Dziś Jerzy Antkowiak kończy 91 lat. Gdyby urodził się w Paryżu, byłby drugim Diorem!
Mały, uroczy sklep z kapeluszami w przedwojennym Wolsztynie. Czteroletni chłopiec biega między półkami, przebiera kolorowe wstążki, dopasowuje do kapeluszy i podaje zaskoczonym klientkom. “Bo trzeba wiedzieć, że przed wojną, wszystkie panie obowiązkowo nosiły kapelusze. To było jak kropka nad i, wykończenie stroju” - wyjaśni po latach “mały chłopiec”, czyli nasłynniejszy polski projektant mody czasów PRL Jerzy Antkowiak. Tak narodziła się jego największa życiowa pasja, jego miłość i jego zawód - projektowanie mody - kiedy jako dziecko pomagał swojej mamie, właścicielce sklepu z kapeluszami.

Urodził się 18 maja 1935 roku w Wolsztynie. Jednak w młodości wybierając kierunek studiów, zapomniał o kapeluszach i wstążkach. Wybrał malarstwo architektoniczne ze specjalnością ceramika na ASP we Wrocławiu. Chociaż, nawet jak rysował akty, to jednak zawsze musiał domalować fragment ubrania: jakąś udrapowaną materię, albo chociaż kokardę. Jedna z profesorek powiedziała mu kiedyś: „A nasz Jureczek konfekcję maluje”. Wtedy nawet nie wiedział, co to znaczy konfekcja. Chociaż już wtedy, razem z kolegami z roku, uprawiali modowe szaleństwo: farbowali ciuchy, nosili wielkie workowate swetrzyska, byli zafascynowani włoskim neorealizmem.
Cytaty pochodzą z wywiadu Ewy Wojciechowskiej z Jerzym Antkowiakiem w 2009 roku, w Komorowie.
Miłość od pierwszego wejrzenia
Na studiach pan Jerzy zafascynował się panią Daną. Jak wspomina w książce “Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody” zakochał się w przyszłej żonie, Danucie Piąty od pierwszego wejrzenia. Miała nietypową, cygańską urodę, czarne włosy i oczy, śniadą cerę, chłopięcą sylwetkę i chłodny, zdystansowany sposób bycia. To dla niej projektował pierwsze sukienki. Również tę ślubną. “Bardzo wstydziliśmy się powiedzieć krawcowej, że panna młoda spodziewa się dziecka. Ta jednak sama się zorientowała i nie komentowała tego. Zaprojektowaliśmy wspólnie suknie, zgodną z modą, spódnica odcięta w pasie, skrojona ze skosu, z pełnego koła”. Pan Jerzy do dziś pamięta każdy detal sukienki. Po ślubie z panią Daną, jak zawsze nazywał żonę, przeprowadzili się pod Warszawę, do Komorowa, gdzie mieszkali przez całe życie w pięknym domu z ogrodem. Tam wychowywali swoje dzieci: córkę Dominikę i syna Kajetana. Dominika była wyjątkowo uzdolniona tanecznie i do 40.roku życia tańczyła w balecie. Kajetan, na prośbę ojca, pracował jako model w Modzie Polskiej, chociaż nie do końca było mu z tym po drodze.

Oczarowanie i grom z jasnego nieba
Na początku lat 60. Jerzy Antkowiak, przez przypadek trafił do Pałacu Kultury na Wystawę Wzornictwa Przemysłowego, gdzie odbywał się pokaz Mody Polskiej. “Zaniemówiłem. Stanąłem jak wryty oglądając modelki na wybiegu prezentujące najnowszą kolekcję. Nie potrafię opisać tego stanu, ale po prostu poczułem, że to jest to! Nie namyślając się długo, poszedłem za kulisy, prosto do Jadwigi Grabowskiej, ówczesnej dyrektorki Mody Polskiej, wyroczni, zwanej polską Coco Chanel i patrząc jej śmiało w oczy wypaliłem, że moda jest dla mnie wszystkim, od dawna projektuję i chciałbym z nią pracować. Pani Jadwiga spojrzała na mnie i zapytała: „A co, ty chłopczyku w ogóle robisz?”, a ja na to, że skończyłem ceramikę na ASP, a ona: „To się świetnie składa, bo potrzebujemy serwisu do kawy”.
Serwis do kawy rzeczywiście później zaprojektował, ale żeby do tego doszło, przez całą noc, przed spotkaniem ze słynną Grabolką, rysował projekty, aby następnego dnia “udowodnić” swoją miłość do mody. Projekty miały wyglądać na „profesjonalne” i rysowane od kilkunastu lat, musiał je więc lekko pobrudzić, zalać trochę herbatą, pognieść. Jadwiga Grabowska obejrzała rysunki, szepcząc pod nosem do swojej asystentki: „No tak, ten mały rzeczywiście zna się na rzeczy”. I tak rozpoczęła się jego największa przygoda - w 1961 roku Antkowiak został zatrudniony w Modzie Polskiej.
Zaczynał od podawania butów Teresie Tuszyńskiej, która wówczas pracowała jako modelka Mody Polskiej, ale z czasem zyskał coraz większe zaufanie u Grabolki i pozwalała mu projektować kolekcje na wybieg. Głównie suknie wieczorowe i karnawałowe, bo to kochał najbardziej.
W czasach PRL, to była praca-marzenie. Nie tylko kreatywna i twórcza, z wyjątkowymi ludźmi, ówczesnymi gwiazdami estrady, ale dająca również możliwość wyjazdów zagranicznych, do Paryża! To było coś, o czym inni ludzie mogli tylko pomarzyć.
W Paryżu chłonęli kulturę i sztukę. Chodzili na wystawy do muzeów i do kina na filmy, które w Polsce były zakazane. Antkowiak poznał tam słynnego projektanta Teda Lapidusa, który woził ich po mieście kabrioletem, a później zaprosił go do współpracy przy zaprojektowaniu kolekcji w jego domu mody. “Dla niego to było normalne, ale niestety u nas okazało się, że to normalne nie jest. Mało tego, że to jest policzek dla naszego ustroju! Lapidus przesłał telegram do Mody Polskiej, że wyjedża na miesiąc w Alpy, zostawia mi mieszkanie i zaprasza do pracy. Ale u nas chodzili z tym listem jak ze śmierdzącym jajem, zastanawiali się co to znaczy, patrzyli na mnie podejrzanie, że mam jakieś kontakty zagraniczne. Oczywiście, nie pozwolili mi pojechać. Wysłałem mu telegram z podziękowaniem. Poradzono mi, żebym napisał, że to z powodu zobowiązań wobec Mody Polskiej, a nie, że mnie nie chcą puścić.”
Moda Polska jako tzw.przedsiębiorstwo państwowe podlegała cenzurze partyjnych sekretarzy, którzy oglądali każdą kolekcję przed jej premierą.
Jerzy Antkowiak miał do tego zdroworozsądkowe podejście i tak to wspomina: “Oni niby chcieli oceniać, ale byli zbyt prymitywni, żeby to robić. Przede wszystkim gapili się na nasze modelki. Ale oczywiście wygłaszali mądrości w stylu: No, moja żona by tego nie założyła! Mówiąc wprost, to było takie buraczane towarzystwo. Szli potem “z opinią” do swojego nadsekretarza, czy innego ministra i mówili mu: „No dobrze, dobrze, ciekawe to było towarzyszu, pójdziecie z żoną na pokaz, zobaczycie sami”.

Od głównego projektanta do … magazyniera
Swoją ostatnią kolekcję dla Mody Polskiej, Jerzy Antkowiak zaprojektował w 1998 roku. To zdecydowanie najbardziej bolesne i przykre wspomnienie dla niego:
“W 98 roku byłem po raz ostatni jako przedstawiciel Mody Polskiej na pokazach pret-a-porter w Paryżu. Po powrocie zrobiliśmy nasz pokaz. Wszyscy czuliśmy, że to koniec. Właścicielem firmy był już wówczas Kredyt Bank. Ostatni pokaz zrobiliśmy w siedzibie Mody, przy ul. Kubusia Puchatka, bo nie było pieniędzy na wynajęcie sali. Impreza przypominała bardziej stypę. Do małej salki, w której mieściło się kilka osób, wcisnęło się 60, trochę prasy i przyjaciół MP. Po pokazie upiliśmy się wszyscy z żalu. Nowy właściciel zaproponował mi później posadę magazyniera… I nawet się uśmiałem, bo pomyślałem: fajnie to będzie w moim życiorysie wyglądało: główny projektant MP, a potem magazynier.
Posady magazyniera pan Jerzy nie przyjął. Chociaż początkowo nawet chciał. Przyjaciele i znajomi z pracy, skutecznie mu odradzili.
Dziś pan Jerzy mieszka w swoim domu w Komorowie. Już sam. Ukochana pani Dana odeszła kilka lat temu. Jerzy Antkowiak przepracował jako projektant w Modzie Polskiej całe swoje życie. Pani Dana jako farmaceutka pracowała w aptece. Jako para byli jak ogień i woda, ale spędzili razem ponad 60 lat.

18 maja Jerzy Antkowiak skończył 91 lat i cały czas jest niezwykle czynny zawodowo: otwiera kolejne wystawy Mody Polskiej, maluje obrazy, pisze felietony o modzie. O zapomnianym panu Jerzym, przypomniał światu, inny projektant Tomasz Ossoliński, który w 2018 roku zorganizował pierwszą w historii, przekrojową wystawę projektów Mody Polskiej w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, a w 2024 roku przygotował również film dokumentalny “A jak Antkowiak”. Tradycyjnie w jego urodziny, do Komorowa zjeżdzają jego ukochane modelki i modele z Mody Polskiej. Pan Jerzy gotuje dla wszystkich gulasz! A potem siadają na werandzie przy urodzinowym torcie szacownego jubilata i wspominają dawne, piękne czasy.

Kiedyś Jerzy Antkowiak powiedział, że w czasach PRL-u było i straszno i śmieszno. Po latach dodał: "Jednak zdecydowanie uważam, ze w naszym kraju było bardziej śmieszno niż straszno. Bo naprawdę straszno, to było w Czechach, na Węgrzech, w NRD. U nas to były piękne czasy. Teraz, z perspektywy, doceniam jeszcze bardziej, że przez to, że czasy były tak ciężkie i siermiężne, wyzwalały w nas dodatkowa energię do tworzenia."
- SPRAWDŹ TEŻ: „Jesteśmy, jak stare małżeństwo!”, Jerzy Antkowiak o swojej przyjaźni z Tomaszem Ossolińskim
