Beata Ścibakówna o byciu żoną Englerta. Małecki: „Poziom przerąbania o rozmiarach galaktycznych”
Z zewnątrz mogło się wydawać, że ma wszystko: talent, urodę i miejsce w świecie wielkiego teatru. Do tego mąż – jeden z najważniejszych ludzi polskiej sceny. Jednak w najnowszym wywiadzie Beata Ścibakówna opowiada o rzeczywistości znacznie bardziej skomplikowanej. Życie u boku Jana Englerta, wieloletniego dyrektora Teatru Narodowego, nie było ani łatwe, ani oczywiste. Jak sama przyznaje, ta rola miała dla niej „smak słodko-gorzki” – a kulisy tej historii potrafią zaskoczyć.

W najnowszym numerze magazynu „PANI” ukazał się obszerny artykuł autorstwa Beaty Biały, w którym Beata Ścibakówna wraca wspomnieniami do życia u boku Jana Englerta – jednego z najważniejszych ludzi polskiego teatru. Aktorka opowiada o tym, jak naprawdę wyglądało funkcjonowanie w środowisku teatralnym jako żona dyrektora Teatru Narodowego. Choć z zewnątrz mogło się wydawać, że taka pozycja jest przywilejem, Ścibakówna przyznaje, że była to rola pełna napięć, oczekiwań i konieczności nieustannego udowadniania własnej zawodowej niezależności.
Bycie żoną dyrektora teatru? „Poziom przerąbania o rozmiarach galaktycznych”
Świat teatru potrafi być bezlitosny, a prywatne relacje często splatają się w nim z zawodowymi zależnościami. Kiedy Beata Ścibakówna związała się z Janem Englertem, znalazła się w samym centrum tego świata – i jednocześnie pod nieustanną obserwacją środowiska.
Jak wynika z artykułu w „PANI”, bycie żoną dyrektora teatru nie jest wcale przywilejem. Raczej trudnym testem charakteru.
Aktor Teatru Narodowego Grzegorz Małecki opisuje tę sytuację wprost:
„Z różnych powodów ludzie mają w życiu przerąbane. Można mieć kredyt we frankach. Można być w Warszawie kibicem Polonii. Ale bycie żoną dyrektora teatru to poziom przerąbania o rozmiarach galaktycznych”.
Jego zdaniem taka rola wymaga niezwykłej odporności i ogromnej samodyscypliny. W środowisku artystycznym każdy gest czy słowo mogą zostać odczytane i ocenione. „Ile trzeba tu mieć siły charakteru, ile mocy, ile niezależności, ile wiary w samą siebie, a zarazem skromności, mądrości i uczciwości, żeby przetrwać”.
Słodko-gorzka rzeczywistość u boku Jana Englerta
Dla wielu osób z zewnątrz nazwisko Englert mogło wydawać się przepustką do kariery. Tymczasem dla Ścibakówny okazało się często dodatkowym ciężarem.
Aktorka przyznaje, że życie u boku dyrektora teatru miało dla niej „smak słodko-gorzki”. Z jednej strony znane nazwisko otwierało drzwi szybciej. Z drugiej – każda decyzja zawodowa była natychmiast poddawana ocenie.
W środowisku pojawiały się opinie, że skoro wyszła za Jana Englerta, wszystko przyjdzie jej łatwo. Tymczasem sam Englert starał się unikać sytuacji, które mogłyby zostać odebrane jako faworyzowanie żony. Jak wspomina aktorka, mówił wprost: „Nie mogę cię zatrudniać, bo powiedzą, że grasz tylko dlatego, że jesteś moją żoną”.
Ta ostrożność wynikała z poczucia uczciwości, ale jednocześnie oznaczała dla niej ograniczenia zawodowe. Paradoks polegał więc na tym, że nazwisko, które dla wielu mogło być atutem, w jej przypadku często stawało się przeszkodą.
„Jeśli chcę grać, muszę sama stworzyć przestrzeń”
Ścibakówna nie zamierzała jednak pogodzić się z rolą aktorki funkcjonującej wyłącznie w cieniu słynnego męża. Zamiast czekać na propozycje, zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce.
Założyła własną firmę i zaczęła produkować spektakle. Dzięki temu mogła samodzielnie budować przestrzeń dla swojej pracy i decydować o projektach, w których uczestniczy. Jak wspomina w artykule, momentem przełomowym była rozmowa z mężem, gdy powiedziała mu o swoim pomyśle na pierwszy spektakl.
„Pamiętam, jak powiedziałam Jankowi, że wyprodukuję swój pierwszy spektakl. Spojrzał i rzucił: ‘Powodzenia’”. Ten ton – jak przyznaje – nie był szczególnie wspierający. Właśnie wtedy pojawiła się w niej ogromna determinacja. „Wtedy pomyślałam: ‘Ja ci pokażę’”.

Symboliczne spotkanie na scenie
Jednym z najbardziej symbolicznych momentów w ich wspólnej historii był spektakl „Hamlet” w Teatrze Narodowym. To właśnie nim Jan Englert żegnał się ze sceną teatru jako jego dyrektor.
Na scenie pojawiła się również Beata Ścibakówna – w roli królowej Gertrudy – oraz ich córka Helena, która zagrała Ofelię. Trzy osoby z jednej rodziny w jednym spektaklu wzbudziły oczywiście komentarze środowiska. Pojawiły się zarzuty o nepotyzm. Jednak zainteresowanie widzów okazało się ogromne.
Jak wspomina aktorka: „To było szaleństwo. Fala hejtu nakręciła widzów. Przyszli zobaczyć, czy damy radę”. Spektakl szybko stał się wydarzeniem, a bilety błyskawicznie znikały z kas. Dla Ścibakówny ten moment miał jednak przede wszystkim wymiar osobisty. „Wreszcie zagrałam u męża. To było jak domknięcie długiego sporu i najpiękniejsze pożegnanie”.
Między miłością a niezależnością
Historia Beaty Ścibakówny pokazuje, jak skomplikowane mogą być relacje w świecie teatru. Związek z jednym z najważniejszych ludzi polskiej sceny nie oznaczał dla niej łatwiejszej drogi, lecz często konieczność udowadniania swojej niezależności.
Jak wynika z rozmowy opublikowanej w najnowszym numerze magazynu „PANI”, aktorka przez lata nauczyła się funkcjonować w tej trudnej równowadze – między życiem prywatnym a zawodowymi ambicjami.
Zamiast korzystać z pozycji męża, postawiła na własne decyzje i własne projekty. I to właśnie dzięki tej determinacji mogła zachować coś, co w świecie artystycznym bywa najcenniejsze – poczucie samodzielności.

