O TYM SIĘ MÓWI

Piękny umysł zamknięty w zdeformowanym ciele. Niezwykła historia Stephena Hawkinga

„Chciałbym jeszcze spróbować wielu rzeczy”

JAKUB BISKUPSKI 8 kwietnia 2018 15:00

Piękny umysł zamknięty w zdeformowanym ciele. Tak najczęściej opisywały go media. Stephen Hawking, nieuleczalnie chory na ALS, potrzebował ciągłej opieki. To jednak nie przeszkodziło mu zostać jednym z najwybitniejszych naukowców naszych czasów. I żyć tak, jakby nie istniały żadne ograniczenia! Geniusz, ikona, współczesny Einstein, który zgłębiał tajemnice wszechświata, odszedł 14 marca. Żył 76 lat.

Nie bał się śmierci. Martwił się raczej tym, że nie zdąży zrobić wszystkiego, co sobie zaplanował. „Chciałbym jeszcze spróbować tak wielu rzeczy”, mówił w wywiadzie dla Guardiana. Stephen Hawking ze świadomością, że może odejść w każdej chwili, żył ponad 55 lat.

I może dlatego, mimo nieuleczalnej choroby – stwardnienie zanikowe boczne pozbawiło go kontroli nad większością mięśni, cieszył się każdym kolejnym dniem. Tak, jakby miał być ostatnim. „Pamiętajcie, zawsze patrzcie w górę, na gwiazdy, a nie pod nogi”, powtarzał trójce swoich dzieci. Sam nie mógł ruszyć nawet głową. Ale o gwiazdach, czarnych dziurach i procesach zachodzących we wszechświecie wiedział więcej niż ktokolwiek inny.

Niezwykła historia Stephena Hawkinga

Był zafascynowany nauką, ktoś kiedyś porównał go do Indiany Jonesa… astrofizyki. Z czasem stał się prawdziwą gwiazdą w tej dziedzinie. Wystąpił między innymi w kultowych serialach – Star Trek i Teoria wielkiego podrywu, w najpopularniejszych show. Dla niektórych był ikoną naszych czasów, porównywaną z Marilyn Monroe czy Andym Warholem. Na ten status musiał jednak długo pracować.

Przełomem był 1988 rok, wtedy wydał Krótką historię czasu i jego geniusz (oraz niesamowite poczucie humoru) poznał cały świat. Nie tylko wielbiciele nauk ścisłych. Tylko do 2002 roku sprzedało się ponad dziewięć milionów egzemplarzy książki. „Zdaję sobie sprawę, że ludzie kupują ją, bo dobrze wygląda na stoliku do kawy. Chcę wierzyć, że ją przeczytali, ale… ona rzeczywiście dobrze wygląda na stoliku do kawy”, żartował w swoim stylu kilka miesięcy po premierze.

Niestety, obawy Hawkinga były słuszne. Badania wykazały, że najbardziej wytrwali czytelnicy docierali do połowy czwartego rozdziału. Dalej, mimo że celem autora była popularyzacja nauki, lektura zaczynała być zbyt skomplikowana. Stephen, badacz czarnych dziur, ze swadą opisywał swoje przemyślenia, które doprowadziły go do wysnucia  tezy, że te jedne z najbardziej tajemniczych obiektów w kosmosie też emitują promieniowanie. Czternaście lat przed wydaniem książki ta wciąż niepotwierdzona obserwacyjnie teoria doczekała się jedynej i właściwej nazwy – promieniowanie Hawkinga.

Przeciętniak

Nawet jego najbliżsi zauważają, że Stephen sprzed diagnozy i po tym, jak się dowiedział, że jest nieuleczalnie chory, to dwie różne osoby. Młody Hawking był niczym niewyróżniającym się uczniem. A fakt, że pochodził z rodziny naukowców, obnażał jego braki jeszcze bardziej. Co prawda rówieśnicy wołali na niego Einstein, ale nie z racji wybitnych osiągnięć, tylko specyficznego, wręcz ekscentrycznego usposobienia. Hawkingowie rodzinne obiady spożywali w absolutnej ciszy.

Wszyscy: rodzice – doktor Frank i jego żona Isobel oraz dzieci: Stephen, Philippa, Mary i adoptowany Edward wykorzystywali wspólny posiłek na czytanie. Nastolatek wolał jeszcze wtedy komiksy i książki przygodowe od poważniejszych pozycji, nie wyłamywał się jednak z tej tradycji. Na rodzinny samochód wybrali starą londyńską taksówkę, która zakończyła „zawodową karierę”.

Ich rezydencja też zwracała uwagę – była to trzypiętrowa ruina. Kupując ją, rodzice zobowiązali się oczywiście do remontu, ale jak wspominał później Hawking, najwyraźniej o tym zapomnieli. Miało to swoje plusy. Dzieciaki hodowały w piwnicy pszczoły, a w domku w ogrodzie produkowały fajerwerki.

Miłością do obserwowania gwiazd zaraziła go mama. Absolwentka Oxfordu często siadała z najstarszym synem i wpatrywali się w niebo. „Stephen zawsze wierzył w cuda”, mówiła Isobel. „I wiedziałam, że gwiazdy w końcu go przyciągną”. Trochę musiała na to poczekać. Bo jedynym przedmiotem w szkole, podczas którego się uaktywniał, była matematyka. „Miałem jasno sprecyzowane wartości. Najbardziej interesowało mnie to, co się działo poza budynkiem”, żartował.

„Moja klasa była wyjątkowa. Ze swoimi wynikami nie byłem nawet w pierwszej połowie stawki. Brzydko prowadziłem zeszyty, mój charakter pisma był prawdziwą zmorą dla nauczycieli”, tłumaczył. Rówieśnicy też mieli o nim nie najlepsze zdanie. „Pamiętam, że kiedy mieliśmy po 12 lat, jeden z moich kolegów z klasy założył się z drugim, że do niczego nie dojdę”, wspominał. „Teraz jestem ciekawy, czy pamiętają o tym zakładzie. Stawką była wielka paczka słodyczy. A jeżeli go rozstrzygnęli, to który z nich wygrał?”.

Fatalna diagnoza

Pierwsze oznaki choroby pojawiały się znienacka w 1963 roku. Młody student Cambridge – miał wtedy niecałe 21 lat – nagle stracił przytomność i przewrócił się przed budynkiem swojego kolegium. Pech chciał, że wybił sobie dwa przednie zęby. Drugi taki wypadek miał miejsce w pociągu w Niemczech. Stephen oczywiście je zlekceważył. Był sprawny fizycznie, jako sternik brał udział w słynnych wyścigach wioślarskich w wiosce studenckiej. Mniej więcej w tym czasie zaczął też się spotykać z młodą studentką literatury, Jane, koleżanką siostry, którą poznał podczas imprezy sylwestrowej w Cambridge. Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że coś może być nie tak.

To ojciec, zaniepokojony dziwnymi drgawkami syna i tym, że coraz częściej podczas dłuższych wypowiedzi zaczynał bełkotać, wysłał go do lekarza. Diagnoza brzmiała jak wyrok śmierci! Po serii badań Hawking usłyszał, że zostały mu maksymalnie dwa lata życia. A to według specjalistów i tak były bardzo optymistyczne szacunki. Pierwsze miesiące były dla niego straszne. Hawking całkowicie stracił sens życia. Zaszył się w swoim pokoju w Cambridge i przy muzyce Wagnera upijał się do nieprzytomności. Zamiast książek naukowych czytał science fiction i całkowicie zarzucił prace nad doktoratem.

„Był w strasznej depresji. Jeździł samochodem tak, jakby chciał się zabić. W ogóle nie patrzył na drogę!”, wspominała przerażona Jane. W końcu jednak udało jej się wyciągnąć ukochanego z mroku. Ale nie było to łatwe. Gdy oznajmili rodzicom Stephena, że chcą się pobrać, jego ojciec wziął dziewczynę na bok i zapytał, czy ma świadomość, że jej wybranek zaraz umrze. Państwo Hawkingowie nie kryli się też z brakiem sympatii do Jane. Przyszła teściowa nie miała problemów, by powiedzieć jej, że nie pasuje do rodziny ze względu na intelektualne braki…

Narodziny geniuszu

Po ślubie, który Stephen i Jane wzięli w 1965 roku, naukowiec wrócił do swojej największej pasji. W końcu miał tak bardzo potrzebne mu wsparcie. Mimo postępów choroby Hawking, owładnięty manią odkrywania wszechświata, zdawał się nie zwracać na nią uwagi. To były jednak tylko pozory. Sfrustrowany swoimi ograniczeniami zamykał się w sobie coraz bardziej.

W latach 70. nie mógł się już poruszać o własnych siłach, próbował jeszcze mówić, ale rozumieli go tylko najbliżsi. To w ogóle był trudny dla nich czas. Jane miała pod opieką nie tylko jego, ale też dwójkę ich dzieci – synka Roberta (przyszedł na świat w 1967 roku) i córeczkę Lucy (1970).

„Bywało tak, że Stephen godzinami siedział na wózku i beznamiętnie wpatrywał się w jeden punkt. Był jak zahipnotyzowany. Nie reagował na nic. Kiedy spodziewałam się najgorszego, nagle odzyskiwał świadomość i uradowany krzyczał na cały dom, że rozwiązał równanie”, opowiadała. Już wtedy wiedziała, że jest ich „czworo” w małżeństwie. „Ja, Stephen, fizyka i ALS. Niekoniecznie w tej kolejności”, mówiła.

Hawking był już wtedy gwiazdą astrofizyki. Gdziekolwiek się pojawiał, od razu otaczały go tłumy fanów. Imponowało mu to. Jego żona skarżyła się, że z czasem zaczął zachowywać się jak „cesarz”. W domu zamknięty w sobie i roszczeniowy na spotkaniach z ludźmi tryskał humorem i zabawiał wszystkich. Nawet, gdy całkowicie stracił zdolność mówienia, dzięki postępowi techniki mógł korzystać z syntezatora mowy. Hawking śmiał się nawet, że ten komputerowy, wyraźnie amerykański akcent bardzo mu się podoba!

Miłość nie jest nauką ścisłą

Niepełnosprawność nie była dla niego przeszkodą. W wywiadach wielokrotnie podkreślał, że dostrzega w niej nawet pewne plusy. „Nie muszę siedzieć na trwających wiele godzin zebraniach uczelnianych, ten czas poświęcam na pracę. Nie muszę sam męczyć się z przygotowaniem wykładów, zajmuję się tylko ich treścią, a resztę spraw technicznych załatwiają za mnie życzliwi ludzie”, podkreślał. Mimo choroby miał też w sobie pewien magnetyzm, który fascynował kobiety.

Rozwód z żoną był kwestią czasu. Kryzys trwał kilka długich lat, a zaczął się, gdy na świat w 1979 roku przyszedł ich syn Tim. Ona coraz częściej skarżyła się, że Hawking mylił pojęcia „żona” i „pielęgniarka”. W końcu, zmęczona i sfrustrowana, związała się z nauczycielem gry na pianinie, który uczył dzieci.

Stephen tolerował ich związek, sam chętnie korzystał z opieki Jonathana Jonesa. Z tych samolubnych pobudek zaakceptował nawet fakt, że mężczyzna wprowadził się do ich domu. „Mogłem umrzeć w każdej chwili, dlatego chciałem, żeby w razie najgorszego Jane i dzieci miały kogoś, na kogo będą mogli liczyć”, pisał w swojej biografii „Moja krótka historia”.

Sam wiele jej zawdzięczał. Przede wszystkim to, że przywróciła go do normalnego życia. Dzięki niej wyszedł z depresji i zaczął pracować. Kilka razy uratowała go też przed śmiercią. Najbardziej dramatyczna sytuacja miała miejsce wtedy, gdy podczas pobytu w ośrodku CERN w 1985 roku zachorował na zapalenie płuc. Szwajcarscy lekarze chcieli już wyłączać aparaturę podtrzymującą życie, ale dzięki uporowi żony Hawking dostał kolejną szansę.

Zapytany kiedyś o największą tajemnicę ludzkości odpowiedział, że są nią kobiety. Nie potrafił ich zrozumieć, pewnie dlatego, że całą energię angażował w naukę. Podobno przez nagłe uczucie zazdrości, że Jane jest szczęśliwa z Jonathanem, zdecydował się zostawić żonę i przeprowadzić do mieszkania Elaine Mason, pielęgniarki, która pełniła dyżury przy jego łóżku. Może rzeczywiście chciał zwolnić Jane z obowiązku opieki nad nim? A może, tak jak narzekała żona, Hawking marzył, by jego partnerka była przede wszystkim pielęgniarką, która bez wahania poświęci się wyższym celom?

Niebezpieczne związki

Małżeństwo z Elaine było bardzo burzliwe. Przez ponad 10 lat ich związku Hawking wielokrotnie lądował w szpitalach poturbowany lub skrajnie wycieńczony. Kilka razy miał złamane kończyny, raz udar i mocne poparzenia słoneczne, gdy żona zostawiła go na kilka godzin w nasłonecznionym miejscu. Doszło do tego, że zaniepokojona córka Hawkinga zgłosiła sprawę na policję. Naukowiec jednak wszystkiemu zaprzeczył i w oświadczeniu dla mediów przyznał, że Elaine jest cudowną opiekunką… Coś musiało być jednak na rzeczy, bo dwa lata później, w 2006 roku, rozwiedli się.

Jeden z brytyjskich tabloidów jako powód rozstania podał to, że Hawking zdradzał żonę. Oficjalnie nikt nie potwierdził tej wersji, ale później kilka razy pojawiały się jeszcze wzmianki o jego rozrywkowym usposobieniu. Geniusz podobno był częstym gościem na przyjęciach dla swingersów organizowanych w Kalifornii. „To byłoby do niego podobne. Całe życie przekraczał granice, nie uznawał zakazów i nakazów. Tworzył własny kodeks postępowania”, zdradzał zaprzyjaźniony z Hawkingiem naukowiec.

W ostatnich latach przed śmiercią przeszedł dużą przemianę. Zaczął doceniać rodzinę. Pytany, do którego momentu w przeszłości chciałby się cofnąć, gdyby było to możliwe, bez wahania odparł, że do roku 1967. Wtedy urodził się jego pierwszy syn Robert. Jeszcze przed rozwodem z Elaine pogodził się też z pierwszą żoną. Przeprowadził się do domu sąsiadującego z domem Jane w Cambridge.

Dzięki temu znowu mógł liczyć na jej opiekę i częstsze wizyty dzieci oraz wnuków. Mógł ich zarażać swoją pasją do gwiazd, tak jak zaraził setki milionów osób na całym świecie. Raz nawet zbliżył się do nich dosłownie! W specjalnie przystosowanym samolocie przeżył stan nieważkości i, jak mówił później, chętnie poleciałby w kosmos na dłużej.

Wieczność wśród gwiazd

Po śmierci wśród tysięcy epitafiów chwalących jego wybitny umysł pojawiły się także te sławiące bardziej „ludzką” stronę natury Hawkinga. Do historii przeszedł już żart, którym zaskoczył Johna Olivera. „Czy myślisz, że istnieje taki wszechświat, w którym mógłbym być mądrzejszy od ciebie?”, pytał prowadzący. „Tak. Być może istnieje też taki, w którym jesteś zabawny”, odparł Hawking.

Albo wypowiedź, w której porównuje uczucie, kiedy wpadnie na coś genialnego, do spełnienia seksualnego. „Eureka trwa dużo dłużej”, puentował za pomocą syntezatora mowy. Na 60. urodziny odbył lot balonem, a niecały tydzień później rozbił swój elektryczny wózek, szalejąc po uliczkach Cambridge. Złamał sobie wtedy nogę.

Po co to robił? Po co ryzykował? Hawking nigdy nie ukrywał, że jego nadrzędnym celem, oprócz popularyzacji nauki, było też udowodnienie wszystkim, że gdy się chce, można przełamać wszelkie ograniczenia. „Nie można przeskoczyć tylko tych blokad, które stawiamy sobie sami w głowie”, przekonywał. I właśnie tak chciał zostać zapamiętany.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Tekst JAKUB BISKUPSKI

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy”, mówi RADOSŁAW MAJDAN i nie ukrywa, że z powodu epidemii on i jego żona są pełni obaw. LESZEK MILLER z wnuczką MONIKĄ o tym, jak dziś wygląda ich życie po bolesnej stracie syna i ojca. Legendarny aktor WITOLD SADOWY niedawno skończył sto lat i zdobył się na niezwykle szczere wyznanie. „Widziałam, jak czai się śmierć” – ELISABETH REVOL wspomina ostatnie chwile z TOMKIEM MACKIEWICZEM podczas wspinaczki na Nanga Parbat.