Bez nich nie byłoby Oscarów. Polacy, którzy wymyślili Hollywood
Hollywood miało być tylko przystankiem w drodze do lepszego życia. Stało się imperium. A jego fundamenty położyli imigranci z polskich ziem – synowie krawców, handlarzy i ubogich żydowskich rodzin spod zaborów. Zaczynali od zera, kończyli jako architekci największej machiny marzeń XX wieku.

- Elżbieta Pawełek
Hollywood. Cudowne dziecko Ameryki, co roku trawione oscarową gorączką. W Alei Gwiazd znajdziemy odciski dłoni i stóp ponad 160 gwiazd, w tym Elizabeth Taylor, Marilyn Monroe, Humphreya Bogarta czy Franka Sinatry. Gdyby ktoś się zagubił, to słynny napis na wzgórzach pozwoli mu się odnaleźć. This is Hollywood. Witajcie w fabryce snów! Być może Hollywood pozostałoby zapyziałą dzielnicą w Mieście Aniołów, gdyby nie Polacy, którzy dotarli tu w poszukiwaniu lepszego życia. Wszyscy pochodzili z polskich ziem, znajdujących się wówczas pod zaborami, często z biednych żydowskich rodzin. Zaczynali od zera jako pucybuci, handlarze lub asystenci poskramiaczy węży, jednak dzięki determinacji i uporowi dotarli na sam szczyt. Fundamenty fabryki snów nie powstały z kalifornijskiego złota, lecz z polskiego uporu, biedy i ułańskiej fantazji.
Nie byłoby Hollywood bez Siegmunda Lubina, okulisty, który dotarł do Stanów z walizką okularów na sprzedaż, a którego przenośny projektor zrewolucjonizował kino. Bez Samuela Goldwyna, który wpływając na statku do portu w Nowym Jorku, na widok Statuy Wolności rozpłakał się jak dziecko, a po latach uciekł do Los Angeles przed mafią i nakręcił pierwszy pełnometrażowy film w Hollywood. Bez braci Warnerów, którzy założyli Warner Bros, jedną z największych wytwórni filmowych na świecie, film byłby do dzisiaj niemy i czarno-biały. A bez Billy’ego Wildera o wiele smutniejszy. Ale królowa była jedna – Pola Negri. Nie tylko sama stała się medialną diwą, ale też uchyliła drzwi do kariery Grecie Garbo i Ingrid Bergman…
Samuel Goldwyn – piechotą po marzenia
Historia podboju Hollywood przez niego to gotowy scenariusz na film o chłopaku z warszawskich Nalewek, który musiał stać się Goldwynem, bo jego prawdziwe nazwisko Szmuel Gelbfisz nie pasowało do amerykańskiego snu. Podbój nie zaczął się od kamery, ale od… nóg. Młody Szmuel bez grosza przy duszy przeszedł pieszo z Warszawy do Hamburga, by stamtąd dotrzeć do Anglii, a potem do Ameryki. Zanim zajął się filmem, był królem rękawiczek. A potem stał się założycielem potęgi Metro-Goldwyn-Mayer (1924), dla której wymyślił logo z ryczącym lwem. Miał jednak zbyt duże ego, by dzielić tron z Louisem B. Mayerem. Po serii kłótni o to, kto ma decydujący głos w firmie, został z niej wyrzucony z milionem dolarów odprawy. Wkrótce stworzył Samuel Goldwyn Productions i podbił Hollywood. Do końca życia pozostał „wolnym strzelcem” z Warszawy. Wróżono mu, że „Wichrowe wzgórza”, które kręcił, są zbyt ponure i nikt ich nie obejrzy. Na co Goldwyn: „Zrobię tak piękny film, że ludzie będą płacić za samo patrzenie na cienie na ścianie”. Miał rację – film stał się arcydziełem. Ten twardy, nieczuły biznesmen podczas rozdania Oscarów płakał jak dziecko, kiedy jego film „Najlepsze lata naszego życia”, w którym obsadził weterana wojennego, zdobył siedem statuetek. Podobno po zejściu ze sceny, ściskając nagrodę, szepnął do żony, Frances: „Warto było przejść przez te wszystkie kraje piechotą, żeby trzymać ten kawałek metalu”.
Zobacz też: Córka Meryl Streep zachwyca w serialu o Kennedych. Jest łudząco podobna do mamy

Louis B. Mayer – człowiek, który wymyślił Oscary
Jeśli Samuel Goldwyn był sercem Hollywood, to Louis B. Mayer, szef potężnego studia Metro-Goldwyn-Mayer, był bezwzględnym, wszystkowidzącym bogiem. Mówiono, że pod jego rządami MGM miało „więcej gwiazd, niż jest ich na niebie”. Prawdopodobnie Mayer urodził się w Mińsku Mazowieckim, choć często konfabulował na ten temat, więc mógł się w tym pogubić. Karierę w Stanach zaczął od zbierania złomu, ale szybko zrozumiał, że prawdziwe złoto leży w srebrnym ekranie. Jego ogromne białe biuro w MGM z biurkiem na podwyższeniu, by każdy gość czuł się przy nim jak karzeł, stało się legendarne. Dla Mayera aktorzy byli jego własnością. Kontrolował każdy aspekt ich życia, począwszy od tego, co jedzą, a kończąc na tym, z kim sypiają. Kiedy młoda Judy Garland zaczęła przybierać na wadze, kazał kawiarniom w studiu serwować jej wyłącznie zupę chicken noodle i czarną kawę.
Mayer okazał się tyranem, ale to on stworzył magię nazywaną Złotą Erą Hollywood. Bez jego obsesji na punkcie perfekcji i wizerunku kino być może nigdy nie stałoby się największą religią XX wieku. I nie byłoby Oscarów. Dla niego statuetka nie była symbolem doskonałości, lecz narzędziem dyscypliny. Aktorzy i filmowcy mieli dość pracy po 18 godzin na dobę i chcieli tworzyć związki zawodowe. Dla Mayera oznaczało to wyrok śmierci. Zamiast walczyć z pracownikami, ugłaskał ich Oscarami. Choć oficjalnie nagroda nazywała się Academy Award of Merit, legenda głosi, że bibliotekarka Akademii Margaret Herrick spojrzała na statuetkę i stwierdziła: „Wygląda zupełnie jak mój wujek Oscar!”. Mayerowi było wszystko jedno, jak się nazywa, dopóki działała jako smycz. Design statuetki również nie był przypadkowy – to rycerz trzymający miecz, stojący na rolce filmu. Mayer wiedział, że w Hollywood ego jest silniejsze niż chciwość. Człowiek, który mógłby strajkować o 100 dolarów podwyżki, pracowałby za darmo przez całą noc, byle móc postawić sobie na kominku złotego rycerza.
Pola Negri – polska królowa Hollywood
Miała tak wielki talent, że Hollywood musiało paść jej do stóp. W przeciwieństwie do wielu gwiazd nigdy nie weszła do „stajni” Mayera w MGM i największe sukcesy odniosła w konkurencyjnej wytwórni Paramount Pictures. Opuszczając rodzinne Lipno na Mazowszu jako Apolonia Chałupiec, nie mogła sobie wymarzyć większej kariery. Mówi się, że Negri nie grała gwiazdy, ona nią była. Kiedy spacerowała po Sunset Boulevard w najdroższym futrze, z żywym gepardem na smyczy, nikt nie wątpił, że ta dziewczyna z miasteczka nad Wisłą jest królową świata.
W latach 20. XX wieku w Los Angeles panowała niepisana zasada: jeśli chcesz być zauważona, musisz być bardziej ekstrawagancka niż inni. Negri wykreowała wizerunek femme fatale – tajemniczej, silnej i niezwykle eleganckiej kobiety. Spopularyzowała noszenie turbanów i malowanie paznokci u stóp na czerwono, co było wtedy szczytem wyzywającej zmysłowości. Pytana, po co to robi, odpowiadała przekornie: „Moje stopy są równie ważne jak moja twarz. Tańczą, kochają i nienawidzą tak samo mocno”. Zanim nastała era botoksu i filtrów, stosowała własne sztuczki. Kazała podklejać sobie kąciki oczu specjalnymi taśmami ukrytymi pod peruką, by uzyskać efekt „kociego spojrzenia”. Jej romanse z Charlie Chaplinem i Rudolphem Valentino były śledzone przez miliony fanów, co podsycało jej status legendy.
Podczas pogrzebu Valentino zemdlała tyle razy, ile było potrzeba, by każdy fotograf zdążył zrobić jej zdjęcie. Na trumnie położyła gigantyczny wieniec z czerwonych róż, na którym ułożyła napis „Pola”. Gazety pisały złośliwie, że jej żałoba była „najlepiej wyreżyserowaną sceną w historii kina”, ale fani ją kochali. Stała się najlepiej opłacaną aktorką świata i nawet kiedy pojawił się w kinie dźwięk, który przygasił jej blask, pozostała ikoną. Jak sama mawiała: „Gwiazda nie prosi o światło. Ona je rzuca”.
Czytaj też: Ikona lat 90. i syn prezydenta. Byli wymarzoną par Białego Domu. Nowy serial odsłania sekrety, o których milczano latami

Bracia Warner – wojownicy Hollywood
Jeśli Louis B. Mayer był „carem”, to bracia Warner byli ulicznymi wojownikami Hollywood. Wprowadzając dźwięk do filmu, przerwali epokę niemego kina. Ich ojciec Benjamin Wonsal (później Warner), ubogi Żyd z Krasnosielca na Mazowszu, wbijał gwoździe w podeszwy butów, marząc o lepszym życiu. Jego synowie Harry, Albert, Sam i Jack przenieśli te marzenia do filmu. Zaczynali od objazdowego pokazywania filmów na prześcieradle. Byli tak biedni, że ich pierwszy projektor pochodził z zastawionego zegarka ojca i konia o imieniu Bob. Do Hollywood przynieśli ze sobą mentalność ludzi, którzy wiedzą, że każdy wydany dolar musi na siebie zarobić.
W połowie lat 20. ich studio Warner Bros stało na krawędzi bankructwa. Byli „ubogimi krewnymi” wielkich wytwórni. Wtedy Sam postawił wszystko na jedną kartę – dźwięk. Wówczas najbardziej konserwatywny z braci, Harry, rzucił słynne: „Kto, u diabła, chciałby słuchać, jak aktorzy mówią?”. Sam musiał tłumaczyć, że dźwięk potrzebny jest nie tylko do dialogów, lecz także do muzyki, dzięki czemu kina nie musiałyby wynajmować orkiestr. Harry z wrodzonej oszczędności w końcu się zgodził. Tak w 1927 roku powstał pierwszy film z dźwiękiem „Śpiewak jazzbandu”. Sukces był oszałamiający, ale miał gorzki smak. Sam zmarł na zapalenie płuc dzień przed premierą. Podczas gdy świat wiwatował na cześć pierwszej mówionej produkcji, trzej pozostali bracia siedzieli w pociągu jadącym na pogrzeb.
Od tego momentu ich współpraca legła w gruzach. Jack, najmłodszy, zaczął walczyć o absolutną władzę. Był „twarzą” studia – kochał blask fleszy, opowiadał sprośne dowcipy, czym doprowadzał do szału pracowników. I uwielbiał oszczędzać. Gdy Bette Davis, gwiazda studia, domagała się lepszych scenariuszy, miał powiedzieć: „Bette, dałbym ci najlepszy scenariusz na świecie, gdybym tylko wiedział, który to jest”. Warner Bros stało się studiem klasy robotniczej. Podczas gdy MGM Mayer produkował słodkie filmy, Warnerowie robili filmy o gangsterach, więzieniach i problemach społecznych. I mieli swoją niezawodną publiczność…
Billy Wilder – mistrz dowcipu
Urodził się w Suchej Beskidzkiej. Zanim został najwybitniejszym scenarzystą Hollywood, był żigolo w Berlinie i dziennikarzem śledczym. Mawiał, że ma „serce z cukru i umysł z kwasu siarkowego”. Wilder nie tylko reżyserował, on projektował legendy, a robił to z cygarem w zębach i ciętym humorem, którym rzucał Hollywood na kolana. Podczas kręcenia „Pół żartem, pół serio” użerał się z kapryśną Marilyn Monroe. Ktoś zapytał go, czy nie warto zmienić jej na kogoś punktualniejszego, na co Wilder odparł: „Moja ciotka w Wiedniu jest zawsze na czas, ale nikt nie zapłaci dolara, żeby zobaczyć ją na ekranie”.
Kiedy Billy przybył do Los Angeles w latach 30., nie znał angielskiego. Uczył się go, słuchając radia. Kilka dekad później stał się architektem amerykańskiej wyobraźni, tworząc filmowe arcydzieła. Nie bał się pokazywać mrocznej strony Hollywood. W słynnym „Bulwarze Zachodzącego Słońca” obsadził zapomnianą gwiazdę niemego kina Glorię Swanson. Po pokazie potężny szef studia MGM Louis B. Mayer wykrzyczał mu w twarz: „Zhańbiłeś branżę, która cię wykarmiła!”, ale Wilder odpowiedział mu z właściwą sobie elegancją: „Idź się wy…ać”. Łamał tabu, ukazując cudzołóstwo, alkoholizm, prostytucję. Jego dialogi pędziły jak karabin maszynowy. Ale pod maską cynika zawsze ukrywał empatię wobec życiowych rozbitków. Jego nagrobek w Los Angeles niesie ostatni żart, nawiązujący do finałowej sceny z „Pół żartem, pół serio”: „Jestem scenarzystą, ale cóż, nikt nie jest doskonały”.
Zobacz też: Wzruszył Hollywood do łez. Teraz zachwyci Polskę. W tle wielki sukces naszej rodaczki

Inspirowałam się książką „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood”