstwo”.
[...]

Paulina Gałązka o szkole filmowej w Łodzi
Czyli naprawdę nie dopuszczałaś do siebie myśli, że możesz przejść dalej.
Kompletnie. I dlatego telefon od niej był takim wstrząsem. Zadzwoniła i powiedziała: „Słuchaj, musisz iść do dziekanatu z dowodem, podpisać dokumenty, bo jesteś przyjęta. Jest termin do któregoś dnia”. Ja byłam w absolutnym szoku. To było jedno z doświadczeń, kiedy rzeczywistość nagle wyprzedza twoją wyobraźnię.
Jak zareagowała Twoja mama Gienia?
Moja mama była przede wszystkim przerażona. Ona nie potraktowała tego jak spełnienia marzenia, tylko raczej jak bardzo ryzykowną decyzję. Pamiętam, że powiedziała coś w rodzaju: „Paulinka, gdzie ty pojedziesz do tej Łodzi?”. Dla niej to był skok w nieznane. A w naszym domu zawsze myślało się raczej kategoriami bezpieczeństwa.
Nie pojawiła się w Tobie wtedy myśl: Może jednak zostać na uniwersytecie?
Oczywiście, że takie myśli się pojawiały. Zresztą ja jeszcze wróciłam na uniwersytet, żeby zdać jeden egzamin.
Kiedy zaczęłaś studia w Łodzi, miałaś poczucie, że to Twoje miejsce?
Nie od razu. Pierwszy rok był dla mnie bardzo trudny. Trafiłam w zupełnie inny system niż ten, który znałam z liceum i z Uniwersytetu Warszawskiego. Tam wszędzie traktowano nas bardzo poważnie, właściwie partnersko. A w szkole filmowej obowiązywał wtedy bardzo wyraźny system mistrzowski. Bardzo wertykalny. Profesor był na górze, student bardzo wyraźnie na dole. I dla mnie to było trudne doświadczenie. Miałam poczucie trochę takiego „upupienia”, jak z „Ferdydurke”.
Czy w tamtym momencie pojawiła się myśl, żeby się wycofać?
Tak, oczywiście. Zastanawiałam się, czy nie wrócić na uniwersytet. Ale były jedne zajęcia, które mnie wtedy uratowały.
Jakie?
Praca z kamerą z Mariuszem Jakusem. To były moje ulubione zajęcia. On traktował nas bardzo poważnie, jak partnerów w pracy. A przede wszystkim oceniał bardzo konkretnie. Nagrywaliśmy sceny na początku roku i na końcu roku. Potem oglądaliśmy je razem i on bardzo dokładnie omawiał, co się zmieniło, co się udało, nad czym trzeba pracować. To była taka bardzo uczciwa, wymierna ocena, a nie kwestia czyjegoś nastroju czy kaprysu.
I co powiedział o Tobie?
Powiedział, że zrobiłam największy postęp ze wszystkich przez ten rok. Bo ja naprawdę na początku właściwie nic nie umiałam. I to był moment, który dał mi ogromną nadzieję. Pomyślałam wtedy, że może jednak jest w tym jakaś droga dla mnie, tylko że będzie to droga pracy, a nie łatwego talentu. I w gruncie rzeczy taka perspektywa była dla mnie nawet bardziej przekonująca.
[...]
Rozmawiał Wiktor Słojkowski. Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze
