Maciej Stuhr nie kryje uczuć do żony. „Nie sądziłem, że związek może tak nie ostygnąć”. Przypominamy wywiad, który wzruszył czytelników VIVY!
Maciej Stuhr kończy dziś 51 lat. Aktor, reżyser i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej kultury od lat imponuje nie tylko zawodowymi sukcesami, ale także zaangażowaniem społecznym. Z okazji jego urodzin przypominamy wyjątkową rozmowę, której w 2022 roku udzielił magazynowi VIVA! wspólnie z żoną, Katarzyną Błażejewską-Stuhr.

On – jeden z najpopularniejszych aktorów swojego pokolenia. Ona – dietetyczka kliniczna, aktywistka i autorka książek. W wywiadzie dla VIVY! Katarzyna Błażejewska-Stuhr i Maciej Stuhr opowiedzieli o miłości, rodzinie, otwartym domu, pomaganiu uchodźcom i wartościach, które od lat wyznaczają kierunek ich wspólnego życia. „Spotkałem rudego anioła” – mówił Beacie Nowickiej o żonie Maciej Stuhr. Dziś, w dniu jego 51. urodzin, wracamy do tej poruszającej rozmowy.
Katarzyna Błażejewska-Stuhr i Maciej Stuhr: wywiad dla VIVY!
Po raz pierwszy spotkaliśmy się we trójkę osiem lat temu. My pracowaliśmy nad książką, a Kasia do nas dołączyła. Bawiłam się na Waszym weselu. Wiedliście w miarę beztroskie, szczęśliwe życie. Dziś mam wrażenie, jakby to się działo w innej epoce. Prowadzicie inne życie.
Katarzyna: Dalej szczęśliwe, chyba… (śmiech). Rzeczywiście, wyprowadziliśmy się z mieszkania w centrum do domu, na stałe jest z nami dwójka dzieci, dwa psy, uchodźcy. Ale cały czas walczę o tamtą beztroskę, bo ona wciąż jest, tylko gubi się w natłoku obowiązków.
Maciej: Dużo rzeczy się też nie zmieniło.
– Miłość na przykład?
Maciej: Przede wszystkim fascynacja sobą, mówię o swoim uczuciu do Kasi. Nie sądziłem – zabrzmi to banalnie – że związek może tak nie ostygnąć. Wciąż dużo robimy wspólnie, z pasją. Wiadomo, że niektóre rzeczy muszą walczyć o palmę pierwszeństwa i przegrywają z codziennością: z wożeniem dzieci, psami, lekarzami, szpitalami, zakupami…
– …niespodziewanymi gośćmi?
Maciej: Goście są naszą spécialité de la maison, mam wrażenie. Jesteśmy mistrzami w przyjmowaniu gości i oboje to uwielbiamy. To się stało naszym stylem życia.
Katarzyna: I nie mówimy tylko o uchodźcach.
Maciej: Mamy dom otwarty. Zauważyłem, że jesteśmy siebie ciekawi przy gościach. Niektóre rzeczy wiemy o sobie tylko dlatego, że przychodzą goście i w żartach, albo nie w żartach, coś mówimy. W ich obecności przerabiamy różne tematy. Tak dowiedziałem się, że Kasi nie podoba się moja broda, którą zapuściłem do serialu „Szadź”. Potem przez osiem miesięcy cztery razy dziennie słyszałem…
Katarzyna: …że nie lubię tej brody, ta broda jest okropna. Teraz, kiedy ją zgolił, 80 razy dziennie mówię, jak mi się podoba, jaki jest przystojny, a wręcz piękny. Maćka to peszy, ale nie mogę się pohamować (śmiech).
– No i osiągnęliśmy piękną równowagę. Brody nie ma, miłość jest.
Maciej: Kluczem jest to, żeby wyrywać chwile, kiedy jest się tylko we dwoje. Czasami zakrada się jakiś niepokój, czy przypadkiem coś się nie wypaliło. Okazuje się jednak – jak już zostajemy sami – że nie. Tym silniejsza jest wtedy ta ulga: o Jezu, jednak nic się nie zmieniło. Czasami po prostu nie ma czasu na uważność w tym całym zamieszaniu.
– Zwanym życiem. Z ważnych zmian – po latach odszedł Pan z teatru Warlikowskiego.
Maciej: Przez 20 lat byłem przepracowany i nie chciałem tak funkcjonować do końca życia. W sferze marzeń zawsze było: mniej pracować. Decyzja, żeby się rozstać, przynajmniej formalnie, z zespołem Warlikowskiego, nie jest prosta. Praca z nim to marzenie wszystkich aktorów. Do dzisiaj jest mi czasami smutno i tęsknię. Wciąż gram stare rzeczy. Zresztą od Krzyśka chyba nigdy definitywnie się nie odchodzi.
Katarzyna: Pamiętam, jak nam kolana zmiękły, kiedy zobaczyliśmy plan wyjazdów ze spektaklem „Wyjeżdżamy”. Okazało się, że przez cztery miesiące nie będzie Maćka w domu. Kiedy zrezygnował, przyjęłam to z ulgą. Ale nie naciskałam na ciebie w tej decyzji. Zwłaszcza że dla mnie Nowy Teatr też jest bardzo ważnym miejscem. Pracowałam od lat z całym zespołem.
– Tam się poznaliście?
Katarzyna: Poznaliśmy się w Teatrze Polonia, ale Maciek mnie nie pamięta, bo miałam wtedy dredy.
Maciej: Jak można pamiętać kogoś, kto ma dredy?
Katarzyna: Zwłaszcza że to były rude dredy do pasa (śmiech).
Maciej: To było ciekawe, bo jak się poznaliśmy, miałem największy w swoim życiu kociokwik, choć wiele ich bywało, a pani o tym wie najlepiej. Ale wtedy było wszystko: zagranica, teatry, kilka premier, seriale, filmy, radio, studenci. I tak funkcjonowaliśmy z Kasią przez pierwsze lata, że właściwie w ogóle nie było tematu, ile ja pracuję, gdzie pracuję i dlaczego.
Katarzyna: Cenię pracowitość, więc raczej mi to nie przeszkadzało.
Maciej: Natomiast potem, kiedy założyliśmy rodzinę i na świecie pojawił się nasz syn Tadzik, z oczywistych powodów fakt, ile mnie w tym domu jest bądź nie ma, ma ogromny wpływ na funkcjonowanie tego przedsiębiorstwa. Trzeba było zrobić jakiś plan, żeby to wszystko się nie zawaliło.
Katarzyna: Wcześniej, jak Maćka nie było w domu, ja też dużo pracowałam, pisałam książki albo jeździłam do Maćka na plany filmowe i tam pracowałam. Kiedy urodził się Tadzik, musiałam zwolnić, bo kawał ciąży przeleżałam. No a potem każda mama wie – pracowałam, ale i karmiłam piersią, więc musiałam być niedaleko. Po jakimś czasie Maciek mógł włączyć się w działania domowe. Pamiętam, jak mnie zaszokowałeś decyzją, że odchodzisz z teatru. Powiedziałeś mi o tym w sklepie i w pierwszej chwili pomyślałam, że to jest żart. Nie przypuszczałam, że Maciek nosił się z taką myślą, na pewno długo to rozważał.
Maciej: Pomysł chodził za mną ze dwa lata. Decyzję podjąłem tuż przed pandemią. Między nami jest 10 lat różnicy wieku. Teraz Kasia ma tyle, ile ja miałem, kiedy zaczęliśmy być razem. Wydaje mi się, że to jest taki wiek, kiedy warto docisnąć pedał kariery na maksa, a potem trochę go poluzować, bo nie wyobrażam sobie, żeby tak jechać do końca życia. Ja bym nie chciał.

– Myśli Pan, że żona chciałaby docisnąć pedał kariery na maksa?
Maciej: Trzeba zacząć od tego, że kiedy się poznaliśmy, Kasia, która była wykształconą na Akademii Medycznej dietetyczką, pracowała jako kierowniczka widowni, a później jako koordynatorka pracy artystycznej w Nowym Teatrze.
Katarzyna: Przyjmowałam też pacjentów, ale nie dało się z tego wyżyć.
Maciej: Usilnie ją wtedy namawiałem na powrót do zawodu. Nie żeby mi było z nią źle w teatrze, ale uważałem, że to ma sens. Kasia ma bardzo dużą wiedzę i ambitne plany zawodowe, a oprócz tego staje się świetlaną postacią nie tylko dla mnie, ale też dla ludzi. Wydaje mi się, że powinna się tym zająć.
– Kiedy umawialiśmy się na to spotkanie, powiedziałaś mi przez telefon: „Żadnej słodkiej sesji zakochanych. Siła kobiet. Ja walczę, mąż mnie wspiera”. O co walczysz?
Katarzyna: Nie starczyłoby mi palców u obu rąk, żeby wyliczyć, o co walczę. Z Fundacją „Kobiety bez diety” walczę o uwolnienie kobiet z dyktatu bycia szczupłą, z poczucia winy, obowiązku bycia na niekończących się dietach i traktowania jedzenia jako formy opresji, a nie źródła zdrowia i przyjemności. Walczę o to, żeby wszyscy ludzie byli traktowani równo, mieli równe prawa i mogli żyć w spokoju.
Maciej: Jednym ze źródeł zmiany naszego życia, od której zaczęliśmy rozmowę, było to, że od 2015 roku czuliśmy rosnącą frustrację z powodu braku wpływu na rzeczywistość. Wszystko, co robiliśmy, sądziliśmy, mówiliśmy, wydawało się logiczne, podparte wiedzą, faktami, które my i nasze autorytety uważają za oczywiste, i nic, absolutnie nic z tego nie wynikało. W pewnym sensie ta sytuacja trwa do dziś. Pierwsze lata były bojowe, wierzyliśmy, że zaraz coś się wydarzy, ktoś się ocknie… A potem siedzieliśmy przed telewizorami, czytaliśmy gazety i myśleliśmy: Co, do cholery, się dzieje? Dlaczego nic się nie zmienia?
Katarzyna: Pamiętam, jak jesienią 2016 przeczytaliśmy jakiś artykuł, w którym Jarosław Kaczyński mówił, że w organizmach uchodźców są pasożyty groźne dla Polaków. Strasznie się wtedy zapieniłam i umówiłam z Zosią Jaworowską, która założyła stowarzyszenie Refugees Welcome Polska, żeby to jakoś odkręcać. Mam wewnętrzny imperatyw chodzenia na protesty. Nie potrafiłam usiedzieć w domu. Nie zapomnę, jak 16 grudnia partia rządząca przeniosła obrady Sejmu do Sali Kolumnowej. Tadek miał wtedy trzy miesiące. Wieczorem zaniosłam go śpiącego do Magdy Popławskiej, która mieszka obok nas i ma rok starszą Haneczkę, pojechałam pod Sejm i siedziałam tam do północy. Następnego dnia z Tadkiem w wózku protestowałam na Krakowskim Przedmieściu. To był czas, kiedy często jeździłam służbowo po Polsce i protestowałam w każdym mieście: Kołobrzegu, następnego dnia w Poznaniu, później w Krakowie.
– Zamiast siedzieć przed telewizorem, czytać gazety i zadręczać się, dlaczego nic się nie zmienia, zostaliście… trendsetterami pomagania.
Maciej: Chodziło o to, żeby chociaż w drobnym stopniu móc nadać sens swoim działaniom, swojemu życiu. A to jest najbardziej spektakularne i bezdyskusyjne w pomocy drugiemu człowiekowi.
Katarzyna: To naturalne, że jak na naszej drodze pojawia się bezdomny pies, to go przygarniamy. Potem pojawił się drugi, niewidomy. Kilka lat temu Monika Głuska-Durenkamp zaprosiła mnie na wegańskie gotowanie do restauracji Vege Małpa. Pamiętam, że nie mogłam dogadać się z czeczeńskimi kobietami, bo nie znam ani czeczeńskiego, ani rosyjskiego, ale robiłam pasty tahini i kroiłam różne rzeczy. Powiedziałam, że zawsze mogę pomóc, kogoś gdzieś zawieźć, przywieźć, wziąć jakieś
dziecko na weekend. Tydzień później przywiozłam do domu Edelbeka. Był bardzo przestraszony, usnął na podłodze, nie chciał jeść. Zadzwoniła do nas jego mama i po rosyjsku tłumaczyła Maćkowi, że jej syn jest straumatyzowany, że tata go głodził. Czułam, że ta historia jest na tyle ważna, że nie mogę jej bagatelizować. Wtedy po raz pierwszy umówiłam się z Madiną. Spotkałyśmy się raz, drugi, trzeci i gadałyśmy na migi. Zaczęła się pandemia, Madina, która pracowała jako sprzątaczka, straciła pracę, nie miała z czego żyć. Usiadłam wtedy z Maćkiem i powiedziałam, że Madina nie ma gdzie mieszkać i czy może zamieszkać u nas. A Maciek odpowiedział: „OK”.
– Tak… po prostu?
Maciej: Mniej więcej tyle trwało. Gdybyśmy zasiedli przy stole, zrobili tabelki za i przeciw, co nam grozi, a co zyskamy, nie wiem, czybyśmy się wtedy zdecydowali i kiedykolwiek później. To była krótka piłka. Akcja–reakcja.
– Madina spędziła z Wami prawie rok. Czego Was to nauczyło?
Maciej: Od tamtego czasu gościliśmy w domu wiele osób różnych narodowości, religii, wieku, wykształcenia, a jednak wszyscy mają wspólny mianownik. Kiedy otwierasz swój dom w momencie, kiedy ktoś tego naprawdę potrzebuje, rodzi się między ludźmi coś trudnego do opisania i opowiedzenia na łamach prasy. Nie chciałbym sprowadzać wszystkiego do wdzięczności i zaciągniętego długu. Pomoc to jest jedno. Ale ta pomoc wynika z zaufania. A zaufanie jest jednym z piękniejszych darów, które można ludziom ofiarować. Powiedzieć: „Ufam ci”. To jest coś obezwładniającego. Dla obu stron.

– Poczuliście pustkę, kiedy się wyprowadziła?
Katarzyna: Nawet Stasiek powiedział: „Dziwnie, jak jest tak cicho w domu”. Madina plus trójka nastolatków i dwoje naszych dzieci tworzyło nieustający harmider. Nadal jesteśmy blisko. Dziś dzwoniła do mnie… 15 razy. Z radością patrzę, jak nabrała siły, pewności siebie, odstresowała się.
– À propos dzieci, wzięliście udział w projekcie Anji Rubik „SEXEDPL. Przewodnik dla rodziców”. Od razu Pana zapytam, bo pewnie wszyscy są ciekawi, czy wybitny aktor, reżyser, profesor Jerzy Stuhr rozmawiał z synem o edukacji seksualnej?
Maciej: (śmiech) Nie przypominam sobie. Zanim dojdziemy do seksu, musielibyśmy przejść przez parę innych rozdziałów i tematów, których też nie poruszaliśmy. Nam się zawsze z moim tatą rozmawiało wspaniale, ale głównie o filmie i teatrze. O świętej pamięci Jerzym Treli, jaki jest wybitny i najwspanialszy. Przypomniała mi się anegdota…
– …to w hołdzie Jerzemu Treli zróbmy dygresję.
Maciej: Z Jurkiem się wychowałem. Postać symboliczna. Mistrz i bardzo bliski człowiek. W szkole teatralnej robiliśmy z Wajdą „Jak wam się podoba”. Kiedyś mistrz gdzieś pojechał i parę prób przejęła Anna Polony. Postanowiła wprowadzić dyscyplinę, bo pan Andrzej nie był tym zainteresowany. Zrobiła nam karczemną awanturę, że nie umiemy tekstu, że się spóźniamy… I nic z nas nigdy nie będzie. Wszyscy stoją na scenie, bo to była scena zbiorowa, uszy po sobie, a ona z widowni drze się na nas potwornie. Byłem wtedy z Jurkiem Trelą w parze, ja grałem Orlanda, a on służącego, nosiłem go nawet na barana. Do dzisiaj na korytarzu w szkole teatralnej wisi nasze zdjęcie. Stoję, słucham tej Polony i nagle czuję, że coś mi skubie spodnie. Pies jakiś czy co? Zerkam, a Trela stoi za mną i szepcze: „Ty, gdzieżeś se te spodnie kupił?”.
– Piękne: dwa w jednym. Wielkość i prostota. A wracając do naszego tematu i rozmów z ojcem…
Maciej: Zawsze dobrze czuliśmy się ze sobą, byliśmy zaprzyjaźnieni. Może czasami prowadziliśmy jakieś dyskusje polityczno-światopoglądowe, czasami pogadaliśmy o jakiejś książce, natomiast rozmów o dojrzewaniu, o uczuciach, o tym, co ja teraz przeżywam i na jakim jestem etapie emocjonalnym, tośmy w naszym Krakowie cudownym w tamtych czasach nie prowadzili. A ponieważ wtedy ich nie prowadziliśmy, to nie nauczyliśmy się ich prowadzić również z kolejnym pokoleniem. To, że dzisiaj Anja Rubik rusza w bój, wynika z tego, że pewne zaniedbania są tak głęboko kulturowe i pokoleniowe, że trzeba zacząć krok po kroku od podstawowych rzeczy.
Katarzyna: U mnie było trochę inaczej. Bardzo wcześnie byłam z mamą u ginekolożki, bo miałam różne bóle brzucha. Okazało się, że to torbiele, i musiałam brać środki antykoncepcyjne. A z drugiej strony to nie sprawiło, że mogłam prowadzić z mamą otwarte rozmowy o seksie.
Maciej: Nas uświadamiali koledzy za śmietnikiem, a dzisiaj każdy dzieciak ma w kieszeni dostęp do twardej pornografii. Szkoła i system edukacji nie zapewnia nam wsparcia w tym temacie, więc musimy pomóc sobie sami. To, że ja z Jerzym Stuhrem nie rozmawiałem na jakieś tematy, nie oznacza, że mam nie rozmawiać z Tadeuszem, mimo że jestem dość nieporadny w trudnych rozmowach.
Katarzyna: Książka Anji Rubik ma formę pytań i odpowiedzi. Mamy tu de facto gotowe narzędzie. Kiedy nie wiemy, co odpowiedzieć dziecku, wystarczy znaleźć stosowny fragment i go przeczytać. Zamiast snuć opowieści o bocianie i kapuście, można snuć opowieści z dziedziny biologii.
Maciej: Wydaje mi się, że duża część rzeczy, którymi zajmujemy się z Kasią, które nas bolą, które chcemy zmienić, w które się angażujemy, w istocie rzeczy sprowadza się do edukacji.
Katarzyna: Czasami nawet takiej podstawowej, na poziomie języka.
Maciej: Paradoks naszych czasów najlepiej streściła w mowie noblowskiej Olga Tokarczuk. Każdy z nas ma dostęp do całej wiedzy świata w swoim telefonie komórkowym, ale jakoś nie posuwa nas to do przodu. Przeciwnie. W internecie nieprawda szerzy się dużo lepiej i szybciej niż prawda. Pandemia pokazała, że mamy problem z zaufaniem do specjalistów i ekspertów razem wziętych, ponieważ w internecie czytamy co innego i czujemy się od nich mądrzejsi!

– Pomóc uchodźcom czy nie pomagać. Jednym wolno, innym nie wolno.
Katarzyna: Tu nie ma dylematu. Dla mnie i Maćka nie ma znaczenia, czy ktoś pochodzi z Afganistanu, Syrii, Iraku czy Ukrainy. Nikt nie powinien cierpieć z powodu strachu przed bombami, głodu, braku wody, dachu nad głową. Ja się na to nie zgadzam. Nie daję sobie prawa do oceniania, czyje życie więcej znaczy. Czy lepiej uratować kobietę, czy mężczyznę? Muzułmanina czy katolika? Nikt nie zasługuje na śmierć w lesie z głodu i zimna. Na granicy białoruskiej spotkaliśmy się z nieludzkimi historiami. A z drugiej strony poznaliśmy wielu fantastycznych mieszkańców tamtych terenów. Całe dnie i noce przez długie miesiące chodzili po lesie, zostawiając jedzenie i ciepłe okrycia dla uchodźców, pomagając chorym, biorąc ich pod swój dach, czasem odbierając porody martwych dzieci. Tragiczne, ale też budujące. Życie każdego człowieka jest bezcenne.
– Porażająco prosta prawda, ale może – jak Pan mówił – nadajemy się do reedukacji.
Katarzyna: Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, w szkole Staszka powstał punkt recepcyjny. Stamtąd zaprosiliśmy pierwszą rodzinę ukraińsko-afgańską, zdawaliśmy sobie sprawę, że muzułmanom trudniej będzie znaleźć miejsce. Byli u nas sześć dni. W czasie ich pobytu Staszek zapytał: „Dlaczego my nic nie robimy i nie
pomagamy?”. Spojrzeliśmy na siebie z Maćkiem z konsternacją. Dla Stasia fakt, że uchodźcy mieszkają w naszym domu, jest już normą. Dopiero przygotowanie torby z zabawkami i ubraniami dla ukraińskich dzieci uspokoiło jego sumienie. Maciek w nocy odwiózł naszych gości na dworzec, a następnego dnia rano zadzwonił domofon. To była sąsiadka: „Słyszałam, że już nie macie uchodźców? Może chcecie następnych?”. Tak pojawiła się u nas Ira, projektantka mebli z Kijowa, z dwójką swoich dzieci i dwójką dzieci przyjaciół ze Lwowa, którzy walczą na froncie.
Maciej: My, Polacy, upajamy się, jacy jesteśmy wspaniali, bo rzeczywiście jesteśmy. Na całym świecie Polska stała się symbolem pomocy uchodźcom. Jest jednak wstydliwy margines, o którym wszyscy chcą jak najszybciej zapomnieć – łącznie z miłościwie panującymi – i który jakoś dziwnie nie współgra z tym naszym największym od dekad sukcesem na arenie międzynarodowej. Uchodźcy na białoruskiej granicy to jest nasza narodowa trauma, która będzie do nas wracać. Będą o tym kręcić filmy i pisać książki.
– A Pan w jednym z tych filmów zagra i będzie powtórka z rozrywki. Dla Staszka uchodźcy w domu to standard, a dla Tadzia?
Katarzyna: Ostatnio czytaliśmy książeczkę o liczbach i liczeniu. Były tam różne pytania: ile masz lat, ilu masz braci? Na pytanie: „Ile osób mieszka w twoim domu?” Tadek westchnął zrezygnowany: „Ale tak z rodziny czy na serio? Bo jak na serio, to chyba nie umiem policzyć”.
Maciej: (śmiech) Zastanawiam się, co z tego naszego eksperymentu, naszego stylu życia, krótko mówiąc, przejmą nasze dzieci? Czy to się jakoś odbije na ich dorosłym życiu?
– I ku jakiej wizji Pan się skłania?
Maciej: Chciałoby się wierzyć, że oczywiście będą pomagać, ale to nie jest aż tak proste przełożenie. Moi rodzice byli i są dobrymi i ciepłymi ludźmi, wielu ludziom w różny sposób pomogli, ale nie do końca potrafię sobie nawet wyobrazić, żeby przyjęli kogoś pod swój dach. Ja poznałem Kasię i Kasia to coś we mnie uruchomiła. Co będzie z naszymi chłopakami? Nie wiem. Prawda jest taka, że nasza przyszłość zależy od tego, co się w niej wydarzy, kogo poznamy, kto nam co zrobi dobrego albo złego, co przeczytamy, na co zachorujemy, ile będziemy mieli forsy lub jej nie będziemy mieli. Ja miałem szczęście, że na swojej drodze spotkałem rudego anioła, który mnie pchnął w takim kierunku. Jakbym jej nie spotkał, nie byłoby mnie tu.
Katarzyna: Można pomagać i można nie pomagać. Tu nie ma dylematu.
Czytaj również: Maciej Stuhr ujawnił prawdę o ostatnich latach życia ojca. "To nie był ten sam człowiek"

