Reklama

Serena Williams to jedna z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii tenisa. Jest 23-krotną zdobywczynią Wielkiego Szlema i czterokrotną złotą medalistka igrzysk olimpijskich. Jej talentu i osiągnięć nikt nie kwestionuje. Dlaczego więc spadła na nią taka lawina krytyki po tym, jak postanowiła wystąpić na Wimbledonie i skorzystała przy tym z "dzikiej" karty, czyli przywileju przywileju należnego gwiazdom tenisa?

Gwiazdy mogą wszystko?

Powodów jest kilka. Po pierwsze, 46-latka zabiera miejsce młodym talentom, bo "dzika" karta ma być szansą dla obiecujących, perspektywicznych zawodniczek i zawodników. Serena ostatni raz wystąpiła w singlu w 2022 roku i, obiektywnie mówiąc, ma małe szanse na stworzenie godnego widowiska. "Dzika" karta przyznawana jest również tenisistom powracającym po kontuzjach. A Williams żadnego urazu nie miała.

Dlaczego zatem władze Wimbledony zgodziły się na występ Sereny na tym prestiżowym turnieju? Jeśli nie wiemy, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Obecność gwiazdy gwarantuje większe zainteresowanie mediów, kibiców i sponsorów. Tylko szkoda wschodzących gwiazd, jak nasza Maja Chwalińska, które borykają się z problemami finansowymi. Przypomnijmy słowa finalistki ostatniego Paris Open – Mai Chwalińskiej, która zwierzyła się mediom, że ma już środków na dalszy pobyt w Paryżu, ponieważ nie przewidziała, że awansuje do finału. Na szczęście szybko znalazł się sponsor. Te dramatyczne wybory były w przeszłości także udziałem Agnieszki Radwańskiej, której dziadek sponsorując wnuczkę, wyprzedawał prywatną kolekcję obrazów. Polscy kibice mogą już spokojnie spać, bo 25-letnia Maja Chwalińska jest już szczęśliwa posiadaczką przepustki do głównej drabinki rozgrywek. Ale fakt, że Williams dostała "dziką" kartę oznacza, że jakaś zdolna zawodniczka takiego przywileju nie otrzyma. Nie dziwią więc słowa kibiców, którzy piszą, że Serena „wystarczyłyby kwiaty, a nie dzika karta”.

Sposób na… nudę

Komentatorzy i eksperci (między innymi na łamach Flashscore.pl) zwracają uwagę, że powrót byłej liderki rankingu na korty po latach przerwy i otrzymanie przez nią "dzikiej" karty ociera się o kaprys zawodniczki, która nie musi już niczego udowadniać. Ani też liczyć na profity. Nie sposób się z tym nie zgodzić, zwłaszcza że sama Serena nie ukrywała, że wybiera się na Wimbledon, ponieważ… się nudzi. Jak może się nudzić żona i matka dwójki dzieci, posiadaczka rozlicznych biznesów, w tym Wyn Beauty (kosmetyki), Thomasnet, Will Perform (pielęgnacja i regeneracja) i rozlicznych kontraktów reklamowych, to już słodka tajemnica Sereny. Z ciekawostek – Serena jest w Stanach „twarzą” popularnego leku na cukrzycę.

Jak (nie)być kochaną?

Cokolwiek by mówić, podzielone zdania co do słuszności przyznania Amerykance dzikiej karty, oprócz względów biznesowych i PR-owych, wynikają także z sympatii fanów tenisa. A ta nie jest raczej po stronie 46-latki. Nie tylko dlatego, że uwielbiana przez fanów tenisa na całym świecie Maja Chwalińska mogła przez Serenę stracić dziką kartę. Chodzi o to, że starsza z tenisistek ma niestety trudny charakter i z mało kim się liczy. W ciągu kariery zaliczyła na kortach kilkadziesiąt wizerunkowych wpadek, jak lekceważące traktowanie przeciwniczek, nieparlamentarne odzywki w stronę publiczności czy nawet groźby karalne wobec sędziów. Mai Chwalińskiej zaś wystarczył jeden turniej, by zdobyć serca miłośników tenisa. Wdziękiem, naturalnością, spontanicznością, empatią, poczuciem humoru i naturalnością.

Serena Williams
Serena Williams Halil Sagirkaya/Anadolu via Getty Images
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...