Do dziś jest inspiracją, ale mało kto wie, że żyła jak królowa. Po wielu latach prawnuczka Tamary Łempickiej ujawniła jej tajemnice
Miała problem z werbalnym wyrażaniem miłości, ale okazywała ją na różne sposoby. W jej świecie wszystko musiało być perfekcyjne, jak ona sama. „Była utalentowana, kulturalna, piękna i pełna pasji. Może stać się wzorem dla wielu kobiet”, mówi o Tamarze Łempickiej jej prawnuczka Marisa de Lempicka.

- Elżbieta Pawełek
- , Karol Sowa
Marisa w sukience i czepku ręcznie uszytych przez jej prababcię, Tamarę Łempicką. Spotkały się po raz pierwszy w Cuernavaca w Meksyku – Marisa miała pięć lat, Tamara 78. Jak wspomina, spędziła tu „kilka cudownych wakacji”.
Przypominamy archiwalny wywiad z prawnuczką Tamary Łempickiej, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w 2025 roku
Tamara Łempicka oczami prawnuczki. Życie, charakter i relacje
Przyjechałaś specjalnie z Aspen do Warszawy na wystawę Artshow, na zaproszenie Vitkacy.com, producenta poduszek, aby opowiedzieć o swojej legendarnej prababce Tamarze Łempickiej i pokazać niektóre jej rysunki. Czy miałaś okazję ją poznać?
Oczywiście. Po raz pierwszy spotkałyśmy się, gdy miałam pięć lat, a ona już 78, ale wszystko pamiętam. Zaprosiła mnie z moją siostrą i mamą do swojej meksykańskiej posiadłości Tres Bambus w Cuernavaca. Nasza podróż z Buenos Aires, gdzie mieszkałyśmy, z przesiadką w Peru – do Mexico City, trwała 20 godzin. Na miejsce dowiózł nas szofer Tamary…
Jak ją odebrałaś?
Wyglądała jak królowa i miała maniery królowej. Nigdy wcześniej nikogo takiego nie spotkałam. Miała na sobie długą tunikę własnego projektu i ogromny kapelusz. Złote bransolety z diamentami wydawały się ogromne na jej szczupłych nadgarstkach, tak samo jak wieczny pierścień na jej palcu, który dostała od swojego wielbiciela Gabriele’a D’Annunzia prawie pół wieku wcześniej. Jej twarz była pełna zmarszczek od nadmiernego opalania się i palenia papierosów. Uderzyły mnie zwłaszcza jej oczy. Ogromne, przeszywające, w kolorze niebieskiej wody, podkreślone cienką czarną kreską, dodającą dramatyzmu. Była w nich siła, ale też łagodność.
Czy to prawda, że nie chciała, żeby mówić do niej „babciu”?
Tak. Nie pozwalała nazywać siebie babcią, prababcią czy w podobny sposób. Oznaczałoby to, że jest bardzo stara, a starości nie lubiła. Jak tylko mnie poznała, otworzyła ramiona i powiedziała: „Możesz nazywać mnie Chérie, kochana”. I wszyscy nazywaliśmy ją „Chérie”. Ona zaś nazywała nas „dziewczynkami”, mnie i moją młodszą siostrę Cristinę, moją mamę i babcię Kizette. Tak więc dla trzech pokoleń Łempickich Tamara była „Chérie”.
„Chérie” nie miała zwyczaju przytulać swoich wnuczek. Czy była osobą oziębłą?
Cóż znowu. Nie była typową babcią. Nie tuliła, nie okazywała miłości werbalnie, ale wyrażała ją w inny sposób. Kiedy z nami rozmawiała, poświęcała nam sto procent uwagi. Można było przy niej poczuć się kimś ważnym i bardzo wielu rzeczy się nauczyć. Zapłaciła za naszą podróż z Argentyny, zapewniła piękny dom i cudowne doświadczenia. W ten sposób również okazała nam swoją miłość.
Uchodziła za ikonę mody, kreacje dla niej szyli najwięksi projektanci, ale dla swoich prawnuczek sama uszyła sukienki. Czy chociaż Wam się spodobały?
To było niesamowite, bo uszyła je ręcznie. Pamiętam, jak siedziała w salonie przy basenie i szyła te sukienki. Dla każdej po dwie. Był to jeszcze jeden z dowodów jej miłości. Jedna była biała w niebieskie kropki, druga zaś biała z różowymi paskami i wielką kokardą. Do każdej był dopasowany berecik. Podobały nam się sukienki, ale bereciki już nie. Swędziały nas od nich głowy, chociaż nosiłyśmy je z dumą. Rozumiałyśmy, że „Chérie” poświęciła swój cenny czas i energię, by stworzyć dla nas coś ekstra. Byłyśmy więc bardzo wdzięczne i szczęśliwe.
CZYTAJ TEŻ: Ma 71 lat i zachwyca formą! Teściowa Brooklyna Beckhama była wziętą modelką

Meksyk, kariera i legenda. Fakty z życia Tamary Łempickiej
Jej meksykańska willa musiała robić na Was wrażenie…
Zakochałam się w niej. Była otwarta na basen i piękny japoński ogród, bo Tamara uwielbiała naturalne światło. To jedne z najszczęśliwszych wspomnień z mojego dzieciństwa. Cały dom pachniał tuberozą. Wszędzie stały bukiety ze świeżych kwiatów, po które raz w tygodniu moja prababka posyłała swoją kucharkę na targ. Wszystko w domu było białe i lawendowe, od sypialni, salonu aż po jadalnię. Ściany i kanapy, jej łóżko miały jasny lawendowy kolor. A jeśli coś nie było w tym kolorze, kazała to przemalować. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. To zabawne, bo kiedy kupiła ten dom, był tam czarny lakier, dużo pomarańczowego i czerwonego. Ale wtedy kochała już jasne kolory zamiast wyrazistych kolorów z epoki art déco.
Kochała też wydawać przyjęcia…
O tak, w każdym calu była perfekcjonistką. Wszystko musiało być tak, jak chciała. Dom, lawenda i biel, świeże kwiaty, obsługa podczas lunchu, który zazwyczaj był wielkim wydarzeniem. Uczyła swój personel, jak podawać do stołu w stary europejski sposób. Pokojówce pokazała, jak składać serwetki, więc jednego dnia miały kształt gołębia, innego kształt kwiatu czy wachlarza. Siadaliśmy do lunchu na tarasie w cieniu bananowców. Wyobraź sobie, że stół był codziennie nakryty w innym meksykańskim kolorze – fuksji, turkusu, żółci, fioletu. Przychodziły tam znane osobistości, takie jak ostatnia królowa Włoch Maria Józefa Belgijska, jedna z jej najlepszych przyjaciółek, szach Iranu, znani artyści i pisarze, w tym laureat literackiej Nagrody Nobla Octavio Paz, czy jej dobry przyjaciel, znakomity meksykański rzeźbiarz Victor Contreras.
Rozmawiałam z nim, był w niej szaleńczo zakochany, nieprawdaż?
Nie wiem. Był od niej prawie 30 lat młodszy. I szczerze mówiąc, lubił mężczyzn. Niedawno odszedł. Myślę, że bardzo ją podziwiał i adorował. Potrafił też rozśmieszyć, kiedy była smutna. Był mocno zaangażowany w życie społeczności w Cuernavaca i zapraszał Tamarę na imprezy czy do kościoła w niedzielę. Victor razem z moją babcią Kizette wykonali ostatnią wolę Tamary. Tak jak chciała, rozsypali jej prochy nad wulkanem Popocatépetl, który widziała ze swojego domu, przy czym turbulencje były tak wielkie, że omal nie wypadli z helikoptera, a jeszcze Kizette cierpiała na klaustrofobię…
Czego się nie robi dla królowej…
Tamara dostawała zawsze to, co chciała. Miała silną osobowość, wszystko musiało być po jej myśli. Była przy tym szalenie oryginalna. W malarstwie rozwinęła własny, niezwykle unikalny styl, jakiego wcześniej nie znano. Połączyła swoich ukochanych mistrzów renesansu i manieryzmu, bo widzimy w jej obrazach piękne, świecące się ciała, z ówczesnym modernizmem, z samochodami, ze strojami i oczywiście z kubizmem. Okazała się bystra i inteligentna i doskonale wiedziała, co działo się w świecie. No cóż, czytała pięć gazet dziennie w różnych językach. Niewiele kobiet mogło jej dorównać.
Dlaczego ostatnie lata życia spędziła w Meksyku?
W latach 70., mieszkając w Houston w Teksasie, często jeździła tam na wakacje. Znała więc Meksyk wcześniej, a z Houston nie czuła się związana. Poza tym w Cuernavaca mieszkało wielu europejskich emigrantów, więc było to dla niej idealne miejsce na emeryturę. Znów mogła sobie pozwolić na królewskie życie, na szofera, kucharza, sprzątaczkę i ogrodnika, którzy troskliwie zajmowali się jej domem, a także nią samą. Opiekowali się Tamarą, a przy tym ją kochali. To się czuło w tym domu.
Łempicka była obywatelką świata, ale do końca tęskniła za Polską?
Jeśli pytano ją o jej rodowód, zawsze mówiła, że jest Polką. Rozmawiała często ze swoją córką Kizette po polsku, kiedy nie chciała, żeby je podsłuchiwano. To był ich sekretny język. Gotowała polskie jedzenie na święta. Myślę, że bardzo chciała przyjechać do Polski, ale za każdym razem coś stało na przeszkodzie, najczęściej niepewna sytuacja polityczna.

Słyszałam, że denerwowała się, kiedy nazywano ją Rosjanką?
Nie chcę wchodzić w politykę, ale nie lubiła Rosjan. Przetrwała rewolucję rosyjską. Mieszkała wtedy w Petersburgu ze swoim mężem Tadeuszem Łempickim i to było traumatyczne przeżycie. W jednej chwili stracili wszystko. Piękny dom, przyjaciół i dostatnie życie, bo Tadeusz był prawnikiem cara w rosyjskich sądach. Z nastaniem rewolucji trafił do bolszewickiego więzienia, po którym nie potrafił już się podnieść, co zaciążyło na ich dalszym życiu w Paryżu. Nie mógł zmusić się do jakiejkolwiek pracy, Tamara więc sama musiała zarabiać na utrzymywanie rodziny, bo mieli już wtedy dziecko.
Jednak Paryż przyniósł jej szczęście i wkrótce stała się sławną malarką, niekwestionowaną królową art déco.
W karierze pomogła jej utalentowana siostra Adrianna Górska, jedna z pierwszych kobiet w Europie z dyplomem architekta. Zachęciła ją do malowania w stylu modernizmu, który był wówczas czymś nowym. Tamara to podchwyciła, ale nie zamierzała być tylko malarką. Chciała stać się najbardziej rozchwytywaną portrecistką i żądać za swoje obrazy jak najwięcej pieniędzy. Wkrótce ustawiały się do niej kolejki chętnych, bo każdy chciał mieć w domu „Łempicką”.
Okazała się mistrzynią autopromocji, w czym pomogły jej liczne skandale obyczajowe. Dziś pewnie odnosiłaby sukcesy jako celebrytka?
Prawdopodobnie byłaby sławną celebrytką. Jej obrazy stały się teraz bardzo modne. Wiele z nich trafiło do prywatnych kolekcji, między innymi Barbry Streisand. Najwięcej dzieł Tamary posiada jednak Madonna, która naśladowała jej styl w teledyskach do swoich piosenek, takich jak „Open Your Heart” czy „Express Yourself”. Obrazy Łempickiej wykorzystywano w scenografiach filmowych, powstały o niej filmy dokumentalne i musical, który zebrał świetne recenzje na Broadwayu. Łempicka inspiruje artystów, kreatorów mody, twórców reklamy, a nawet gier wideo. Japońska firma kosmetyczna Shiseido wzorowała swoją kampanię reklamową na życiu Tamary i nazwała ją „Nieustraszone piękno”. „Chéri” pokochałaby tę nazwę.
Obrazy Tamary Łempickiej biją rekordy w domach aukcyjnych. „Różową tunikę” wylicytowano za ponad 13 milionów dolarów, a „Portret Marjorie Ferry” za 21 milionów dolarów. Co można zrobić z taką fortuną?
Chciałabym ją mieć, naprawdę, ale obrazy pochodziły z prywatnej kolekcji. Pamiętajmy, że w latach 20. i 30. Tamara malowała na zamówienie klientów portrety, które przeszły na własność ich rodzin. A przed śmiercią kilka swoich dzieł, takich jak portret Tadeusza czy słynną dziewczynę w zielonej sukience, podarowała Centrum Pompidou. Była bardzo mądra, chciała zostać zapamiętana jako wielka malarka. Dzięki temu dzisiaj możemy organizować wystawy jej obrazów, wypożyczając je z muzeów. Bliskie memu sercu stało się też przedsięwzięcie podjęte wspólnie z polskim Wydawnictwem BoSz, któremu zawdzięczamy trzy piękne albumy prezentujące obrazy Łempickiej, w tym ostatni wyjątkowy, bardzo ekskluzywny z najpiękniejszymi reprodukcjami.
Po prababce masz nie tylko nazwisko, ale też zamiłowanie do sztuki. Nie od razu jednak zdecydowałaś się na prowadzenie fundacji Tamara de Lempicka Estate LLC?
Robię to dopiero od pięciu lat, odkąd moja matka Victoria, która ją prowadziła, przeszła na emeryturę. Wcześniej zajmowałam się nieruchomościami. Pracowałam w hotelach, na statkach wycieczkowych. Zarządzałam też firmą rozrywkową w Argentynie, więc było to inne życie. Ale wydaje mi się, że życie z Tamarą jest o wiele bardziej interesujące. Czuję, że jest to moje przeznaczenie, bo dzięki Tamarze i jej sztuce mogę podróżować, poznawać ludzi na całym świecie. Chciałabym, aby jej sztuka i historia jej życia inspirowały ludzi na całym globie. W pewnym sensie jest to moja misja. Mam też nadzieję, że wkrótce uda się stworzyć fundację, która będzie wspierać kobiety artystki i biznesmenki na całym świecie. Cristina, moja siostra, „Malutka”, jak nazywała ją Tamara, poświęciła życie ratowaniu zwierząt i swojej pasji, którą stały się konie. Wspomaga także amazonki w realizacji ich marzeń. W przeciwieństwie do mnie wykazuje też pewien talent malarski po prababce.
Który z obrazów Tamary lubisz najbardziej?
Oczywiście „Autoportret w zielonym bugatti”. Obraz najpierw nazywał się „Mon Portrait”. A kiedy dziennikarz zapytał Tamarę: „Co to za samochód, którym jeździsz?”, odpowiedziała: „Oczywiście bugatti”. Naprawdę jeździła niedużym, żółtym renault. Ale namalowała siebie w bugatti, najdroższym samochodzie świata w tamtych czasach. Ten słynny obraz przedstawia ją jako przykład dla niezależnych, silnych kobiet, odpowiedzialnych za swoje życie. A przy tym efektownych i pięknych. Obraz powstał w 1929 roku i wciąż, prawie sto lat później, pokazuje na wskroś nowoczesną kobietę.
Czy Tamara może być wzorem dla współczesnych kobiet?
Z całą pewnością tak. Jej ciężka praca i determinacja są imponujące. Przeżyła dwie wojny światowe, rewolucję bolszewicką, wielki kryzys 1923 roku i hiszpańską wojnę domową. Uciekając z Rosji, stała się uchodźczynią, tak jak wiele dzisiejszych kobiet szukających dla siebie nowego miejsca na ziemi. Wiedziała, czym jest dyskryminacja, z powodu bycia kobietą malarką. Zmagała się z depresją i lękiem, a pomimo tego odniosła wielki sukces. Była utalentowana, kulturalna, piękna i pełna pasji. To zaszczyt być jej prawnuczką.
Rozmawiała Elżbieta Pawełek.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Poznali się przez Internet, po roku powiedzieli sobie „tak”. Oto historia miłości Poli i Michała Wiśniewskich
