Genialny artysta, miłośnik jamników i nikotyny. Odszedł David Hockney - złoty chłopiec i ukochany artysta Wielkiej Brytanii
Świat stracił dziś jednego z najwybitniejszych i najbardziej niepokornych współczesnych artystów. Na miesiąc przed swoimi 89. urodzinami odszedł David Hockney - malarz, rysownik, grafik, fotograf, scenograf, a prywatnie miłośnik jamników i niepoprawny palacz. W 2018 roku jego obraz został wylicytowany za kwotę ponad 90 milionów dolarów i stał się najdroższym sprzedanym dziełem żyjącego artysty. W dniu śmierci wybitnego twórcy przypominamy tekst, który ukazał się w 2024 roku w magazynie VIVA! Lifestyle.

- Marcin Brzeziński
Pisanie o Davidzie Hockneyu jest naprawdę ciężkim kawałkiem chleba. W jego biografii nie znajdziemy skandali, prób samobójczych czy załamań nerwowych (nieliczne przykłady przeczące tej tezie skrzętnie zgromadziłem i przedstawię w swoim czasie). Artysta nie żył nigdy w biedzie, a można wręcz powiedzieć, że zawsze miał dobrą rękę do nieruchomości. Hockney nie był niszczony przez krytykę ani porzucony przez któregoś z licznych partnerów i kochanków. Jego życiorys to już prawie dziewięć dekad niekończących się sukcesów i uwielbienia.
Jeśli tracił zainteresowanie jakąś formą twórczości, płynnie przechodził do kolejnej. I za nią też był chwalony przez najbardziej wpływowych recenzentów. Co tam chwalony! Wręcz wychwalany! Funkcjonował w świecie wysokiej sztuki, lecz jednocześnie miał niemalże status gwiazdy pop. Imprezował z Trumanem Capote, Mickiem Jaggerem i Manolo Blahnikiem. Który inny malarz wzbudził zainteresowanie serwisów plotkarskich? I to swoim obrazem? Udało się to właśnie Davidowi Hockneyowi, kiedy w 2023 roku zaprezentował portret Harry’ego Stylesa.
Artysta miał wtedy 86 lat! Ale czy z tego powodu, że jego życie było usłane angielskimi różami, nie zasługuje na tekst?
Dwa początki
A zatem zaczynamy. Może tak… Na początku lat 60. dwudziestoparoletni David Hockney zobaczył reklamę farb do włosów firmy Clairol. Padało w niej pytanie: „Is it true blondes have more fun?”, czyli „Czy to prawda, że blondynki bawią się lepiej?”. Hasło najwyraźniej przekonało Hockneya, bo przefarbował się na blond. Wyglądał jak pulchniejszy brat Andy’egoWarhola, ale miał w nosie oskarżenia o naśladownictwo. Gdy chodziło o frajdę, zabawę i radość, nie uznawał kompromisów. Tak samo było ze sztuką. Dużo później tłumaczył: „Współczesna twórczość wydaje mi się chłodna. Konceptualizm jest dla mnie pusty i całkowicie bezsensowny. Jest mi po prostu obcy. Zobaczyć nową sztukę to znaczy ją poczuć. Wielu krytyków uważa, że coś jest sztuką, jeśli jest nudne. A jeśli nie jest nudne, to nie może być sztuką. Moim zdaniem jest na odwrót. Jeśli coś jest nudne, to najprawdopodobniej nie jest sztuką, a jeśli porusza i zaciekawia, to jest prawdopodobnie dobrą sztuką. Wierzę w to, że sztuka powinna sprawiać przyjemność. Wokół jest tyle cierpienia – moją powinnością jako artysty jest przezwyciężać jego jałowość. Wierzę, że malarstwo może zmieniać świat”.
Można by oczywiście zacząć tekst o tym wyjątkowym malarzu zupełnie inaczej. Na przykład tak… Oglądanie wystaw stało się sportem ekstremalnym. Kilometrowe kolejki, internetowe zapisy na bilety. Trudno dostać się do paryskiego Luwru, hamburskiej Kunsthalle czy rzymskiej Galerii Borghese. Ale największe tłumy w historii współczesnego przemysłu kulturalnego można było oglądać w 2017 roku przed londyńską Tate Britain. Ekspozycja gromadziła imponujący zbiór obrazów, rysunków, fotografii i wideo, których autorem był obchodzący wtedy 80. urodziny brytyjski artysta David Hockney. Nie zabrakło na wystawie najbardziej znanych jego prac: podwójnego portretu pisarza Christophera Isherwooda i malarza Dona Bachardy czy pełnej słońca kalifornijskiej serii basenowej. Zdaniem krytyków charakteryzuje je „swobodna elegancja i niezmącona świetlistość”. A ona, jak wiadomo, bywa szczególnie poszukiwana nie tylko w deszczowym Londynie. Jednym z widzów wystawy był polski grafik i pisarz Marcin Wicha. On też zderzył się z trudnościami natury organizacyjnej: „Podobno w powszednie dni bywa tu mniej ludzi. Teraz kolejka zaczynała się już na ulicy. Po wejściu do środka mijała kasę, pokonywała kontrolę biletów i ciągnęła się dalej od obrazu do obrazu. Wewnątrz poruszała się wolniej i trochę lunatycznie z powodu słuchawek (audioprzewodnik ustalał choreografię). Wystawa nosiła tytuł »David Hockney. Sześćdziesiąt lat pracy«. Plakaty obiecywały żółto-czerwoną ziemię i niebo o barwie żelu do kąpieli. Obrazy przyjemne i atrakcyjne jak wspomnienia z lat 60. I chyba nikt nie był zawiedziony. Jednak ekspozycja opowiadała o czymś więcej. Kluczowym słowem okazała się »praca«, wysiłek szukania narzędzi i środków wyrazu. Zupełnie się tego nie spodziewałem zwiedziony przystępnością malarstwa Hockneya. Zresztą i tak przede wszystkim chciałem znaleźć dwa jamniki. Nazywały się Stanley i Boodgie”.
Marcin Wicha znalazł psy. I napisał o tym z właściwą sobie erudycją; „Nikt nie wie, jak miał na imię szczygieł Fabritiusa, zając Dürera czy tchórzofretka Damy. U Hockneya zwierzęta nie są anonimowe. Najsłynniejszy przykład to »Państwo Clark z Percym«, podwójny, a w zasadzie potrójny portret z lat 70. Co prawda w 2005 roku pani Clark ujawniła prasie, że eleganckie stworzenie na kolanach pana Clarka to kotka Blanche (prawdziwy Percy był kocurem ze skłonnością do tycia), ale Hockney odparł, że »Państwo Clark z Blanche« nie brzmiałoby tak dobrze. »A zresztą to mój tytuł« – dodał”. Co więcej, nasz artysta odnalazł w twórczości Hockneya odtrutkę na trudy własnej edukacji
w akademii sztuk pięknych: „Polskie uczelnie artystyczne tkwiły w lepkim uścisku koloryzmu. W ciągu tych kilku lat, gdy chciałem zostać malarzem, zdążyłem się dowiedzieć, że w obrazie nie może być anegdoty (literatura, a fuj!). Że kolor nie może być jaskrawy. Że farbę trzeba kłaść grubo, im grubiej, tym lepiej. Malować należy olejno i koniecznie na płótnie, wcześniej poddanym różnym odrażającym zabiegom. Najgorsze było nakładanie kleju kostnego”. A u brytyjskiego mistrza wyglądało to zupełnie inaczej! Była w nich przyjemność, radość, żadnej
udręki i cierpienia: „Nie nudź – odpowiadały obrazy Hockneya. – Weź aparat, zrób zdjęcie. Masz dość farb olejnych? Spróbuj akrylu”. W 1964 roku ku Hockney wyjechał z Europy. „Zamieszkał w Kalifornii, gdzie pogoda była jak drut (…). Jednak najważniejszą cechę swojego malarstwa przywiózł z domu. Był nią fundamentalny brak pokory”, zauważał zachwycony tym brakiem Wicha.

Bardzo duży plusk
Skoro początek, a nawet dwa, mamy już za sobą, możemy kontynuować opowieść bardziej klasycznie. David Hockney urodził się w 1937 roku
w Bradford w angielskim hrabstwie Yorkshire jako czwarte z pięciorga dzieci księgowego Kennetha Hockneya. Jego ojciec ze względu na swoje przekonania odmówił służby wojskowej w czasie II wojny światowej. Jego matka Laura, pobożna metodystka i wegetarianka, też była osobą o nieugiętych zasadach. Jak się szybko okazało, ich syn David raczej tych zasad nie lubił. Uczył się w Wellington Primary School i Bradford Grammar School. Uczniem był dosyć trudnym. Bardziej zainteresowanym kontaktami z kolegami niż nauczycielami i arytmetyką. Ale jego talent był tak ewidentny, że wybaczano mu naprawdę wiele. David Hockney wiedział, że chce zostać artystą już w wieku 11 lat. Ten cel skłonił go do zapisania się do Bradford School of Art w 1953 roku, a następnie do kontynuowania nauki w RoyaCollege of Art w Londynie. Już pod koniec pobytu w Bradford sprzedał pierwszy obraz – „Portret mojego ojca”, który był wystawiony w Leeds Art Gallery.
Kilka lat później, w 1961 roku, jego prace zostały zaprezentowane na przełomowej wystawie „Młodzi współcześni” obok prac kolegi ze studiów, Petera Blake’a (zaprojektował słynną okładkę albumu The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”). To wtedy pop-art eksplodował na brytyjskiej scenie artystycznej i rzucił wyzwanie konserwatywnym brytyjskim krytykom. Szokował również w inny sposób. Gejowską tematyką swoich prac. Homoerotyzm nie sposób przeoczyć na przykład w "Cleaning Teeth, Early Evening (10 pm) W11” („Czyszczenie zębów, wczesny wieczór (22.00) W11”) z 1962 roku, w którym dwie istoty przypominające strąki zaspokajają się nawzajem, a ich genitalia są przedstawione jako czerwone tubki pasty Colgate. Żeby zrozumieć odwagę podobnych obrazów, trzeba przypomnieć, że kontakty homoseksualne zostały zalegalizowane w Anglii i Walii w 1967 roku, w Szkocji w 1980 roku, a w Irlandii Północnej w 1982.„Publiczna manifestacja” orientacji homoseksualnej nadal pozostawała zakazana w całej Wielkiej Brytanii, przepis ten zniesiono w… 2000 roku. Owszem, przed Hockneyem byli już na Wyspach jawnie homoseksualni artyści, tacy jak wielki Francis Bacon. Ale jego sztuka była mroczna i zanurzona w cierpieniu. Hockney stawał po stronie radości i zabawy.
Wróćmy jednak do szacownej Royal College of Art. Od początku swojej drogi David Hockney mocno wierzył, że jego sztuka tłumaczy się sama i nie potrzebuje komentarza. W 1962 roku, by ukończyć uczelnię, musiał namalować modela z natury i napisać esej o swojej pracy. W ramach protestu Hockney zdecydował się stworzyć obraz zatytułowany „Life Painting for a Diploma” („Malowanie życia do dyplomu”). Napisania tekstu jednak stanowczo odmówił. Royal College of Art groziło i prosiło. Jednak popularność tego studenta szybko rosła, a jego talent był więcej niż oczywisty, co nie pozostawiło uczelni innego wyjścia, jak tylko… zmienić własny regulamin. Odtąd praca eksplikująca własną twórczość przestała być obowiązkowa. Jak już wiemy, w 1964 roku David Hockney przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do Los Angeles. Zaczął wchłaniać kolory Kalifornii, malować pełne światła krajobrazy, najsłynniejsze baseny w Los Angeles i życie pełne nieznanej w Anglii swobody. Tam też zainteresował się fotografią polaroidową. W tym okresie powstało wiele jego najsłynniejszych dzieł, m.in. „A Bigger Splash” z 1967 roku.
Oprócz kultowych krajobrazów i przedstawień skąpanych w słońcu basenów David Hockney skupiał się także na swoich ukochanych portretach. Rzadko przyjmował zlecenia, wolał malować członków rodziny, przyjaciół czy nieznajomych, których prosił o pozowanie. Pod koniec lat 60. Hockney zafascynował się portretami podwójnymi. W 1972 roku stworzył swoje prawdopodobnie najbardziej znane dzieło – tak się składa, że łączy ono dwa jego ulubione tematy: basen i portret podwójny. „Portrait of an Artist (Pool with Two Figures)” przedstawia pływającą pod wodą postać męską oraz swego byłego kochanka, malarza Petera Schlesingera. I tu muszą się państwo przygotować na spory szok. Ta słoneczna, lecz w pewien nieuchwytny sposób melancholijna scena nie rozgrywa się wcale w Kalifornii. To słońce i krajobraz francuskiegoSaint-Tropez! A jeśli chodzi o melancholię, „Portret artysty...” bywa czytany jako metafora rozstania, oddalenia czy rozpadu związku. Zbliżający się pod wodą do Schlesingera mężczyzna to przecież nie Hockney. On obserwuje sytuację z boku i uwiecznia ją na płótnie... Ten wyjątkowy obraz został po raz pierwszy sprzedany za 18 tysięcy dolarów. W listopadzie 2018 roku trafił na pierwsze strony gazet, ponieważ został wylicytowany za kwotę ponad 90 milionów dolarów, stając się najdroższym sprzedanym dziełem żyjącego artysty.
Wyjątki od reguły
Nie, nie zapomniałem. Przyszedł czas, by ujawnić fakty, które przeczą mojej początkowej tezie o życiu bez skazy, które jest od
prawie 90 lat udziałem naszego bohatera. Na przykład nie zawsze otrzymywał same pochlebne recenzje. Zwłaszcza ostatnio i zwłaszcza, gdy chodziło o prace wykonane za pomocą iPada czy iPhone’a. Wystawa w londyńskim Tate z 2017 roku, która oczarowała Marcina Wichę, nie wszystkim się podobała. Szczególnie okrutny był uznany krytyk „The Guardian” Adrian Searle: „Jest coraz gorzej. Jego niedawne połączenie malarstwa i fotografii cyfrowej to sprytny pomysł, ale artystyczna katastrofa. Miałem nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczę jego filmu z 2012 roku, na którym ludzie żonglują i kręcą hula-hoop, a tu jest przy samym wejściu na wystawę. To zniechęca, zanim jeszcze naprawdę zaczniesz.
Wesoła muzyka na akordeon sprawia, że mam ochotę uciec i więcej nie wrócić”.
Jednak podobne opinie nigdy nie robiły na Hockneyu żadnego wrażenia. Mimo to pewnych zdarzeń nie mógł w podobny sposób lekceważyć.
W 2013 roku wrócił do Los Angeles po ośmiu latach spędzonych w Bridlington w angielskim hrabstwie Yorkshire. Wrócił, choć wcale nie chciał, bo właśnie tam rozpoczął tak owocną przygodę z nowymi technologiami. Jednak po pierwsze, we wrześniu 2012 roku Hockney miał udar. Jak zwykle rano poszedł kupić gazetę, ale tego dnia nie był w stanie dokończyć zdania. Po drugie, w marcu kolejnego roku jeden z jego asystentów, 23-letni Dominic Elliott, będąc pod wpływem narkotyków, wypił środek do czyszczenia odpływów. Pogorszyła się też dziedziczna głuchota Hockneya i komunikowanie się z nim stało się prawdziwą sztuką…
Ale proszę się nie denerwować! David Hockney korzystnie sprzedał nieruchomość w Bridlington i odnalazł spokój w Los Angeles. Poczucie bezpieczeństwa w jego rezydencji ze słonecznym basenem daje mu też świadomość posiadania dwóch tysięcy papierosów marki Camel.
Bo jeśli państwo jeszcze tego nie wiedzą, malarz jest zatwardziałym nikotynistą i obrońcą praw palaczy.
Jak zakończyć tekst o kimś tak wyjątkowym? Mam dwie propozycje. Pierwsza z nich to cytat dotyczący sztuki i kondycji artysty,
a w szczególności artysty Davida Hockneya: „W pewnym sensie maluje się tylko dla siebie. Nie mam pojęcia, co miałbym robić, gdybym
nie mógł malować. Myślę, że gdybym nie pracował, oszalałbym”. W drugim zakończeniu David Hockney opowie nam dowcip, tak
jak to zrobił w jednym z licznych poświęconych sobie filmów dokumentalnych. „Przychodzi facet do lekarza i mówi: »Panie doktorze,
chciałbym żyć wiecznie«. Lekarz na to: »Proszę przestać pić, palić, uprawiać seks, chodzić na późne kolacje z przyjaciółmi. A właściwie w ogóle pozbyć się przyjaciół i rodziny«. Pacjent: »Dzięki temu będę żyć wiecznie?«. Lekarz: »Nie, nie. Ale tak wygląda życie, którego pan
pragnie!«. Dobre, co? (kaszel palacza) Naprawdę dobre!”
