Reklama

W numerze VIVA! 6/2022 Beata Ścibakówna i Jan Englert świętowali podwójny jubileusz: 25-lecie magazynu i swoją 26. rocznicę ślubu. Dziś, w urodziny Jana Englerta, przypominamy tę pełną czułości, inteligencji i humoru rozmowę z Beatą Nowicką. Aktorska para opowiadała w niej o tym, jak przez lata zmieniał się ich związek, dlaczego „motyle w brzuchu przerodziły się w przyjaźń” i co dziś jest dla nich najważniejsze. On — dawniej profesor i mistrz, dziś z autoironią mówi: „Byłem profesorem, robię za asystenta”. Ona przyznaje, że po 30 latach patrzy na męża już inaczej: spokojniej, dojrzalej, ale nie mniej czule. To rozmowa o miłości, która nie zatrzymała czasu, tylko nauczyła się z nim iść.

Beata Ścibakówna i Jan Englert: wywiad dla magazynu VIVA! 6/2022

Gdy w lutym 1997 roku wystąpili na pierwszej okładce VIVY! i udzielili wspólnego wywiadu, byli rok po ślubie. Po raz drugi pojawili się na okładce, celebrując nasze 10-lecie. Na świecie była już ich córka Helenka. Dziś świętujemy razem! My 25 lat istnienia, nasi bohaterowie 26. rocznicę ślubu. Jak się zmieniał ich związek, a jak oni sami? I co znaczą słowa Jana Englerta: „Byłem profesorem, robię za asystenta” i Beaty Ścibakówny: „Teraz patrzę inaczej”? „Fatalista” i „optymistka” w pełnej refleksji, ale też momentami zabawnej rozmowie z Beatą Nowicką.

Co jest trudniejsze: granie czy życie?

Beata: Życie, zdecydowanie. Do roli można się przygotować, wypróbować różne warianty, pomylić się i poprawić, żeby potem na scenie czy na planie być najlepszym. W życiu człowiek musi poskładać w całość klocki, które są nowe, nieznane. Nigdy nie wie, czy one do siebie pasują. Improwizuje i na bieżąco weryfikuje, co robić dalej.

Jan: Nikt z nas nie jest zbudowany z jednego kawałka. Każdy życiorys to pudełko rozrzuconych różnych puzzli, które składa się w jakąś całość albo nie. Ci, którym się składa, są szczęśliwi, pozostali – nie. Ja bym powiedział, że w miarę upływu lat i czasu życie robi się coraz trudniejsze, a granie coraz łatwiejsze, ale towarzyszy mu coraz większy strach. To jest ta sprzeczność. Im większe ma się umiejętności, im więcej człowiek wie o tym zawodzie, tym bardziej się boi. Jak ten ruski żołnierz, który powiedział dyrektorowi cyrku, że skoczy spod kopuły na główkę bez zabezpieczenia. Dyrektor na to: „To niech pan pokaże”. Żołnierz skoczył, leży plackiem, a dyrektor woła: „Panie, ja takiego numeru w życiu nie widziałem! Ile pan chce pieniędzy?”. „Nie chcę żadnych pieniędzy”. „Ale dlaczego?”. „Nie wiedziałem, że tak boli”. W młodości jest coś takiego, że skaczemy bez zabezpieczenia na główkę, nie sprawdzając, czy w basenie jest woda. Potem zbieramy doświadczenia.

– Stanisław Radwan słynący z poczucia humoru powiedział mi kiedyś: „Nie wierzę ludziom, którzy od rana do wieczora stoją na straży intelektualnego koturnu i nie potrafią zabawić się w życie”.

Jan: To bardzo piękny szlagwort, ale czy życie to zabawa? Życie to jest bezustanna walka! Oczywiście trzeba je też kochać. Ani Beata, ani ja nie jesteśmy…

Beata: …destrukcyjni. Dla nas zawsze szklanka jest do połowy pełna. Wręcz uciekamy od ludzi, którzy narzekają. Jestem optymistką.

Jan: Ja byłem zawsze entuzjastą, teraz zacząłem być sceptykiem.

Beata: Sarkastycznym…

Jan: Jestem dziadersem, stłamsił mnie internet. Śmietnik, w którym nie ma segregacji śmieci. We własnym koszu oddzielam plastik, papier, szkło, bio… W internecie wszystko jest wymieszane, oślizgłe. Nawet jak chcę wyjąć coś wartościowego, to i tak jest upaćkane. Zdaję sobie sprawę, że nie ma od tego ucieczki. Druk, wynalazek Gutenberga, też był rewolucją dla świata, ale zanim się z nim oswoiliśmy i stał się dobrem publicznym, minęły dwa wieki. Internet nadał światu tempo, które jest dla ludzi zabójcze. Czasami mam uczucie, że to nie ja, tylko ktoś gra mną w grze komputerowej.

Beata: Ja czytam przez internet „Wyborczą”, uczę się angielskiego, w dowolnej chwili mogę sprawdzić każdą informację. Patrzę na internet mniej krytycznie, doceniam jego możliwości.

– Podobnie jak ja. Może to różnica pokoleniowa? Od 20 lat jest Pan kapitanem okrętu o nazwie Teatr Narodowy, Pani rządzi w domu.

Beata: Dom zawsze był na moich barkach. Tutaj większość rzeczy zależy ode mnie: remont, przeprowadzka, wymiana opon w samochodzie, ubezpieczenia, wszelkie pisma urzędowe, wizyty
u lekarza, wakacje… ja to ogarniam. Mąż mówi o mnie, że jestem ministrem gospodarki, planowania, finansów, turystyki… Do męża dożywotnio należy ministerstwo kultury. Tam on rządzi.

– Od początku oddał Pan żonie władzę?

Jan: Na początku niczego się nie oddaje. To się odbywało stopniowo. Trochę dawałem, a trochę sama brała. Zawsze tak jest. Dobre małżeństwo opiera się na równowadze między braniem a dawaniem.

Beata: Myślę, że to przyszło naturalnie. Jestem pedantką, lubię mieć wszystko pod kontrolą, zapięte na ostatni guzik. Kiedy świat wokół jest poukładany, ja czuję się uporządkowana wewnętrznie. Nie znoszę chaosu. Oczywiście czasami ta odpowiedzialność mnie przerasta, chciałabym, żeby ktoś mi pomógł.

Jan: Od młodości wolałem postawić piwo sąsiadowi, żeby zreperował za mnie. Nie miałem ani takiej smykałki, ani potrzeby. Zresztą nigdy nie miałem materialnych potrzeb. Mnie w ogóle nie interesowały pieniądze, samochody… Gdyby nie kobiety, nie miałbym nic.

Beata: Potwierdzam. Ja kupuję nasze samochody.

Jan: Jeśli byłem kolekcjonerem, to raczej kolekcjonerem ludzi. Nawet w wyjazdach zagranicznych łapałem się na tym, że najbardziej fascynują mnie ludzie. Mało tego, uważam, że kobiety to lepszy gatunek człowieka. Mężczyzna jest w gruncie rzeczy wyciosany z kawałka drewna, czasem powstaje z tego jakaś rzeźba, czasem nie. Kobiety są dużo ciekawsze.

Zobacz też: Wielki aktor i dziewczyna z prowincji. Nie dawano im szans, wytykano różnicę wieku. Dziś Beata Ścibakówna i Jan Englert są przykładem dla wielu par

beata-scibakowna-i-jan-englert-viva-luty-1997-351244-GALLERY600-71ad97e
Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, 1997 r. Pierwsza okładka VIVY! W. Ochnio, Chris Niedenthal
beata-scibakowna-i-jan-englert-na-okladce-magazynu-viva-274153-GALLERY600-bd60477
Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, Viva! 2007 Viva! nr 9 z 2.05.2007

– Podoba mi się to wyznanie… Wciąż patrzy Pani na męża tym samym wzrokiem?

Beata: Nasz związek ewoluował. My się zmienialiśmy. Zostaliśmy parą 30 lat temu. Przestałam być studentką Jana Englerta, ale to wciąż był mój profesor, rektor, potem dyrektor. Mój mistrz. Mąż zawsze był człowiekiem na piedestale, autorytetem. Patrzyłam na niego oczami zakochanej dziewczyny, ale też oczami moich koleżanek, które były zafascynowane błękitnymi, przezroczystymi oczami Jana Englerta. Oczami, które nicowały człowieka na drugą stronę. Teraz patrzę inaczej. Nie można 30 lat pozostać w stanie euforycznego zakochania. Wiele razem przeżyliśmy. Odkryliśmy siebie, te dobre i te gorsze strony. Wiemy, czego się po sobie spodziewać. Na początku wszystko było niewiadomą. „Żyłam chwilą” – parafrazując księdza Twardowskiego. Nie myślałam o tym, co będzie. Niczego nie oczekiwałam i niczego nie wymuszałam.

– Trzy lata po pierwszej okładce VIVY! na świecie pojawiła się Helenka. Była dopełnieniem tej miłości?

Beata: Była! Miałam 32 lata. Wiele rzeczy już przeżyłam, zapracowałam na swoje nazwisko, zwiedziłam kawał świata, miałam wspaniałego męża. Byłam szczęśliwa. To był ten moment. Dopełnienie. Nie interesowało nas, czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka. Wybraliśmy tylko imiona. Po narodzinach Helenki byliśmy szczęśliwi. Mąż bardzo mi pomagał. Gdy cokolwiek działo się w nocy, wstawał do córki. Helenka była moim pierwszym dzieckiem. Fantastycznie uspokajał moje niepokoje. We wszystkim, co dotyczyło naszego dziecka, miałam do niego totalne zaufanie. Wtedy odkryłam męża na nowo.

Zobacz też: Obsadził córkę w roli Ofelii, zarzucono mu nepotyzm. „Ci, którzy chcieli mi dokopać, nakręcili promocję”, mówi Jan Englert

beata-scibakowna-i-jan-englert-viva-maj-2007-351243-GALLERYBIG-e0f6192
Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, Viva! 2007 Jacek Poremba

– Dziś Helena jest piękną, utalentowaną 22-latką. Zresztą poszła w ślady rodziców. Dostała się na prestiżową uczelnię New York University Tisch School of the Arts.

Beata: Studiowała tam rok. W pandemii wróciła do Polski ostatnim samolotem i już została.

Jan: Zdając na ten ekskluzywny wydział, udowodniła sobie i wszystkim dookoła, że sama potrafi. Nikt nie powie, że tatuś jej coś załatwił. Dotknęła nosem tamtego świata, zobaczyła, jak on wygląda, ale wróciła i zdała egzamin na drugi rok na Miodową. Po roku spędzonym w Stanach miała już inną perspektywę. Myślę, że zawód, który uprawiamy, zależy od tego, czego od niego chcemy. Czy frajdę daje nam samo tworzenie, przełamywanie własnych braków, czy szukanie łatwej popularności. Obu tym wyborom musi towarzyszyć drobiazg: szczęście. Najkrótsza definicja szczęścia w naszym zawodzie: znaleźć się we właściwym czasie, miejscu i towarzystwie. Tego człowiek nie wymyśli, to musi się zdarzyć. Oczywiście można temu pomóc.

– Jak?

Jan: Szukając. Nie czekając, aż samo przyjdzie. Każdy człowiek, przynajmniej ten inteligentny, szuka mistrza. Choćby po to, by go wyssać i wyrzucić. Tłumaczę studentom, że w tym zawodzie podglądanie to połowa sukcesu.

– Myślę, że oboje jesteście dla córki mistrzami, nawet jeśli – na razie – nie przyzna tego głośno. Macie Państwo rodzicielski odruch, żeby uchronić ją przed klęskami tego zawodu?

Beata: Helena jest silna. Dla niej ważny był ten rok w Nowym Jorku. Po lockdownach powiedziała: „Kocham was bardzo, ale nie mogę z wami mieszkać”. I wyprowadziła się. Nie mieszka z nami już dwa lata. Spędzamy wiele czasu razem, ale żyje samodzielnie.

Jan: Wszystko, co mogliśmy, już zrobiliśmy. Z mojego punktu widzenia nie powinniśmy teraz zdewaluować tego, cośmy dali. Studiowanie w szkole teatralnej wymaga skupienia się na sobie. Jeśli chce się tworzyć w tym zawodzie, człowiek jest cały czas pod presją. Jak zaczynałem uczyć, mówiłem: „Najpierw praca, potem talent, na końcu szczęście”. A teraz mówię: „Najpierw szczęście, potem praca, a na końcu talent”.

Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, Viva! 2002
Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, Viva! 2002 JACEK PIOTROWSKI

– Brutalne, ale pewnie prawdziwe. W końcu wykształcił Pan kilka aktorskich pokoleń. Helena ma szczęście?

Jan: To się okaże. Jeszcze nic takiego nie zrobiła, żeby o niej mówiono. Pewnie gdyby do dziś grała w „Barwach szczęścia”, dla 40 procent elektoratu byłaby gwiazdą. Pamiętam momenty na wakacjach w Juracie, kiedy szliśmy we dwójkę i do niej biegli po autograf.

Beata: Często ktoś mnie prosił, żebym zrobiła mu zdjęcia z Heleną.

Jan: Popularność jest niezależna od umiejętności. To kwestia częstych wizyt w domach, a nie jakości.

– Jak się żyje z mężczyzną, który…

Beata: …cały czas mówi? (śmiech).

– I do tego ma tak silną osobowość.

Beata: Ale ja też jestem silna.

Jan: Potwierdzam. Obydwoje jesteśmy spod znaku Byka. Beata jest bardziej Byk niż ja. Ja jestem byczek Fernando, wąchałbym kwiaty i to by mi wystarczyło.

Beata: Mój mąż bardzo lubi przyrodę. Woli pojechać i oglądać Wielki Kanion rzeki Kolorado niż obrazy w galerii. Chyba nigdy o tym nie mówiłeś?

Jan: Bo to steruje w kierunku prymitywnego oglądu świata, atawizmu zwierzęcego: kwiatki, łączka, drzewa. Ale rzeczywiście gdybym miał wybierać pomiędzy parkiem a muzeum, wybiorę przyrodę.

Beata: Mąż zna się na grzybach, roślinach, ptakach. Nikt już nie ma dzisiaj takiej wiedzy!

Jan: Czasami udaję, że wiem.

Beata: Owszem, ale ja to od razu sprawdzam i bardzo rzadko się mylisz. A wracając do siły… Często grałam twarde, uparte
kobiety. Kiedyś przy kasie w supermarkecie pani spojrzała na mnie i wykrzyknęła: „To pani?! Jak mój mąż panią nienawidzi!”. „Dlaczego?!”. „Bo pani grała w takim serialu i była okropna i zła”. „To proszę pozdrowić męża” – szybko zapłaciłam i odeszłam.

Jan: Muszę powiedzieć, że jeśli moja żona coś sobie zaplanuje, to musi naprawdę nastąpić katastrofa, żeby tego nie zrealizowała.

Beata: A plany mam rozległe…

– Tak myślałam…

Beata: W tym zawodzie niestety nie wszystko zależy ode mnie. To mnie najbardziej uwiera, ale jakoś sobie radzę. W pandemii zaczęłam dwa kolejne projekty, oba zostały wstrzymane. Poza spektaklami w teatrze nie zagrałam w żadnym filmie ani serialu, nie narzekam, opisuję moją rzeczywistość.
Jan: Żona wyprodukowała przedstawienie „Oszuści”, ale pierwszy lockdown trafił się trzy dni przed premierą. Uderzenie było nie tylko od strony artystycznej, ale również finansowej, bo zaryzykowała swoje pieniądze. To przedstawienie do dziś jest grane. W pandemii po raz pierwszy w życiu zostałem zmuszony być złym kapitanem okrętu, który każe wiosłować galernikom. Zawsze miałem dużo empatii, tolerancji, a wtedy byłem dość bezwzględny, bo wiedziałem, że nie wolno odpuścić pracy zespołowej. Potwornie stresująca sytuacja. Nie mogłem pojąć, że lęk przed chorobą czy przed śmiercią może zatrzymać moje intelektualne czy artystyczne prace. Widziałem, jak tonęły wielkie teatralne okręty. Nie chciałem dopuścić do śmierci zespołu. Jestem zdania Fredry, który napisał: „Nie strach umrzeć, strach umierać”. Od początku się nie poddawałem. Nawet negatywnym myślom. Beata nie jest z mojego pokolenia, ale jak kiedyś złamała rękę o 16, o 19 w gipsie grała przedstawienie.

– Wielki artysta bywa znośny czy nieznośny na wakacjach?

Beata: Jest wspaniale! Uwielbiamy razem wyjeżdżać. Ja leżę na leżaku pod parasolem i czytam książkę, a mąż chodzi po grajdołach i rozmawia ze znajomymi. Gramy w tenisa, chodzimy na długie spacery. Jak Helena była mała, bawił się z dziećmi na plaży, organizował im różne atrakcje. Przez lata nie widziałam, żeby leżał na plaży.

Jan: Pozycja leżąca była dla mnie destrukcyjna. Ale to mi powoli mija…

Beata: Ja lubię nowe miejsca, lubię odkrywać, poznawać…

Jan: …a ja lubię wracać w te same miejsca, patrzeć, jak się zmieniają. Do Juraty jeżdżę od 1981 roku. Każdego roku. To już 41 lat! Tam najlepiej odpoczywam. Ale ostatnio żona wywlokła mnie na Gran Canarię i się zachwyciłem. Teraz, kiedy ona chce jechać…

Beata: …na przykład na Maderę…

Jan: …protestuję: „Ale po co?! Jedźmy na te Kanary, będziemy się tam bardzo dobrze czuli”.

– Jerzy Pilch pisał: „Wszystko jedno, czy ma się przed sobą 10 lat, rok czy tydzień. Zawsze ma się przed sobą wszystko”.

Jan: Bardzo chciałbym, żeby to była prawda. A z nowej sztuki, którą gramy, mogę zacytować: „Gdyby to ode mnie zależało, ja bym w życiu nie umarł. To jest poniżające”.

Beata: „Baron Munchausen dla dorosłych” Macieja Wojtyszki. Ja uważam, że wszystko jest przed nami. Przede mną na pewno.

Jan: Wegetacja mnie przeraża, dlatego mam hasło – umrę zdrowy! Bez męki, pyk i do widzenia. Piękne. Byle jeszcze nie dzisiaj. Żeby to jeszcze potrwało. Ale trwanie ma sens wtedy, kiedy człowiek rzeczywiście ma coś do zrobienia.

Beata: Wczoraj oglądałyśmy z Helą film norweski „Najgorszy człowiek na świecie” Joachima Triera z Renate Reinsve, która otrzymała za tę rolę Złotą Palmę w Cannes. Para bohaterów bardzo się kochała, ale ona od niego odeszła. Spotkali się po latach, on był ciężko chory na raka i żył przeszłością, słuchał muzyki z tamtych czasów, wspominał dawne lata. W pewnym momencie mówi do niej: „To nie jest nostalgia. To jest strach przed śmiercią. Nie mam już nic przed sobą, dlatego wracam do tego, co było”.

Jan: To znaczy, że ja jeszcze nie umieram.

Beata: Nie! Bo nie wracasz pamięcią do przeszłości, tylko rozwijasz to, co stworzyłeś, dalej tworzysz, odkrywasz nowe…

Jan: Powtarzam się. Na pewno nasze spotkanie zmieniło mnie bardzo, co do tego nie mam wątpliwości. Bardzo często partnerstwo, miłość, udana czy nieudana, powoduje zmianę charakteru, postrzegania świata. Mimo że w gruncie rzeczy jestem fatalistą, nie wierzę, że wszystko jest do końca zapisane. Parki nie trzymają jednej nitki, tylko kilkanaście, a nawet mówią: „Tej nie bierz!”. A on wziął, idiota! Więc jakiś wybór mamy, ale ograniczony. Możemy czegoś nie zrobić, tylko że w momencie wybierania najczęściej się nad tym nie zastanawiamy.

– Dziś inaczej patrzy Pan na żonę niż 25 lat temu, podczas tamtego spotkania?

Jan: Wtedy, jak i teraz dałem się Beacie namówić na wywiad. Nasza relacja jest dowodem na upływ czasu. Byłem profesorem, robię za asystenta. Niewątpliwie zmieniło się masę rzeczy. Jak zaczynaliśmy, relacja między nami była relacją – nie tylko z racji wieku czy mojego stanowiska, ale wszystkiego – kompletnie inną niż w tej chwili. Jeżeli po drodze nie było katastrofy totalnej, to znaczy, że nad wszystkim panowaliśmy. Jak to się działo? Po co to analizować? Jesteśmy razem 30 lat! Było tyle etapów, tyle różnych momentów, szczególnie w dojrzewającej kobiecie i przejrzewającym mężczyźnie, czyli lekko nadgniłym jabłku, które szpaki przez te lata podziobały. Najważniejsze dziś, że jesteśmy obydwoje jadalni. Nieważne, czy jakiś robak w środku siedzi, czy nie. Dopóki jestem jadalny, w porządku. Jak zacznę być niejadalny, diabli wiedzą, co się wydarzy…

Beata: Ja jestem za Pilchem, że wszystko przed nami, a na pewno bardzo wiele. Mamy mnóstwo planów: premiery, wyjazdy, spotkania, koniec remontu. Moje cele są długoterminowe. Nasze uczucie zmieniało się z nami. Motyle w brzuchu przerodziły się w przyjaźń. Dzisiaj, idąc na spacer, nadal trzymamy się za ręce. Jesteśmy dla siebie bardziej czuli niż kiedyś. Bardziej opiekuńczy, troskliwi, to jest dobra baza, żeby trwać!

Jan Englert, Beata Ścibakówna, Viva! 6/2022
Jan Englert, Beata Ścibakówna, Viva! 6/2022. Fot. Robert Wolański
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...