Reklama

W wywiadzie Dorota Szelągowska opowiada o cenie rozpoznawalności, życiu między Polską a Hiszpanią oraz o tym, jak naprawdę radzi sobie z falą internetowej krytyki. Katarzynie Piątkowskiej mówi wprost o trudnym dzieciństwie, pierwszych zarobionych pieniądzach oddawanych mamie i o tym, że nie wstydzi się ani szczęścia, ani wsparcia znanej matki. To rozmowa o wdzięczności, pokorze i o świecie, który coraz częściej ją zdumiewa – i nie zawsze pozytywnie.

Dorota Szelągowska o hejcie i znanej mamie. Wywiad VIVA!

[...]

– Z hejtem, zdaje się, jesteś za pan brat.

Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś we mnie nie będzie się podobało. Ale nie będę oszukiwać, że to mnie nie rusza. Często mam myśl, że chciałabym pieprznąć wszystko i wyjechać gdzieś daleko.

– Na przykład do Hiszpanii?

Tam mam dom i staram się być najczęściej, jak się da, bo wiem, że życie w małych społecznościach wygląda zupełnie inaczej. Można żyć z dala od turystów, od mediów społecznościowych, za to znając swoich sąsiadów i widząc naprawdę proste życie. Kiedyś byłam rozczarowana światem, a teraz nieustająco trwam w zdumieniu. Albo nawet niezrozumieniu.

– Czego nie rozumiesz?

Najbardziej tego, że ludzie niepytani mają pomysł, żeby komentować kogoś lub coś, i to zazwyczaj negatywnie. Kiedyś myślałam, bo mówimy w dużej mierze o komentarzach w internecie, że piszą je ludzie, którzy nie mają świadomości, że po drugiej stronie ekranu też jest człowiek. I że jak się im to wytłumaczy, to będzie im głupio… Teraz wiem, że oni robią to specjalnie. Chcą kogoś zranić. Cieszą się z czyjegoś cierpienia. I mi się to po prostu nie mieści w głowie. Chciałabym, żeby ludzi dobrej woli było więcej, ale coraz mniej w to wierzę.

Dorota Szelągowska, VIVA! 4/2026
Dorota Szelągowska, VIVA! 4/2026 Fot. Marta Wojtal

– Ludzie lubią komentować, że wszystko zawdzięczasz mamie?

Ale to święta prawda, bo ja jej naprawdę wszystko zawdzięczam. Przede wszystkim życie. I to, kim jestem, jak wyglądam, i to, że mam zgrabne nogi. Ale też pierwsze większe pieniądze i pierwsze mieszkanie. A wcześniej bardzo trudną historię, ale bardzo ważną i dobrą w tym wszystkim. Pochodzę z rodziny, w której totalnie nie było kasy. Wiem, co to znaczy iść kawał drogi do szkoły przez zaspy śniegu przy minus 15 stopniach. Wiem, co to znaczy nie mieć nic w lodówce, a pierwsze pensje oddawać mamie, żeby pomóc w domu.

– A jednak los się odwrócił.

Spotkało mnie niesamowite szczęście, że dzisiaj jestem tu, gdzie jestem.

– Szczęście? A nie ciężka praca?

Pewnie, że ciężko pracowałam na to, co mam, ale to nie wystarczy. To przecież szczęście, że na swojej drodze spotkałam takie, a nie inne osoby. Że byłam w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Na wiele rzeczy zapracowałam, a wiele po prostu mi się udało i nie ma w tym nic złego. Żeby wygrać na loterii, też trzeba kupić los. A reszta to szczęście, rachunek prawdopodobieństwa, przeznaczenie? Zależy, w co kto wierzy. Nie będę się wypierać mamy i narzekać, jak jest ciężko być dzieckiem znanego rodzica. Co prawda moja mama zaczęła być znana, jak już byłam dorosła i pracowałam w telewizji, ale żyjemy w czasach, kiedy oskarżamy się nawzajem o nepotyzm i nie lubimy, jak się komuś coś udaje. I tracimy przyjaciół, gdy odnosimy sukces.

[...]


Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 26 lutego.

VIVA 4/2026 okładka
Fot. Marta Wojtal
Reklama
Reklama
Reklama