Marta Zalewska
Fot. Instagram @martazalewska_official
TYLKO U NAS!

Mówią o niej „Hendrix w spódnicy”. Marta Zalewska podbija polską scenę muzyczną!

„Przyszedł ten moment, kiedy mogę odważnie stanąć na scenie jako ja”

Olga Figaszewska 21 maja 2019 19:51
Marta Zalewska
Fot. Instagram @martazalewska_official

Jest szczera, energetyczna i prawdziwa, a to w pełni oddaje jej twórczość. Mówią o niej - „Hendrix w spódnicy”. Chociaż na polskiej scenie muzycznej działa od lat, to niedawno spełniła swoje marzenie. Dzięki wygranej w konkursie Czwórki „Będzie głośno” na rynku pojawiła się jej debiutancka płyta. Taki rock w kobiecym wydaniu to rzadkość. Marta Zalewska jest wokalistką, kompozytorką, multiinstrumentalistką i  autorką tekstów. Wkrótce usłyszymy ją na trasie Żywca Męskie Granie Young! A na co dzień możemy ją podziwiać na deskach Teatru Roma w musicalu Once. Czym jest dla niej muzyka? Jak zaczęła swoją przygodę ze sceną? Z którym artystą chciałaby stworzyć wspólny numer? Czy pracuje już nad kolejnym krążkiem? Marta Zalewska odpowiedziała nam na wszystkie pytania w najnowszym wywiadzie!

Chociaż na scenie jesteś od wielu lat, to teraz jest o Tobie naprawdę głośno, a wszystko dzięki konkursowi radiowej Czwórki. Długo musieliśmy czekać. Poczułaś smak sukcesu?

Od wygranej w konkursie i wydania mojej debiutanckiej płyty mija teraz pół roku. Zawsze można powiedzieć, że chciałoby się JESZCZE więcej i to może zaraz przyjść. Ale przed ukazaniem się krążka na rynku nie mogłam chcieć niczego więcej niż to, co teraz mam. Jestem bardzo szczęśliwa, że płyta się ukazała i to z pewnością jest mój artystyczny, olbrzymi sukces. Ale czy poczułam jego smak? Myślę, że mogłabym o nim można mówić dopiero po wielu latach. Moje piosenki są słuchane, jest zainteresowanie albumem, TO jest sukcesem. Chciałabym do końca życia wydawać płyty. Może uda nam się porozmawiać w przyszłości, a wtedy z perspektywy czasu, będę mogła Ci powiedzieć, czy ten sukces artystyczny był taki, jak go sobie wymarzyłam.

Jesteś wokalistką, kompozytorką, autorką tekstów, multiinstrumentalistką. Na Twoim koncie nie brakuje sukcesów i wyróżnień. Współpracujesz z artystami takimi jak Kayah, Grzech Piotrowski, Krystyna Prońko… Nie chciałaś już wcześniej wyjść z cienia?

Od wielu lat komponowałam swoja muzykę, a jednak jak wspomniałaś, zajmowałam się głównie występowaniem z innymi artystami, jako muzyk sesyjny. Niektórzy się śmieją, że to późny debiut. Dla mnie jest to przynajmniej przemyślana sytuacja. Pierwsza płyta jest krokiem, który rozpoczyna pewną drogę, a w moim przypadku to była ścieżka najbardziej wymarzona, nad którą pracowałam wiele lat i uparcie się do niej przygotowywałam. Teraz przyszedł ten moment, kiedy mogę odważnie stanąć na scenie jako ja - Marta Zalewska.

Pamiętam Twoje niesamowite wykonanie utworu “Skrzydła” na Gali Mistrzów Sportu 2015, a potem opolskie Debiuty.

To był czas moich muzycznych poszukiwań. Wciąż przewijam się przez różne sceny i gatunki muzyczne. Nigdy się nie ograniczam, daje sobie przestrzeń do działania. Po latach mogłam stwierdzić, że muzyka rockowa jest najbliższa memu sercu, ale to nie znaczy, że nie gustuję w innych gatunkach. A z tym występem wiąże się ciekawa historia. Była potrzeba stworzenia projektu na Galę Mistrzów Sportu. Zaprezentowaliśmy autorski materiał, tak zwaną animację z synchronizacją taneczną i wokalem. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że przygotowywaliśmy się do tego przez wiele miesięcy. Byliśmy szczęśliwi, zwłaszcza, że w kraju wtedy nikt się tego nie podjął. Wcześniej na świecie zrobiła to m.in. Beyonce. No i tak się stało, że postawiono na mnie.

I opłaciło się. Miałaś wtedy jakieś nadzieje związane z tym utworem?

Piosenka “Skrzydła”, która otwierała galę była naprawdę przełomowym utworem. Niedługo później wystąpiłam na Debiutach w Opolu. To było moim marzeniem, a możliwość prezentacji autorskiej muzyki z pewnością pomogła mi wejść na właściwy tor. Co ciekawe, wtedy materiał z debiutanckiej płyty jeszcze nie istniał.

W tym zawodzie ważne jest szczęście..

Zdecydowanie… To powtarzają najwięksi scen tego świata. Mogę się z tym w pełni zgodzić. Konkurencja jest olbrzymia. Jest tylu zdolnych artystów, których znam i chętnie posłuchałabym ich twórczości w radiu. Nie wiem, czy należę do osób, które wierzą w przeznaczenie... Myślę, że wydarzenia zawiązują się ze sobą spontanicznie. Natomiast trzeba szczęścia, by poznać ludzi, którzy w ciebie uwierzą i pomogą wydać płytę.

Jak długo pracowałaś nad materiałem? Do konkursu Czwórki “Wydaj Płytę z Będzie Głośno” zgłosiłaś się z gotowym materiałem.

Przez długi czas tworzyłam ,,do szuflady” i tylko niewielkie grono znajomych wiedziało, że robię coś swojego. Z czasem stałam się naprawdę zdeterminowana, by ten album w końcu ujrzał światło dzienne. I wtedy na konkurs Będzie Głośno trafił mój mąż, Krzysztof Pacan, który jest jednocześnie producentem muzycznym, współkompozytorem większości utworów i basistą. Do swojego udziału podchodziłam z lekką obawą, ponieważ konkurencja była olbrzymia: 169 artystów i szeroki wachlarz gatunków muzycznych. Wygrana naprawdę była dla mnie zaskoczeniem. W branży muzycznej kojarzymy Czwórkę Polskiego Radia jako bezkompromisowe, promujące młodych artystów radio. Tym bardziej mnie to cieszy. Potrzebowałam takiego impulsu, wiatru w skrzydła.

I go otrzymałaś

Tak. Ale najwięcej wsparcia otrzymałam od swojego męża. Krzysiek “potrząsnął mną” i dał do zrozumienia, że przyszedł ten czas, w którym nie muszę już dłużej obawiać o to, czy ta stylistyka, w której chce się poruszać jest modna i zostanie dobrze odebrana.

Czyli można powiedzieć, że poniekąd o tym, jest Twój utwór “Więcej”? Śpiewasz: „Weź nie zmarnuj życia, ile to już lat. Jeśli nie na szczycie, nic nie jesteś wart. Niezawodny ktoś podpowiedział mi, że już minął czas, że już mogę iść”.

Ta piosenka jest o wielu sprawach zamkniętych w kilku minutach. Zawsze podkreślam, że to moja refleksja na temat tego, co przez lata obserwuje w branży muzycznej. Jako człowiek grający w drugim rzędzie na całkiem sporych scenach wiele widziałam. Wiem, jak ludzie potrafią się zmienić po osiągnięciu sukcesu. Gubią swój wektor działania i przestają kierować się dobrem własnej sztuki. Niech ta piosenka, jako mój pierwszy autorski singiel, będzie pewną przestrogą dla mnie samej, że gdyby udało się osiągnąć jakieś szczyty, powinnam pamiętać z jakich powodów tworzę muzykę, i co jest dla mnie najważniejsze w sztuce.

A jest to...?

Prawda i szczerość. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się wziąć udziału w telewizyjnym talent show. Głównie ze względu na to, że wykonuje się tam narzucone przez produkcję covery… i nie ukrywajmy chodzi bardziej o show niż o talent. A mnie zawsze się wydawało, że aby jak najlepiej pokazać się publiczności, trzeba być autentycznym. Taka jestem w swojej muzyce. Zależy mi na tym, by po koncercie ktoś mógł stwierdzić, że jesteśmy sobie bliscy, chociaż nigdy nie podaliśmy sobie ręki. Chciałabym podarować odbiorcom skrajnie różne emocje - wzruszenia, euforię radości, adrenalinę. Emocjonalna sfera jest bardzo ważna. Uwielbiam to w koncertach na żywo. Między artystą a słuchaczami wytwarza się niezwykła więź. Taka wymiana energii jest niesamowitym doznaniem.

Rzadko zdarza się taki rock w kobiecym wydaniu. Niektórzy nazywają Cię mieszanką Janis Joplin i Jimiego Hendrixa. Czujesz, że poprzeczka zostaje też wyżej ustawiona?

To olbrzymi zaszczyt, by ktokolwiek wspomniał tak wielkie nazwiska w kontekście mojej twórczości. Nie ukrywam, że jest to bardzo zobowiązujące i nobilitujące. To tylko mobilizuje do pracy. Jestem fanką Janis Joplin i Jimiego Hendrixa, ich dokonań i czasów, w których tworzyli, brzmień tego okresu. Często podkreśla się, że bardzo inspiruję się latami 60. i muzyką rockową, hipisowskim okresem. Ale raczej nie chciałabym nagrać płyty, która ma kopiować w stu procentach tamte czasy, bo od tego jest oryginalna twórczość lat 60tych. Warto jest szukać nowych rozwiązań i jednocześnie czerpać z dokonań innych. To właśnie staram się robić. Jednak jeśli ktoś myśli o tych wielkich artystach ubiegłych lat słuchając moich utworów czy widząc mnie na scenie - jestem szczęśliwa.

W swoim albumie sama nagrałaś większość instrumentów. W ruch poszły gitary, skrzypce, fortepian, instrumenty perkusyjne… Jest jakiś instrument, na którym nie potrafisz grać?!

Oczywiście! (śmiech). Tak jest mi dużo łatwiej komponować. Jest pewna satysfakcja, kiedy możesz zrealizować pół płyty swoimi rękami i głosem, ale żeby było jasne… Dialog w muzyce jest bardzo ważny i zawsze będę zwracać się o wsparcie do świetnych muzyków, grających zresztą w moim zespole. Mój tata potrafi posiąść umiejętność gry na jakimś instrumencie, tylko dlatego, że jest taka potrzeba. Zostałam wychowana w takim duchu, że jeśli czegoś chcesz, to możesz spróbować to osiągnąć. Na płycie można usłyszeć dużą część instrumentów nagranych przeze mnie. Wraz z mężem podzieliliśmy się warstwą muzyczną, a autorką tekstów w całości jestem ja. Krzysiek czuwał nad brzmieniem płyty, miksował ją. Można powiedzieć, że jesteśmy bardzo udanym teamem w muzyce i życiu prywatnym.

Muzykę masz w swoim DNA. Mama jest wokalistką, tata podobnie, jak Ty - multiinstrumentalistą. Ukończyłaś studia muzyczne i Twoim wiodącym instrumentem są skrzypce. Wasz zespół również jest rodzinny...

Odkąd pamiętam zależało mi na tym, żeby grać. Już jako mała dziewczynka obserwowałam rodziców na scenie i widziałam, jak świetnie się bawią, jaką czerpią z tego satysfakcję. Nie ma lepszej rekomendacji dla dziecka. Zaczęłam grać na skrzypcach, a potem doszły inne instrumenty. Ten multiinstrumentalizm jest u nas rodzinny (śmiech). Ale ja nigdy nie lubiłam się ograniczać. Muzyka to olbrzymia całość, nie umiałabym wykroić z niej tego małego kawałka tortu i trzymać się go przez całe życie. Już określenie własnego gatunku jako rocka, było dla mnie bardzo trudne (śmiech) .

Jak te rodzinne więzy wpływają na Waszą pracę?

Znakomicie! Jesteśmy rodziną, która zawsze potrafi się inspirować na każdym polu. Mamy w niej także fenomenalnego muzyka, profesora Marcina Zalewskiego, który zaraził nas miłością do muzyki dawnej, instrumentów historycznych. Oprócz tego jest maratończykiem. Każdy w tej rodzinie ma jakiegoś bzika poza muzyką. Uważam, że to ogromna inspiracja.

A zastanawiałaś się kiedyś nad wyborem innej ścieżki niż muzyka?

Mam takie podejście do życia, by je chłonąć jak najmocniej, jak najwięcej przeżywać każdego dnia. Oczywiście muzyka jest moją wymarzoną drogą, ale poza nią robię również wiele innych rzeczy. Od dziecka lubiłam język angielski i kto wie? Może dziś byłabym anglistką? W sumie, nadal może mogłabym (śmiech). Tata zawsze uczył mnie, że horyzont należy mieć szeroki. I to właśnie z nim będę robić wkrótce patent żeglarski, chociaż nie rozpatruję tego w kategoriach zawodu (śmiech).

Życie na scenie potrafi dać nieźle w kość, często trzeba odreagować, naładować akumulatory. Potrafisz dać upust emocjom w dość zaskakujący sposób. W Twoim przypadku to triathlon i… motocykl?!

Motocykle to moja pasja od dziecka… To zabawne, bo to też jest u nas rodzinne! Wszyscy jeździmy. I ta jazda daje niesamowitą wolność, swobodę.. Podczas codziennego natłoku zajęć, gonitwy myśli, życia według narzuconych odgórnie zasad potrafi być cudowną odskocznią. To prosta czynność, która daje Ci poczucie niezależności. A rodzinną sztafetę maratońską realizujemy od 2006 roku. Jeśli chodzi o triathlon to moim marzeniem było ukończenie najkrótszego dystansu ⅛ ironmana. Miało się to wydarzyć na początku lata i już parę miesięcy temu zrozumiałam, że przez zobowiązania zawodowe, nie będę w stanie się pojawić na zawodach ani nawet dobrze się do nich przygotować, ale inicjatywa nadal mi się podoba.

Jak już pozostajemy w temacie rodziny… Marta, co Cię łączy Krzysztofem Zalewskim?

Nazwisko (śmiech), multiinstrumentalizm, w jakimś sensie estetyka i… ja też noszę czasami skórzaną kurtkę! Nie znamy się osobiście, ale może uda się nam kiedyś spotkać, coś nagrać, kto wie? Śmieję się, że jestem tak często o to pytana, że już nawet nie zaprzeczam i odpowiadam: “Tak, tak. To mój brat”. Mam nadzieję, że się na to nie obraża i nie jest to dla niego ujmą. Z przyjemnością przyjmę Krzysztofa do naszego rodzinnego, muzycznego grona, jeśli tylko wyrazi chęć (śmiech).

A z którym polskim bądź zagranicznym artystą chciałabyś stworzyć własny numer?

To bardzo istotne i trudne pytanie… Na polskiej scenie muzycznej jest wielu artystów, których bardzo cenię. Podziwiam Piotra Cugowskiego, od lat jestem jego fanką, choć przyznaję, że najbardziej do gustu przypadła mi jego wcześniejszą twórczość, bardziej rockowa i bluesowa. Jest to wokalista fenomenalny. Obserwuję go od 2001 roku. Wówczas nie był tak znanym wokalistą, jak dziś, ale dążył do tego. Zrobił na mnie wówczas kolosalne wrażenie i ono utrzymuje się do tej pory. Moim marzeniem jest nagranie czegoś wspólnie. Kiedyś zaryzykowałam stwierdzenie, że odkąd nie ma z nami Czesława Niemena, to Piotr Cugowski jest najlepszym polskim wokalistą. A jeśli chodzi o światową scenę, to Steven Tyler z Aerosmith. Dawka szczerości, naturalności w śpiewaniu, wielkiej dawki bluesa i takich amerykańskich korzeni, szaleństwa w śpiewaniu… On potrafi dostarczyć totalnych ciar! A w następnej piosence łzy ciekną Ci po policzkach…

Można powiedzieć, że rok 2018 był Twój. A co z planami na najbliższe miesiące?

Tak było. Nie kończę z marzeniami. Za chwilę odbędzie się Męskie Granie i mam to szczęście, że znalazłam się w gronie siedmiu zwycięzców Konkursu Męskie Granie Young. Już 13 lipca wystąpimy w Poznaniu i serdecznie zapraszam wszystkich na koncert! A oprócz tego stale organizujemy kolejne występy i staramy się dotrzeć do jak największej liczby miast. Na jesieni szykujemy kolejne wydarzenia o czym oczywiście informuję na Facebooku. Można zobaczyć mnie także na deskach teatru Roma w musicalu “Once”.

Słyszałam, że będziesz tworzyć krótkometrażowy film!

Na ten szalony pomysł wpadliśmy z wspaniałymi twórcami: reżyserem Bartkiem Brzezińskim i operatorem Tomkiem Ślesickim. Wyszliśmy z założenia, że cudownie byłoby stworzyć klip nie do jednego, a trzech utworów (O Sobie, The In-Betweener i Gronostaje). Tak powstał scenariusz do filmu “By cienie mogły szeptać”. Ten projekt będzie naszym hołdem dla kina grozy lat 70-tych, vintage horroru. Chcemy stworzyć coś bardzo szlachetnego, co połączy najlepsze cechy kina Europy tamtych czasów. To ogromne wyzwanie i mam nadzieję, że już wczesną jesienią będę mogła zaprosić wszystkich na premierę filmu. Na razie zbieramy fundusze na ten cel. Co ciekawe, wystąpię tam również jako aktorka i mogę już obiecać, że wydarzy się naprawdę dużo!

No dobrze, a kiedy kolejna płyta?

Mam nadzieję, że jak najszybciej! Nie uważam, że powinnam czekać, zwłaszcza, jeśli dopisuje mi wena. Cały czas znajduję się w twórczym procesie i chciałabym pokazywać dalej to, co mam w głowie i sercu. Część utworów na drugą płytę już powstało, ale oczywiście będziemy zespołowo ten materiał szlifować. Wierzę, że na pewno nie zawiedziemy i nie jeden raz wszystkich zaskoczymy! 

Marta Zalewska, płyta
Fot. materiały prasowe

Marta Zalewska
Fot. Olga Figaszewska

Marta Zalewska
Fot. Olga Figaszewska

Marta Zalewska
Fot. Olga Figaszewska

Marta Zalewska
Fot. Olga Figaszewska

 

TAGI #muzyka

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy”, mówi RADOSŁAW MAJDAN i nie ukrywa, że z powodu epidemii on i jego żona są pełni obaw. LESZEK MILLER z wnuczką MONIKĄ o tym, jak dziś wygląda ich życie po bolesnej stracie syna i ojca. Legendarny aktor WITOLD SADOWY niedawno skończył sto lat i zdobył się na niezwykle szczere wyznanie. „Widziałam, jak czai się śmierć” – ELISABETH REVOL wspomina ostatnie chwile z TOMKIEM MACKIEWICZEM podczas wspinaczki na Nanga Parbat.