Bez niej wielkość Krzysztofa Pendereckiego miałaby dziś zupełnie inny wymiar. W rozmowie z VIVĄ! Andrzej Giza ujawnia kulisy słynnego małżeństwa
Przez 30 lat pracował u boku Elżbiety Pendereckiej i współtworzył jedne z najważniejszych wydarzeń muzyki klasycznej. Andrzej Giza w rozmowie z VIVĄ! wspomina kulisy tej niezwykłej współpracy oraz opowiada historie z życia państwa Pendereckich.

Przez trzy dekady był jednym z najbliższych współpracowników Elżbiety Pendereckiej. Andrzej Giza, dziś prezes Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena, w rozmowie z Katarzyną Piątkowską dla VIVY! wraca do niezwykłych historii z życia państwa Pendereckich – od kulis organizacji prestiżowych festiwali po prywatne anegdoty, które pokazują ich z zupełnie innej, bardziej osobistej strony.
TYLKO W VIVIE!: Andrzej Giza o Elżbiecie i Krzysztofie Pendereckich. Tak pojawił się w ich życiu
Andrzej Giza: Kochała tatara, a razem z Krzysztofem uwielbiali też wędzone węgorze ze zmrożoną wódką. Ile to razy, kiedy byliśmy na przykład w Gdańsku, prosiła mnie, żebym jechał do Sopotu, do kultowego baru Przystań po jej ukochane ryby. Kiedyś powiedziała: „Andrzejku, wyprawiam przyjęcie. Potrzebuję ze 14 węgorzy. Pojedź, proszę”. Pojechałem. A muszę zaznaczyć, i jest to ważne dla tej opowieści, że były to czasy, kiedy nie pakowano jedzenia próżniowo. A my wracaliśmy do Krakowa ostatnim samolotem, którym zazwyczaj latali politycy, ludzie kultury, krakowska elita. Pani Elżbieta, jako senatorka LOT-u, siedziała w pierwszym rzędzie, a ja z węgorzami zapakowanymi w papier gdzieś z tyłu. Po krótkim czasie podróżni zaczęli się nerwowo rozglądać i szeptać, bo swąd na pokładzie zrobił się koszmarny. Pani Elżbieta dołączyła do szepczącego towarzystwa i wtórowała pozostałym: „Co za wstyd! Co to za ludzie!”. Nie mogła się przyznać, że to jej ryby. Gdy wylądowaliśmy, ludzie lustrowali mnie, co to za człowiek z wędzonymi rybami po Polsce lata. A ja wiedziałem dokładnie, co myśli pani Penderecka: „Tylko nie podchodź do mnie, żeby nikt nie domyślił się, że to moje węgorze, później to załatwimy”.
– I co było później?
Podziękowała mi i powiedziała: „Wiesz co, może ja ci dam ze dwa te węgorze?”. Jeszcze w październiku przed jej śmiercią byłem w Gdańsku i znów pojechałem do Sopotu po węgorze, żeby jej zrobić niespodziankę. Popłakała się ze wzruszenia, że pamiętałem. […]
– Do Krzysztofa Pendereckiego mówiłeś po imieniu, a do Elżbiety Pendereckiej „pani”?
Pani Elżbieta wielokrotnie mi proponowała przejście na „ty”, ale ja nie chciałem. Ona była wybitną postacią, która zawsze lubiła postawić na swoim, a ja czułem, że gdybym skrócił dystans między nami, musiałbym na wszystko się zgadzać. Uznałem, że nie jest to stosowne. […]

– Jak pojawiłeś się w życiu państwa Pendereckich?
Miałem starożytne zainteresowania, studiowałem historię sztuki i pewnego razu mój profesor uznał, że nadawałbym się do pracy w biurze organizującym projekt Kraków 2000 – Europejskie Miasto Kultury. Dostałem zlecenie przygotowania założeń międzynarodowej promocji roku Krzysztofa Pendereckiego. Nie znałem pani Pendereckiej, ale czytałem o niej w kolorowych magazynach. Uznałem, że jest osobą jak każda inna. Zadzwoniłem i mówię: „Dzień dobry, musimy się spotkać, tylko nie mam za wiele czasu. Może by pani przyjechała do mnie dzisiaj albo we czwartek. Będę miał dla pani godzinę”. Dzisiaj wiem, że nikt tak z nią nie rozmawiał. Pierwszy i ostatni raz przyjechała wtedy przed czasem, wpadła do biura i zaczęła krzyczeć: „Kto to jest ten Giza?! Co to za bezczelność?!”. Stałem akurat przy niej, wyciągnąłem rękę i się przedstawiłem. „Andrzej Giza, szalenie mi miło”. Ona się zmitygowała i mówi: „Szalenie mi miło, Elżbieta Penderecka”. Potem już spotykaliśmy się w jej domu. Pewnego razu omawialiśmy jakieś szczegóły w salonie, gdy przyjechali Andrzej Wajda i Stanisław Radwan na kolaudację filmu „Katyń”, do którego Krzysztof Penderecki napisał muzykę. Krzysztof wszedł i mówi: „Elżbietko, czy bylibyście tak mili i się usunęli z Andrzejem, bo będziemy film oglądać”. A pani Elżbieta odparła: „Poczekajcie sobie w kuchni, my naprawdę o ważnych rzeczach rozmawiamy”. I czekali w kuchni. […]
– Przez 30 lat nazbierałeś anegdot i wspomnień.
Państwo Pendereccy byli szalenie inspirującymi osobami, a ja zjeździłem z nimi cały świat. Mieli wpływ na postrzeganie Polski w świecie, wpłynęli na rozwój karier wielu osób. Ale przede wszystkim pani Elżbieta motywowała męża do pracy, do kolejnych koncertów, podróży. Bez niej wielkość Krzysztofa Pendereckiego… miałaby dziś zupełnie inny wymiar. I zawsze mi powtarzała: „Pamiętaj, ja sygnuję to swoim nazwiskiem, a moje nazwisko nie należy do mnie, tylko należy do świata”.


– Rozumiem, że najczęściej wtedy, kiedy musiałeś powiedzieć, że coś może się nie udać.
Tak, na przykład wtedy, kiedy zapraszała na jeden festiwal pięć wielkich orkiestr, a każda taka orkiestra kosztowała na przykład około miliona złotych i ja wiedziałem, że nas po prostu nie stać. Ale ona już zaprosiła, a ja musiałem część z nich odwołać.
– W jakim stanie są Twoje nerwy?
Wydaje mi się, że w niezłym, choć przez te lata wielokrotnie miałem momenty, że chciałem wszystko rzucić. Niewiele osób wytrwało tyle lat co ja i muszę przyznać, że organizacja festiwalu jest wyczerpująca i fizycznie, i psychicznie.
– Szczególnie teraz, kiedy po raz pierwszy festiwal odbędzie się bez pani Pendereckiej?
Mam świadomość, że mnóstwo osób patrzy mi na ręce.
– Czy to nie było dla nich oczywiste, że to Ty przejmiesz po pani Pendereckiej fotel prezesa stowarzyszenia i dyrektora generalnego festiwalu?
Myśmy o tym rozmawiali wielokrotnie, ale mi się wydaje, że pani Elżbieta nie przyjmowała do wiadomości tego, że w pewnym momencie miałaby oddać festiwal w inne ręce, nawet zaufanej osoby. Ten projekt był dla niej niezwykle ważny. Ona go kreowała, była jego twarzą i on wyznaczał rytm jej kalendarza. […]
– Rozmowa z Tobą też jest szalona. Zaczęliśmy od węgorzy, a kończymy na ptakach.
(Śmiech). Jest jak życie, pełna śmiechu i łez. Na festiwalu bywają politycy, dyplomaci, artyści i ornitolodzy stowarzyszeni w organizacji Birds and Travel. Wyobraź sobie, że oni wstawali o czwartej rano i biegli nad Wisłę oglądać i nagrywać przelatujące ptaki. Wieczorem w eleganckich strojach siedzieli w Filharmonii Narodowej. Czekam już na te spotkania. Takie jak to sprzed lat z panią prezydentową Anną Komorowską i żoną ówczesnego prezydenta Węgier. W przerwie koncertu rozmawialiśmy o przygotowywaniu gulaszu. Wdaliśmy się w gorącą dyskusję na temat zamykania papryki w tłuszczu. Pamiętam, że wtedy usłyszałem głos pani Pendereckiej: „Andrzej! To wstyd! Co ty robisz? Uczysz panią prezydentową w filharmonii gulasz gotować?!”. Miałem z panią Penderecką ciekawe życie, a w pamięci mam mnóstwo wspaniałych historii. A co przyniesie przyszłość? Jestem realistą, ale nastawionym pozytywnie.
TYLKO W VIVIE!: Nie zakochał się w aktorce. W Ewie Gawryluk zobaczył coś znacznie ważniejszego. Dziś są małżeństwem
Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 12 marca.
