Reklama

W czasie wojny Aleksander Bardini musiał się ukrywać. Dzięki rodzinie, u której znalazł schronienie, nie tylko przetrwał, ale też znalazł miłość. Koniec okupacji nie był dla zakochanych początkiem szczęśliwego okresu życia. Wolność okazała się pozorna. Bardini wrócił do pracy w teatrze, ale w tym samym czasie jego przyszła żona Julia została aresztowana przez NKWD. Była w ciąży, a aktor rozpoczął dramatyczną walkę o jej uwolnienie.

Przedstawiamy fragment książki "BARDINI" autorstwa Grzegorza Kozaka.

"Nigdy nie zapomnimy naszej wspólnej lwowskiej odysei"

Są to słowa z listu państwa Bardinich z kondolencjami dla Ludwiki Castori po śmierci jej męża Bronisława Dąbrowskiego, reżysera i dyrektora teatrów, w których Aleksander pracował w czasie wojny i zaraz po niej. Szczegółów nie ma – i nadawcy, i adresatka dobrze wiedzą, co przeszli, i słowa nie są konieczne. Ale ta ich odyseja to historia pełna zwrotów, tragedii, nadziei i niepewności. I w teatrze, i w życiu. Bardini wybrał Lwów, bo tam znalazł pracę. Jego rodzice zamieszkali za Teatrem Wielkim na Zamarstynowie, gdzie żyło wiele rodzin żydowskich. Natomiast siostra Aleksandra, Irena, która niedawno wyszła za mąż i ma małe dziecko, przeniosła się z mężem, Herszem Levem, do Grodna, skąd Hersz pochodził. 23 września do Lwowa wkracza Armia Czerwona i zaczyna się tak zwana pierwsza okupacja sowiecka. W październiku cała Zachodnia Ukraina zostaje wcielona do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i zaczynają tu obowiązywać wszelkie prawa i obyczaje Związku Radzieckiego. Także i te dotyczące teatru.

Mariusz Urbanek w książce opisującej losy znakomitych polskich uczonych z tak zwanej lwowskiej szkoły matematycznej (Stefana Banacha, Hugona Steinhausa, Stanisława Ulama) zwraca uwagę, że miasto przyjęło Rosjan z początku dość pozytywnie.

Wkraczających bolszewików najbardziej entuzjastycznie, kwiatami i czerwonymi kokardami, witali Żydzi. […] Ale wkraczający Rosjanie na początku wszystkich traktowali z równym dystansem. Polaków, bo należeli do narodu panów. Ukraińców, bo podejrzewano, że jak tylko nadarzy się okazja, to i tak zdradzą, żeby budować własne państwo, choćby u boku Niemców. A Żydów, bo… byli Żydami. […] Zamknięte w pierwszych miesiącach teatry i kabarety wznowiły działalność, ukazywała się prasa, co prawda kontrolowana przez sowiecką kulturę, ale w języku polskim. Pojawiały się w niej nie tylko nazwiska ludzi znanych przed wojną z sympatii prokomunistycznych, ale także wielu pisarzy o poglądach liberalnych, którzy znaleźli się we Lwowie. Wydawało się, że bolszewicki diabeł nie będzie taki straszny, jak go malowano, i kiedy tylko Anglia i Francja, jak obiecały, ruszą przeciw Hitlerowi, wszystko wróci do normy. Z czasem jednak nadzieja na to malała. Pozostały tylko chwile radosnej satysfakcji, gdy zwykle bardzo czujna i dmuchająca na zimne sowiecka cenzura przegapiła w „Czerwonym Sztandarze” zdanie „G.B. Shaw, największy kpiarz stulecia, nazwał Stalina największym mężem stanu XX wieku”.

Aleksander Bardini początkowo mieszka w domu kolegi z PIST-u, Erwina Axera. Nocuje na skórzanym materacu podróżnym. Jak wspomina znany już z pewnej, choć niegroźnej, złośliwości wobec niego Axer – jest zajęty „problemami natury sercowej”39. Ojciec Erwina, Maurycy Axer (ta postać jeszcze się w życiu Bardiniego pojawi) jest znanym lwowskim adwokatem. Przez jego dom w tym czasie przewinęło się wiele osób ze środowiska artystycznego, które uciekły z okupowanej przez Niemców Polski – Aleksander Węgierko, Władysław Daszewski, Władysław Broniewski, Wilam Horzyca, Jan Kreczmar, Tadeusz Żeleński-Boy. Bardini nawiązuje współpracę z lwowskim radiem – ma tam reżyserować słuchowiska i audycje po polsku. Doraźnie zarabia grą na skrzypcach w zespołach, które organizują publiczne koncerty. Wreszcie na początku 1940 roku pojawia się możliwość pracy w polskim teatrze.

Na przełomie 1939/1940 r. powstał we Lwowie Państwowy Polski Teatr Dramatyczny, który był do 1941 r. najważniejszą polską placówką teatralną na ziemiach okupowanych przez Związek Radziecki. […] Jesienią 1940 r. teatr polski, który w pierwszym sezonie wystawiał na deskach Teatru Wielkiego, przeniósł się do przebudowanego gmachu byłego Teatru Żydowskiego przy ul. Jagiellońskiej 11. „Kolektywy aktorskie” przekształciły się w teatry państwowe w styczniu 1940 r. Na czele teatru polskiego, który, jak początkowo planowano, nosić miał imię Mickiewicza, stanął Ukrainiec Wołodymyr Kandyba. Kierownikiem artystycznym został Władysław Krasnowiecki, funkcję kierownika literackiego, którym miał być Władysław Broniewski, ostatecznie objęła Wanda Wasilewska. W teatrze pracowało około 60 aktorów. Były wśród nich postacie tak zasłużone dla sceny polskiej, jak Wanda Siemaszkowa czy ostatni z aktorskiej dynastii Węgrzynów – Mieczysław Węgrzyn. Przedstawienia reżyserowali oprócz Krasnowieckiego ukraiński reżyser Jewhen German (równocześnie zastępca dyrektora teatru), Aleksander Bardini, Erwin Axer, Józef Wyszomirski i Bronisław Dąbrowski. Scenografię przygotowywał najczęściej Władysław Daszewski. Państwowy Polski Teatr Dramatyczny miał się stać w nowych warunkach jeszcze jednym orężem propagandowym władz okupacyjnych. Nie pozostawało to bez wpływu na dobór repertuaru, na który składać się miała twórczość polskich i światowych klasyków teatru, „bogaty repertuar radziecki” oraz – w przyszłości – „polski repertuar radziecki”. […] Teatr polski miotał się między wystawianiem sztuk o charakterze agitacyjnym i zazwyczaj niskim poziomie artystycznym a nowymi inscenizacjami znanych dramatów scenicznych.

Przez cały rok 1940 Bardini, który w lwowskim teatrze ma etat aktorski, albo gra epizody (Bosman w Zatopieniu eskadry Ołeksandra Kornijczuka w reżyserii Jewhena Germana, Żołnierz w Pociągu pancernym „Książę Mścisław Udały” Józefa Pruta – reżyseria także German, przekład Broniewskiego i Wandy Wasilewskiej), albo jest asystentem reżysera, jak przy Wieczorze Trzech Króli, zrealizowanym przez Dąbrowskiego. Reżyseruje natomiast w radiu – w listopadzie na antenie pojawia się sztuka Leona Pasternaka Bereza, którą odrzucono w teatrze. Słuchowisko powtórzono w styczniu roku następnego. Niedługo później w cyklu „audycje teatralno-literackie” zrealizował w lwowskim radiu W małym domku Tadeusza Rittnera.

7 lutego 1941 roku to data debiutu reżyserskiego Aleksandra Bardiniego na zawodowej scenie. Tego dnia odbyła się premiera Domu otwartego Michała Bałuckiego. Aktorzy chwalili nową siedzibę w byłym Teatrze Żydowskim. Wprawdzie budynek był mniejszy od Teatru Wielkiego, ale z dobrą akustyką i zapleczem. Scenografię przygotował Władysław Daszewski, a bardzo wysoko ocenioną przez krytyków charakteryzację – Tadeusz Rzeszutko. Ale jak zauważali krytycy i widzowie – klasyczne polskie utwory dramatyczne musiały mieć wtedy inną wymowę.

Dom otwarty w reżyserii Bardiniego, który w recenzji prasowej został określony jako sztuka rozbudowana w „myśl założeń dnia dzisiejszego”, będąca próbą „przezwyciężenia autora” i „ujawnienia żądła satyry”, w opinii jednego z widzów zyskała ocenę krótszą i bardziej dosadną – „sztukę sparodiowali”.

A recenzent „Czerwonego Sztandaru” pisał tak: "Żądło satyry, którego brak w tekście, zostało świetnie ujawnione w koncepcji reżyserskiej, w kostiumach i dekoracjach, w kapitalnych maskach. Scena balu, istny fajerwerk ruchu i barw, była jakby tańcem umarłych na chwilę ożywionych przez niezrównanych wykonawców".

Barbara Osterloff w przytaczanym już szkicu zauważa, że recenzent ten dopatrzył się w inscenizacji Bardiniego swoistego rozrachunku ze światem, który bezpowrotnie odchodził w przeszłość: „gloryfikowana przez autora reduta zacofania, odgradzająca się od rzeczywistości, sama na siebie wydaje wyrok zagłady”.

Trudno takiej interpretacji nie zestawić z wydarzeniami historycznymi. Coś rzeczywiście odchodziło w przeszłość, jakiś świat się kończył. Kilka miesięcy po premierze Domu otwartego Niemcy zaatakowali Związek Radziecki i ruszyli na wschód. 22 czerwca zaczęła się niemiecka okupacja Lwowa, a co za tym idzie wielka fala represji, głównie wobec ludności pochodzenia żydowskiego. Jesienią powstaje getto. Na jego terenie miała zamieszkać cała żydowska społeczność miasta, wysiedlono natomiast ludność nieżydowską. Stopniowo rozpoczęły się akcje pacyfikacyjne. Pierwszy pogrom był już w lipcu. Rozgłaszano, że lwowscy Żydzi zamordowali w więzieniu Brygidki tysiące więźniów politycznych – Polaków i Ukraińców, a w rzeczywistości były to ofiary NKWD. Niemcy podzielili ludność żydowską na osoby zdolne do pracy – czyli przydatne oraz nieprzydatne. W tej drugiej grupie byli ci, którzy pracy nie mieli – starcy, kobiety, dzieci. Wywożono ich do obozów koncentracyjnych lub rozstrzeliwano, między innymi na Piaskach na Łyczakowie. Jedna z takich akcji zyskała przydomek „na starców”. Prawdopodobnie podczas tej właśnie, 22 listopada 1941 roku, został zabity Józef Bardyni. W sierpniu 1942 zmniejszono teren getta, a eksterminacja przybrała na sile. 20 sierpnia ginie matka – Maria Bardyni. Ich córka, siostra Aleksandra, jak wiemy, mieszkała w Grodnie. Jeszcze w maju 1941 przysłała do Lwowa list, a w nim zdjęcie trzyosobowej rodziny z dedykacją „My zawsze z Wami”. Ale represje wobec grodzieńskich Żydów były podobne – Irena Lev z domu Bardyni, jej mąż Hersz i ich dziecko zostali zamordowani w lutym 1943 roku podczas jednej z ostanich akcji likwidujących grodzieńską społeczność żydowską. Niespełna trzydziestoletni Aleksander został sam.

To drugi, najbardziej tragiczny okres lwowskiej odysei. Po wkroczeniu Niemców Bardini pracuje przymusowo na terenie getta. Po wojnie w kwestionariuszu ZASP-u na pytanie, co zgłaszający się robił w okresie okupacji, napisze: „robotnik przy niwelacji dróg, pomocnik murarski, sanitariusz, od 1942 do 1944 ukrywałem się”44. Sanitariuszem był na oddziale chirurgicznym w żydowskim szpitalu przy ulicy Kuszewicza.

Los tak mną pokierował, że zostałem sanitariuszem nie na żadnym innym oddziale, ale właśnie na chirurgii… nie spisać by tego, czego ja się tam napatrzyłem, co przeżyłem: strasznego, pięknego, groźnego, szpetnego… a nawet śmiesznego. Nigdy tego nie wspominam. I tylko pisząc te słowa, uświadamiam sobie, jaka jest gradacja ludzkich upokorzeń spowodowanych chorobą. Już sam pobyt w szpitalu czyni z człowieka coś „w rodzaju człowieka”. Pobyt w szpitalu w kraju okupowanym – podwaja biedę człowieczą: jest to bieda człowieka i wspólnoty. Zaś bieda w getcie – to bieda człowieka i pewnej, nie zawsze dobrowolnej wspólnoty, też pokonanej siłą. A w ogóle: chorowanie w getcie przypomina mi bez mała palenie papierosa w czasie nurkowania: nieodpowiednia czynność w kompletnie nieodpowiednim miejscu. […] Był to dzień akcji likwidacyjnej szpitala. Niemiecki żołnierz stoi nieruchomo, pod bronią, w korytarzu szpitalnym i widzi, jak pacjentów, bez względu na ich stan, słowem, krzykiem i biciem zmusza się do natychmiastowego opuszczenia sali szpitalnej i znalezienia się na czekających na ulicy ciężarówkach. Zobaczywszy, jak usiłuję pomóc prawie bezwładnemu choremu (byłem w białym fartuchu), patrząc martwym wzrokiem przed siebie, żołnierz ten kątem ust wymamrotał po niemiecku do mnie te oto słowa: „Co tu jeszcze robisz, idioto, uciekaj i chowaj się…”.

I Aleksander uciekł. Później niechętnie wracał do tamtych czasów. Wspominał kiedyś tylko, że początkowo ukrywał się w małym domku pod Lwowem i gdy ktoś pukał do furtki – właził do dołu wykopanego pod werandą i nakrywał się deską z ziemią i trawą. Nie trwało to długo – nadchodziła zima, w dodatku nie chciał dłużej narażać i nadużywać gościnności właścicieli domu. Postanowił wrócić do centrum miasta i – jak mówił – przygarnęli go przyjaciele, rodzina przyszłej żony.

W kryjówce znalazł miłość. Ale droga do szczęścia nie była łatwa

Autor książki "Bardini" zaznacza, że wojenne losy rodziny badała przed laty córka aktora. "W poszukiwaniu przodków swojej matki kwerendę robiła w swoim czasie córka Profesora. Jeździła na kresy, do miast dzisiejszej Białorusi i Ukrainy, korzystała nawet z archiwów specjalizujących się w badaniu genealogii mormonów, ale jej ustalenia są raczej skromne. Rodzina Heichel to potomkowie niemieckich kolonizatorów. W drugiej połowie XVIII wieku cesarzowa Maria Teresa, a później jeszcze bardziej jej następca cesarz Józef II, prowadzili planową akcję osadniczą, której celem było zasilenie mniejszości niemieckiej w Galicji. Pojechali tam ludzie różnych wyznań – katolicy, protestanci, unici, grekokatolicy. Przede wszystkim rzemieślnicy. Początkowo osiadali tylko w miastach, później cesarz dopuścił także kolonizację rolniczą na terenach wiejskich. I oto sto kilkadziesiąt lat później w tej opowieści pojawiają się spadkobiercy kolonizacji józefińskiej, choć dane o nich są szczątkowe. Nazwisko Heichel już w połowie XVIII wieku widnieje w księgach kościelnych. Rodzina mieszkała w okolicach Lwowa (Dolina, Bolechów, Lisowice) i w samym mieście. W którymś już pokoleniu Józef Franciszek Heichel był zawiadowcą na kolei. Razem z żoną Katarzyną mieli pięć córek. Jedna z nich, Maria, poślubiła Konstantego Aftanasowa. Prawdopodobnie był on narodowości ukraińskiej, jego ojciec miał na imię Bazyli – tak wynika z nielicznych zachowanych świadectw.

Na marginesie warto zauważyć, że dokumenty pokazują niemały chaos w zapisie faktów z historii rodzinnej. Po pierwsze – samo nazwisko. W niektórych brzmi ono „Aftanasów”, tak też jest transliterowane na cyrylicę w archiwaliach rosyjskich czy ukraińskich. Zdarza się nawet zapis „Aftanas”. Po drugie – miejsce zamieszkania. Nie ulega wątpliwości, że były to Lisowice w województwie stanisławowskim. Ale na jakimś zaświadczeniu ktoś omyłkowo napisał „Lisowiec” i taki zapis pokutował w niektórych dokumentach jeszcze przez wiele lat, nawet po wojnie.

Maria i Konstanty Aftanasowowie mieli czworo dzieci. Jedyny syn zginął podczas I wojny światowej. Na początku lat czterdziestych dwie z córek były już zamężne – Józefa (po mężu Poźniak) i Helena (po mężu Budzińska). Średnia z sióstr, urodzona w 1905 roku w Lisowicach Julia, była panną. Z zachowanego świadectwa ze szkoły w tej miejscowości wynika, że w klasie piątej jej zachowanie zasłużyło na ocenę „chwalebne”, a większość ocen z przedmiotów nauczania to czwórki. Piątki miała tylko z języka niemieckiego, robót ręcznych i śpiewu. Na tym świadectwie zaznaczono, że jest katoliczką obrządku greckiego, ale w rodzinnym archiwum zachowało się też świadectwo chrztu w obrządku łacińskim w parafii św. Antoniego we Lwowie. Julia nie miała wyższego wykształcenia, przed wojną pracowała między innymi w zakładzie farmaceutycznym – przedstawicielstwie znanej, powstałej w Szwajcarii firmy CIBA, później imała się różnych zajęć. Poznali się przez wspólnych znajomych, być może w domu, w którym na początku wojny Bardini mieszkał jako sublokator. I to był początek związku, który przetrwał ponad pół wieku. Julia była o osiem lat starsza. Nie ulega wątpliwości, że dzięki jej oddaniu i opiekuńczości Aleksander przeżył.

Podczas wojny siostry mieszkały razem, także z mężami i dziećmi Józefy i Heleny, w dużym mieszkaniu przy ulicy Zyblikiewicza 37. I to ten dom stał się schronieniem Aleksandra do końca niemieckiej okupacji Lwowa.

W kącie między ścianą pokoju a spiżarką mogły stać dwie, trzy osoby. Wezwano stolarza, który zabił ten kąt deskami. Deski zalepiono gliną z wapnem, poczem ustawiono aż do sufitu półki na prowiant. Z korytarza przebiliśmy do bunkra dziurę o średnicy zwykłej beczki. Dziurę tę zasłonięto dębowym wieszadłem, przybitym do ściany hakami. Jedna deska wieszadła otwierała się jak drzwi. Kiedy rozlegał się na schodach odgłos kroków albo dzwonek, biegłem do wieszadła, otwierałem drzwi i właziłem do dziury. Drzwi zamykano za mną i wieszano płaszcze. W dziurze siedziałem na czworakach, póki nie minęło niebezpieczeństwo.

Rodzina Aftanasow podjęła ogromne ryzyko. Wiadomo, co groziło za ukrywanie Żydów. Ale nie mieli wątpliwości – to była nie tylko decyzja
Julii. Chcieli pomagać, nie tylko ukrywając Aleksandra. Wiele razy przygotowywali i nosili do getta paczki z żywnością i inną pomocą. Takich
polskich rodzin we Lwowie było wiele. Jedną z nich, kanalarza Leopolda Sochy, pokazała Agnieszka Holland w nominowanym do Oscara filmie W ciemności.

Przed wojną we Lwowie mieszkało około 160 tysięcy osób narodowości żydowskiej. Pod koniec 1942 roku było ich około 24 tysięcy. W sierpniu 1943 po likwidacji getta miasto ogłoszono „wolnym od Żydów”. Wojnę przeżyło kilkuset. 27 lipca 1944 roku do Lwowa wkroczyła Armia Czerwona, zaczęła się tak zwana druga okupacja sowiecka.

W tym czasie Aleksander i Julia zaopiekowali się żydowskim małym chłopcem Icchakiem Schichorem, który „jako zdziczały sierota został znaleziony w lesie w 1944 przez radzieckich żołnierzy. Potem […], kiedy poszli do ofensywy, pewien pułkownik podrzucił mi tego chłopca, który był u mnie i u mojej żony prawie rok” – pisał Bardini do swojego przyjaciela Felixa Fibicha, tancerza, choreografa i aktora urodzonego w Warszawie, a później przez wiele lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych.

Wkroczenie Rosjan do Lwowa oznaczało między innymi wznowienie działalności Państwowego Polskiego Teatru Dramatycznego. Dyrektorem został Bronisław Dąbrowski. Bardini wszedł do Rady Artystycznej i zaczął reżyserować. 6 września dają premierę Burmistrza Stylmondu Maurice'a Maeterlincka. Dramat o wydarzeniach w Belgii w czasie I wojny światowej bardzo przypominał niedawne wojenne dni we Lwowie i został znakomicie przyjęty przez krytyków i wzruszonych widzów. W październiku teatr pokazał komedię Cały dzień bez kłamstwa Jamesa Montgomery’ego. Jak wspominał Bronisław Dąbrowski, „mimo błahej fabuły amerykańskiej sztuki, spektakl opracowany przez Bardiniego jako komedia muzyczna był naprawdę bardzo dowcipny i świetnie grany”.

Z kolei w ostatnim dniu 1944 roku odbyła się premiera komedii muzycznej Moja siostra i ja Georges'a Berra i Louisa Verneuila, którą Bardini nie tylko wyreżyserował, ale też zagrał w niej jedną z głównych ról, w ostatniej chwili robiąc nagłe zastępstwo za Tadeusza Surowę. W kwietniu 1945 roku Bronisław Dąbrowski przygotował Wesele Stanisława Wyspiańskiego, Bardini zagrał w nim rolę Widma. Ludwika Castori wspominała: „Stworzył bardzo dziwne i śmieszne Widmo – zawsze był krępy i łysawy (w spektaklu nosił perukę), nie miał warunków do tej roli, ale jego grze nie można było nic zarzucić”.

Zaraz po wznowieniu działalności polskiego teatru we Lwowie zaistniała pilna potrzeba utworzenia przy nim Studia Dramatycznego. Aleksander Bardini zostaje jego kierownikiem. Prowadzi zajęcia aktorskie, z dykcji i z opracowania scen dramatycznych.

Zespół dało się jakoś sklecić. Ale młodzieży aktorskiej – jak na lekarstwo. Po prostu jej nie ma. Od pięciu lat – żadnego dopływu młodych sił aktorskich. Co robić! Nie ma młodych aktorów? Nie ma innego wyjścia – trzeba ich „zrobić”. I tak oto powstaje przy teatrze studio, którego zostałem wykładowcą i współkierownikiem. Młodzi ludzie, wygłodzeni teatru, a więc chętni, żarliwi, niektórzy nawet zdolni, zostali od razu wciągnięci do teatralnej „kuchni”: ich w pośpiechu nabywane umiejętności były – z konieczności – natychmiast spożytkowane w przedstawieniach.

Jednak powrót do w miarę normalnego życia i pracy po wyjściu Niemców i przyjściu Rosjan był tylko pozorny. Jeszcze jedno wspomnienie Ludwiki Castori:

Stan strachu ciągle mu towarzyszył, choć nigdy tego nie ujawniał, poza może okresem tuż po wyjściu z ukrycia. Cieszył się wolnością, ale w każdej sekundzie wykazywał czujność, zachowywał się tak, jakby wciąż coś na niego czyhało. Często odprowadzał mnie do domu, miał po prostu po drodze, obserwowałam u niego odruchy osoby w ciągłym napięciu, w stanie zagrożenia. Powrót do teatru, do życzliwych mu ludzi, którzy znali jego gehennę, załagodził strach, ale nie zlikwidował. Dobrze znał cenę życia ludzkiego.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Iga Cembrzyńska kochała tylko jego. Te słowa o Andrzeju Kondratiuku dziś poruszają jeszcze bardziej

Aleksander Bardini, Andrzej Łapicki
Aleksander Bardini, Andrzej Łapicki PAP/Andrzej Rybczynski

Julia Aftanasow trafiła do więzienia NKWD, gdy była w ciąży

O Aleksandrze Bardinim pisze też lekarka Stefania Kolowratnik-Seniow w swoich wspomnieniach ze Lwowa tamtych czasów. Poznali się w 1940 roku, gdy załatwiała jakąś sprawę w teatrze. Sasza i ona trochę flirtowali. Grał w jej domu na skrzypcach, chodzili razem na koncerty, ona przychodziła do teatru na jego sztuki. Potem nie mieli kontaktu i po kilku latach zobaczyła go na ulicy w towarzystwie drugiego mężczyzny. „Zauważyłam na ulicy dwóch panów o zupełnie białych twarzach. Taką biel widziało się wyłącznie u tych, którzy wyszli z długotrwałego ukrycia”53. A więc wyjście z ukrycia rzucało się w oczy. I pojawiły się w związku z tym zupełnie nowe zagrożenia. Jak wiemy, rodzina Heichel miała niemieckie korzenie. To u niektórych rodziło podejrzenia. Tak czy inaczej, ktoś doniósł. 30 stycznia 1945 roku Julia zostaje aresztowana przez NKWD, trafia do więzienia. A wtedy jest już w ciąży. Dla Aleksandra był to kolejny szok i niewyobrażalna trauma. Traktował już wtedy Julię jak żonę, tak o niej mówił, tak ją nazywał w listach, które pisał do więzienia, na przykład w tym z 27 marca tuż przed Wielkanocą:

Jedyna, kochana moja żono Juleczko! Życzę Ci smacznego. Cieszy mnie, że masz nadzieję wyjścia, i ja mam nadzieję, że już wkrótce będziemy razem. Bo co to za życie żyć oddzielnie i w tych warunkach. Myślami jestem i tak ciągle przy Tobie. Co do Twoich dolegliwości, to są to wypadki jakie często bywają podczas ciąży. Posyłam Ci łapcie, żebyś w nich mogła spacerować. Proszę Ciebie pisz wyraźniej. Żądaj czego Ci trzeba, a wiesz, że ja zrobię wszystko, żebyś miała. Bądź zdrowa moja kochana. Zawsze Twój – mąż Sasza.

Wysyłał jej do więzienia swoje zdjęcia, poprzednie gdzieś się zagubiły. Na odwrocie były dedykacje „…oddany mąż Sasza” albo „…fotografię tę posyłam, żebyś sobie przypomniała jak to było i jak się dobrze skończyło…”. W liście napisanym kilka dni później, na święta (wypadały 1 kwietnia), były nie tylko wyrazy miłości, ale i dużo praktycznych rad:

Moja kochana żono Juleczko! Smutno mi na duszy, że Święta obchodzimy oddzielnie. Ale wierz mi, że myślami zawsze, a tembardziej w czasie Świąt jestem przy Tobie. Pragnę moja kochana, żebyś pamiętała ile ja się wycierpiałem. Ty przecież o wszystkiem wiesz. A jednak wierzyłem, że będzie dobrze, i teraz żyję nadzieją i pewnością, że będziemy razem. Pamiętaj, nie załamuj się i wiedz, że póki jestem żywy, tak długo jestem Twój. Bardzo mnie martwią Twoje smutne listy i to, że Ci jest tak ciężko. […] Co do lekarstw: posyłam Ci na świerzb płyn żółty, trzeba Ci 3 wieczory całej się natrzeć a potem posypać pudrem, który też posyłam. Gdyby to nie pomogło, to posyłam też maść na świerzb, ale ona bardzo brudzi, więc może płyn wypróbujesz wpierw. Maść też trzeba 3 wieczory smarować i posypywać. Na kaszel posyłam Ci lekarstwo, to jest syrop na odkaszlanie zmieszany z proszkami na uspokojenie kaszlu. Pisz o wszystkim czego Ci potrzeba. Jak mogę staram się Ciebie zadowolić. Zdrowych Świąt życzy Ci zawsze Twój kochający mąż Sasza. Witamina C jest w torebce z cukrem.

Aleksander natychmiast po aresztowaniu Julii podjął starania o jej uwolnienie. O pomoc poprosił dyrektora Bronisława Dąbrowskiego. Po latach wspominała jego żona, Ludwika Castori: "Dąbrowski pojechał do Kijowa, do Wandy Wasilewskiej, która przecież dobrze znała Bardiniego z czasów pierwszej okupacji (pozwoliła mu nawet na zrobienie poprawek w swojej sztuce, która była wtedy w repertuarze, chodziło bodajże o Bartosza Głowackiego). Wasilewska zachowała się bardzo przyzwoicie, zaraz zadzwoniła do Berii, a on dał rozkaz, żeby panią Julię zostawić w spokoju".

11 kwietnia, po niemal dwóch i pół miesiąca za kratami, Julia Aftanasow (na zaświadczeniu NKWD zapisano błędne nazwisko „Awtonas”) wychodzi na wolność. Jest wtedy w szóstym miesiącu. Natychmiast – 17 kwietnia 1945 – we Lwowskim Urzędzie Stanu Cywilnego biorą ślub. Ludwika Castori: "Sasza, odkąd go pamiętam, zawsze był sam, bez rodziny, bez domowego ciepła. Dom stworzyła mu dopiero Pani Julia, u której mieszkał we Lwowie, otoczyła go niemal matczyną opieką, wprost łaknął tego. Cóż, gdy wojna zmieniła ten dom w więzienie. Jego żona jest osobą niezwykle skromną, za co ją bardzo ceniłam i cenię, a Saszę za okazywany jej szacunek, za to, że ich związek przetrwał tyle lat.

9 sierpnia 1945 roku „u Pijarów”, w szpitalu powszechnym, erygowanym w XVIII wieku przez cesarza Józefa II, rodzi się ich córka. Po obu babciach dostaje imię Maria. Niemal od urodzenia wszyscy mówią na nią Malina. Narodziny dziecka to symboliczny koniec lwowskiej odysei Bardinich, ale nie koniec ich skomplikowanych losów wojennych i powojennych. Trauma tych przeżyć odciśnie się na życiu całej trójki na zawsze.

CZYTAJ TEŻ: Natalia Kukulska szczerze o kryzysach w małżeństwie. „Gdyby ktoś teraz zapytał mnie…”

image002

Książka "Bardini" Grzegorza Kozaka to pierwsza pełna biografia legendarnego artysty. Ukaże się 1 sierpnia nakładem Wydawnictwa Czytelnik.

Authors

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...