Los jej nie oszczędzał, dziś mówi wprost. „Trzeba zapłacić za to, że życie było takie szczęśliwe". Mimo to Ewa Szykulska kocha każdy dzień
Cisza, która przyszła po nim, nie jest zwykłą ciszą. Ma kształt wspomnień, powraca w krótkich błyskach i nie pozwala zapomnieć. Ewa Szykulska mówi o niej wprost: „Choruję na nieobecność”. Za tym jednym zdaniem kryje się historia miłości, która trwała 44 lata, i straty, której nie da się oswoić.

Ewa Szykulska nie ukrywa emocji. W rozmowie z Wysokimi Obcasami wspomina wielką miłość, bolesne pożegnania i życie, które po stracie trzeba ułożyć na nowo. „Choruję na nieobecność”, mówi wprost. W jej słowach jest zarówno ból, jak i siła. Bo choć straciła najbliższych, wciąż walczy.
Ewa Szykulska o stracie męża i bliskich
To była relacja, która nie potrzebowała formalności przez długie lata. Ewa Szykulska i Zbyszek Pernej byli razem przez 44 lata, a ślub wzięli dopiero po 17 latach związku. „Nie potrzebowaliśmy tego ślubu, ale Zbyszek vel Misiek przewidział, że kiedy się pobierzemy, będzie nam łatwiej w różnych sprawach życiowych", przyznała.
Poznali się w warszawskim Polmozbycie. Ona przyszła walczyć o naprawę swojego Fiata 126p bez kolejki. Iskra pojawiła się natychmiast. Zbyszek zapytał ją, czy zawsze chodzi w spodniach, a ona zauważyła, że on ma w swoich przykrótkie nogawki. Od tamtej chwili wszystko się zaczęło.
Był jej oparciem w codzienności. „Przecież ja jestem. Ty nie musisz…”, powtarzał. Dziś Ewa Szykulska mówi o nim bez cienia wątpliwości: „Misiek się mną po prostu zaopiekował. Nauczył mnie prosić o pomoc”. Ich życie było zwyczajne, ale pełne bliskości. On umysł ścisły, inżynier. Ona doskonała aktorka. Dwa światy, które stworzyły jedną historię.
Zanim pojawił się Zbyszek, był Janusz Kondratiuk. Reżyser i pierwszy mąż. Ich relacja była intensywna, pełna emocji. „Był moim wyobrażeniem faceta. Z Januszem było rzeczywiście jak na wulkanie – i połyskliwie, i kolorowo. Chciał, żebym była samodzielna”, wspominała.
Poznali się na studiach, a ich wspólna droga zaczęła się od filmu „Jak zdobyć pieniądze, kobietę i sławę”. Później przyszły „Dziewczyny do wzięcia”, dziś uznawane za kultowe. To właśnie tam Ewa wywalczyła swoją rolę. Płaczem i krzykiem. Ich małżeństwo trwało siedem lat. Było pełne pasji, ale i trudnych momentów. „Raz ona rzuciła w niego litrowym wekiem, który szczęśliwie go nie zabił, a raz on uderzył ją w twarz na planie filmu "Dziewczyny do wzięcia”, czytamy w Wysokich Obcasach. Po latach mówiła o tym bez unikania tematu. „Dziś wiem, że tym uderzeniem chciał, po pierwsze, skończyć moją pokazową histerię, a po drugie, co znacznie ważniejsze, Janusz miał swoją wizję artystyczną i dążył do jej realizacji. Może mi aktorskiej wyobraźni wtedy nie starczyło, żeby zagrać bez tego policzka”, dodała.
CZYTAJ TEŻ: Nazywano ich najpiękniejszą parą PRL-u. Zazdrość i głośny wywiad doprowadziły do smutnego finału

Ostatnia rozmowa w świt Bożego Narodzenia 2021 r. i cisza, która nie mija
Miłością jej życia okazał się jednak Zbigniew. Nic więc dziwnego, że największa cisza przyszła po jego śmierci. Ostatnia rozmowa odbyła się w świt Bożego Narodzenia 2021 r. „Po zabiegu chirurgicznym zadzwonił do mnie i długo gadaliśmy. Słyszałam, że jest szczęśliwy, i ja byłam szczęśliwa, że go słyszę. Już go nic nie bolało. Pytał mnie, jak ja się czuję. I przepraszał, że lekarze chcą go osadzić w szpitalu na dłużej. Bał się, czy sobie sama poradzę. I nagle pomyślałam, że go zamęczam, bo przecież jest po zabiegu i pod wpływem środków znieczulających, więc zdzwonimy się później, pa. To była nasza ostatnia rozmowa, w świt Bożego Narodzenia 2021 r”, wyznała.
Artystka w tej samej rozmowie dodała: „Kiedy odszedł mój mąż, nie chciałam żegnać się z jego ciałem przed spopieleniem. Mnie nie interesował jego „portret trumienny". Poprosiłam przyjaciół, żeby weszli i się z nim pożegnali, jeśli mają taką potrzebę. Ja paliłam na zewnątrz. Kiedy wyszli, wzruszeni, poprosiłam o zamknięcie wieka pudełka i dopiero wtedy ja weszłam. Dzięki temu nie mam w oczach człowieka, którego już nie ma. Mogę sobie wyobrażać jego uśmiech, na przykład ten, kiedy siedzieliśmy tutaj w kafejce, co zdarzało się bardzo często”, czytamy.
„Nie wyprałam go, chociaż zastanawiałam się, czy nie zwariowałam. Koc stał się symbolem tego, że tu był, i tego, że stało się, co się stało. Ubrań Miśka też nie oddała. Była gotowa podzielić się nimi z ludźmi, których oboje znali, ale ostatecznie wciąż zajmują szafy", dodała.
Najtrafniej opisuje swój stan jednym zdaniem: „Choruję na nieobecność”. I dodaje: „Rozmawiam sama ze sobą i sama sobie współczuję. Tego, że ja jestem obecna, a oni są nieobecni. Nieobecni, ale przecież są, rozumiesz? Od tego jest przecież cudowna pamięć”.
Śmierć była obecna w jej życiu wcześniej. Odeszła siostra, potem mama. Obrazy tych chwil nieustannie do niej wracają. „Siedzimy z siostrą, patrzymy na trumnę, a ona nagle znika w ogniu. Nie jestem na to przygotowana. Wyję. Bardzo teatralnie wyję”. Nie buntuje się przeciwko losowi: „Nie biadoliłam nad sobą: Boże, dlaczego mnie to spotkało. Powiedziałam sobie, że tak być musiało, że jego serduszko w końcu powiedziało: stop, w nosie mam, zacicham”.
Nie jest łatwo. „Staram się radzić sobie sama ze sobą, ale to nie jest takie proste”, mówi aktorka. „Mam ochotę na te parę kąsków życia. Ćwiczę dalej”. I choć przyznaje, że jest zmęczona, nie rezygnuje. Na koniec zostawia słowa, które brzmią jak gorzka, ale szczera refleksja: „Cholera jasna, tak się zastanawiam… Może teraz trzeba zapłacić za to, że to życie było takie szczęśliwe…”.
Źródło: Wysokie Obcasy.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie miała pojęcia, że flirtuje z przyszłym następcą tronu, dziś są razem od ponad 20 lat. Historia królewskiej pary Danii brzmi jak bajka
