Maryla Rodowicz, Viva! 3/2020
Fot. Zdjęcia Piotr Porębski
TYLKO W VIVIE!

„Przeżywałam pierwsze momenty zakochania tak intensywnie, że burzyły mi całe życie”

„A teraz nareszcie spokój i niech tak już zostanie”, mówi Maryla Rodowicz

KRYSTYNA PYTLAKOWSKA 5 lutego 2020 20:25
Maryla Rodowicz, Viva! 3/2020
Fot. Zdjęcia Piotr Porębski

W nowym wywiadzie VIVY! Maryla Rodowicz opowiedziała nam o miłości... ,,Kiedy byłam dzieckiem, przeczytałam gdzieś, że z miłości trzeba płakać do księżyca. I to mnie uratowało. Miałam wtedy sześć, może siedem lat. Patrzyłam więc na księżyc i zmuszałam się do płaczu. Wyobrażałam sobie, że obiekt mojej miłości jest tak zakochany we mnie, jak ja w nim", wspomina wokalistka w rozmowie z Krystyną Pytlakowską. Co jest dla niej teraz najważniejsze? O tym w nowej VIVIE! od 6 lutego w kioskach, a fragmenty wywiadu prezentujemy na łamach naszego serwisu. 

Maryla  Rodowicz o miłości w VIVIE!

A czy jest dla Ciebie jakaś miłość równie ważna jak do mężczyzny?

Miłość do muzyki, do przyrody, do zwierząt, do dzieci… Ale to zupełnie inna miłość. Tylko że teraz te miłości stają się coraz ważniejsze. Miałam dużo szczęścia, bo udało mi się urodzić trójkę wspaniałych dzieciaków. Jak każda matka uważam, że moje dzieci są najpiękniejsze, najmądrzejsze. Właściwie rodziłam je przez całe lata 80.

Nie bałaś się wtedy o karierę?

Bałam się tylko przy pierwszym dziecku. Kiedy rodził się Jasiek, byłam przerażona. Myślałam, że to już koniec kariery, zwłaszcza że zbliżał się stan wojenny, a ja mieszkałam sama na Ursynowie w moim pierwszym mieszkaniu, bez telefonu, bez mebli, a tu maleńkie dziecko. Jasiek poza tym ciągle płakał. Bardzo źle sypiał, a ja szukałam w książkach o macierzyństwie, których miałam przy łóżku cały stos, stron o płaczu dziecka. Albo nie płakał, tylko leżał z otwartymi oczkami całą noc. Lekarz prawie od nas z domu nie wychodził. Musiałam biec na drugą stronę ulicy, na komendę, skąd wydzwaniałam do pediatry: „Panie doktorze, Jasiek kaszle”. A Krzysztof był wtedy w Krakowie. Myślałam, że już nikt nie zadzwoni, skończą się koncerty, życie estradowe. A ja nic, tylko będę gotowała te pieluchy (wtedy gotowało się pieluchy w mydlinach). Bałam się o swoją przyszłość. I wtedy zaproponowano mi kilka koncertów w teatrze Buffo, zagrałam z Andrzejem Kleszczewskim, świetnym gitarzystą. Tylko on i ja. Pamiętam swój kostium – czarna sukienka i wielki naszyjnik z lusterek i czarnych piór.

On też był Twoją miłością?

Nie, ale był superkolegą. Razem graliśmy do końca lat 80., dołączył do nas jeszcze Florek – z włosami do pasa, grał na skrzypcach i harmonijce ustnej. Dołączyli byli muzycy Perfectu, który się wtedy rozpadł. I Rysiu Kozicz, kolejny świetny menedżer. Wiele lat pracowaliśmy razem, głównie w ZSRR. 

 Wiesz, jaką ważną cechę masz w sobie?

Jaką?

 Poczucie lojalności. Bardzo rzadko spotyka się takie poczucie wielkiej lojalności.

Jestem lojalna. Zarówno w muzyce, jak i w miłości. Moi muzycy grają ze mną ponad 20 lat. Zresztą muzyka jest jak małżeństwo. Trudno wziąć z nią rozwód czy ją zdradzić. A potem, kiedy urodziła się Kasia
w 1982 roku, byłam już spokojniejsza, chociaż stan wojenny sprawił, że wszystkie kontrakty zostały zerwane z dnia na dzień. To Agnieszka odbierała mnie ze szpitala razem z Krzysztofem, ale kiedy rodził się Jasiek, Krzysztof był na festiwalu cyrków w Monte Carlo.

Cały więc czas byłaś sama, mimo tych mężczyzn wokół Ciebie i tylu miłości.

No nie, kiedy rodził się Jędrek, Andrzej czekał na korytarzu. I nie było takiej sytuacji podbramkowej jak przy Kasi, kiedy zrobiono mi transfuzję z innej niż moja grupy krwi. Przyszła położna i krzyczy: „Pani schodzi, ma pani już sine palce”. Żal mi się mnie zrobiło, że tak młodo umieram. Natychmiast odłączyli tę kroplówkę i jak widać, przeżyłam. Bardzo się z tego cieszę. Moje dzieci przypominają mi: „Mama, ty przecież będziesz żyła wiecznie”. Taki mam zresztą zamiar.

Ale miłość do dzieci nie zastąpi miłości do mężczyzny. Żadna inna miłość nie zastąpi tej najważniejszej.

A jeszcze nie mówiłam ci o mojej miłości do palm. Dramę damsko-męską mam już za sobą. Wyczyściłam siebie, swoją psychikę, odzyskałam spokój i czuję się naprawdę świetnie. Żyję kompletnie innym życiem. Mam koncerty, mam dzieci i już nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie wiosna, kiedy zrobi się ciepło, wystawię swoje palmy na taras. Cieszę się, bo lato ma być upalne, a więc moje palmy też będą bardzo zadowolone. Usiądę wtedy na tarasie, przyjdą koty, które się zwykle snują bez celu, podbiegnie suka Mary (w hodowli nazywała się Marilyn Monroe) i będzie wspaniale.

Ale przecież ostatnie słowo w sprawach miłości jeszcze u Ciebie nie padło.

No nie wiem, zawsze przeżywałam pierwsze momenty zakochania tak intensywnie, że burzyły mi całe życie. Każdy rozpad związku był dla mnie porażką. Nie mogłam normalnie funkcjonować. Nic dla mnie nie istniało: żadna muzyka, żadne koncerty. Siedziałam, wpatrywałam się tępo w telefon, a kiedy w końcu zadzwonił, byłam w euforii. Miłość zawsze była dla mnie destrukcyjna. Pamiętam, że kiedy rozstawałam się z Danielem, płakałam całą noc. A rano przyjechał po mnie bus, mieliśmy jechać na koncert do Poznania. Mówię menedżerowi, że nie pojadę, bo nie nadaję się kompletnie. W końcu pojechałam, ale czułam się okropnie. Koszmar. Spuchnięte oczy i jeszcze przyplątała się opryszczka. Wyglądałam niewyjściowo. Zawsze było tak samo: „Dlaczego nie dzwoni, dlaczego nie przyjeżdża?”. Wszystko było powodem do rozpaczy. A teraz nareszcie spokój i niech tak już zostanie. Mam swoje palmy, zwierzęta, mam dzieci, mam muzykę, fanów. Wystarczy…

Cały wywiad z Marylą Rodowicz w nowej VIVIE! od czwartku 6 lutego w kioskach.  

Maryla Rodowicz, Viva! 3/2020, Okładka
Fot. Zdjęcia Piotr Porębski

Maryla Rodowicz, Viva! 3/2020
Fot. Zdjęcia Piotr Porębski

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BEATA TADLA: „Obiecaliśmy sobie z Rafałem, że nie będziemy opowiadać o naszym związku w mediach. Rafał nie jest osobą publiczną”. Dlaczego SZYMON MAJEWSKI mówi o sobie: „dożywotni maminsynek”? Aneta Hickinbotham produkowała głośną „Ostatnią rodzinę”, nominowane do Oscara „Boże Ciało” i pracowała przy filmie „Troja”. Dlaczego została producentką, a nie… lekarzem? A także oscarowe zaskoczenia i karnawałowe szaleństwo w Rio.