TYLKO U NAS!

On był sekretarzem Wisławy Szymborskiej, ona asystentką żony Czesława Miłosza!

Michał i Joanna Rusinek – literackie rodzeństwo!

Roman Praszyński 27 lipca 2018 09:03
Joanna i Michał Rusinkowie
Fot. Olga Majrowska

Wszyscy wiedzą, że Michał Rusinek był sekretarzem Wisławy Szymborskiej. Napisał o tym książkę „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”. Ale mało kto wie, że jego siostra, Joanna Rusinek przez dwa lata była asystentką żony Czesława Miłosza, Amerykanki Carol Thigpen. Literackie rodzeństwo w VIVIE! opowiada Romanowi Praszyńskiemu kiedy Wisława Szymborska straciła swój brytyjski dystans i jak celnicy gonili z bronią żonę Czesława Miłosza.

Jaki wpływ miała na Pana noblistka?

Michał: Trudne pytanie, bo jak się ktoś przez 15 lat z kimś spotyka mniej więcej co trzy dni, to trudno sobie wyobrazić, kim by się było, gdyby do tych spotkań nie dochodziło. Nie była to osoba, która by udzielała życiowych porad albo takich dotyczących twórczości. Ale na wiele osób wpływała przez swój stosunek do języka. Mówiła o sobie, że jest patriotką języka, żyje w języku. Kiedyś zapytała, co piszę, a miałem tak zwany dobry rok, więc powiedziałem, że ukazało się pięć moich książek. Na co ona: „To niesamowite, do tej pory tak dużo pisali tylko grafomani”.

Nie było łatwo.

Michał: Nie było. Ale to kolejna rzecz, którą zarażała – poczucie humoru.

A jak Pani patrzyła na brata u boku noblistki?

Joanna: Zawsze był moim starszym bratem, więc zawsze się wpatrywałam w niego. Nawet jeśli się trochę buntowałam.

Michał: O złośliwostkach nie wspominając.

Joanna: No, trochę złośliwa jestem wobec niego.

Michał: I nawzajem.

Joanna: Mam wrażenie, że w naszej rodzinie nie było wybuchów emocjonalnych. Raczej ironiczny dystans.

Michał: Mieliśmy i chyba nadal to mamy – pewien rodzaj brytyjskiego poczucia humoru. Euforia nie jest naszą mocną stroną.

Joanna: Chociaż mamy 20 procent południowego temperamentu.

Michał: Moja siostra razem z moją żoną zrobiły mi prezent – test DNA. Więc wiemy, skąd się nasza rodzina wzięła. Trochę liczyłem na wikingów, ale okazało się, że 70 procent to Europa środkowa i wschodnia, 23 procent to Europa południowa – Grecja, Sycylia, Bałkany. I niecałe dwa procent Wyspy Brytyjskie.

Humor brytyjski to też cecha Pana byłej chlebodawczyni?

Michał: O, tak! Ona wprawdzie miała raczej związek z kulturą francuską i niemiecką, ale wydaje mi się, że była pod wieloma względami brytyjska. Miała starszą siostrę, Nawoję. Nigdy jej nie poznałem, ale usłyszałem anegdotę, która znakomicie oddaje tę cechę ich charakteru. Szymborska była w Zakopanem, gdy dowiedziała się, że przyznano jej Nagrodę Nobla. Zadzwoniła do siostry, na co pani Nawoja: „O, gratuluję. A jaka pogoda w Zakopanem?”.

A czy straciła swój brytyjski dystans?

Michał: Nie okazywała emocji. Jeżeli miała stany, które nazywała depresyjnymi, to po prostu nie wychodziła z domu, nie pokazywała się nikomu.

W swojej książce „Nic zwyczajnego” pisze Pan o jej spotkaniu z dziećmi z niepełnosprawnościami.

Michał: Tak, została poproszona o wzięcie udziału w spotkaniu z bardzo głęboko upośledzonymi dziećmi. Jedno z tych dzieci porozumiewało się w ten sposób, że pokazywało obrazki w specjalnej książce. Była tam opiekunka, która to odczytywała, i to był jakiś wyraz szacunku wobec Szymborskiej, podziękowania, że ona się tam w ogóle pojawiła. Ale ten moment, gdzie trzeba było poczekać, aż ten chłopiec pokaże po kolei obrazki, był niebywale wzruszający. Jakby mogła, toby potem od razu zapaliła dwa papierosy. Było to dla niej i dla jej wrażliwości bardzo trudne doświadczenie.

Zazdrościła Pani bratu, że prowadza się z noblistką?

Joanna: Troszeczkę. Dlatego bardzo się przejęłam, gdy dostałam propozycję, by zostać sekretarką Czesława Miłosza.

Michał: Czesław Miłosz spędzał pół roku w Kalifornii, a pół roku w Krakowie. W Krakowie jego sekretarką była Agnieszka Kosińska, potrzebował kogoś do Kalifornii.

Joanna: Poszłam na ulicę Bogusławskiego na rozmowę kwalifikacyjną.

Michał: Poszliśmy razem. Znałem Miłosza już wcześniej.

Joanna: Byłam przejęta potwornie, byłam przerażona.

Oni zaczęli krzyczeć i biec za nami. Byli uzbrojeni, zmartwiałyśmy.

Michał: Żoną Miłosza była Carol Thigpen, Amerykanka, która w Krakowie czuła się obco i często do mnie dzwoniła po to, żeby sobie pogadać po angielsku. Bardzo to było miłe dla mnie. Weszliśmy do mieszkania. Gdy Miłosz zobaczył Joannę, odrzucił laskę, wciągnął brzuch, ubyło mu mniej więcej 30 lat. A z drugiego pokoju wyszła Carol, przyjrzała się mojej siostrze i powiedziała: „No fucking way!”.

Joanna: Absolutnie tego nie pamiętam, ale byłam w stresie.

A co Pani pamięta?

Joanna: Carol zatrudniła mnie u siebie. Zostałam asystentką do spraw organizacyjnych, życiowych, krakowskich, których się zrobiło więcej, bo Carol zajęła się remontem. Miłoszowie kupili mieszkanie sąsiadujące z ich mieszkaniem i przebijali ściany. Carol była przerażona, jak to jest możliwe, że w tym drugim mieszkaniu, gdzie żyła rodzina wielopokoleniowa, a pan domu był złotą rączką, wszystkie puszki elektryczne zostały zrobione z puszek po tuńczyku.

Poezja polska.

Joanna: Tego było więcej. Raz na miesiąc ze względu na warunki pobytu musiała wyjechać za granicę. Pojechałyśmy na Słowację, zrobiłyśmy kółko wokół szlabanów i wróciłyśmy. Carol prowadziła, ja byłam tylko do towarzystwa, zagadałyśmy się i zapomniała dojechać do budki celników. Oni zaczęli krzyczeć i biec za nami. Byli uzbrojeni, zmartwiałyśmy. Grzecznie zawróciłyśmy i dalej jechałyśmy w ciszy. W końcu Carol mówi: „Wyobraź sobie te nagłówki – żona noblisty zastrzelona na granicy słowackiej przy próbie ucieczki”.

Więcej przygód literackiego rodzeństwa – Michała i Joanny Rusinków – w najnowszym dwutygodniku VIVA! W sprzedaży od 25 lipca 2018 r.

Joanna i Michał Rusinkowie
Fot. Olga Majrowska

Wideo

Wiemy, jak dbać o skórę dojrzałą! 

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

W wielkanocnym numerze Barbara Kurdej-Szatan z mamą i córką opowiadają o rodzinnych tajemnicach, a Joanna Mazur o tym, jak naprawdę wygląda życie niewidomej sportsmenki!