WSPOMNIENIE

Mówiono o niej „aktorka o kamiennej twarzy”. Małgorzata Braunek obchodziłaby dziś 72. urodziny

Przypominamy archiwalny wywiad VIVY! z aktorką

Olga Figaszewska 30 stycznia 2019 15:55

Kiedyś wzbudzała wielkie emocje jako dumna Oleńka w „Potopie”. Mówiono o niej „aktorka o kamiennej twarzy”. Potem po latach wróciła w roli ciepłej Basi w „Domu nad rozlewiskiem”, a nad drzwiami domu zawiesiła tabliczkę „Uśmiechnij się”. Małgorzata Braunek obchodziłaby dziś swoje 72. urodziny. Dokładnie 23 czerwca 2014 roku przegrała walkę z rakiem.  Nie traktowała choroby jak wroga, ale jak znak, który należy przyjąć i zastanowić się nad nim. „Mówiła, że choroba to część jej, z którą trzeba prowadzić dialog. Zadawała sobie różne pytania – czym jest rak, jak ją zmienia, jakie informacje w niej zostawia. Codziennie wykonywała tę pracę”, wspominała jej córka Orina Krajewska w wywiadzie VIVY!. 

Sama Małgorzata Braunek w rozmowie z Elżbietą Pawełek opowiedziała o przemijaniu, sile akceptacji i o tym, jak z nastoletniej wagarowiczki stała się „belfrem” w szkole zen. Przypominamy niezwykły wywiad z 2012 roku. 

Dzień zaczęła Pani od medytacji?

Oczywiście, to tak, jakby pani zapytała, czy dzisiaj umyłam zęby. Medytuję codziennie od ponad 30 lat.

Dużo dzieje się wokół, a medytując, trzeba się od tego odciąć. To jest trudne?

Wcale nie. Nie chodzi tu o odcinanie się, ale o ciszę wewnętrzną. Kiedy mój syn Xawery był mały, a chciałam medytować, prosiłam go, żeby przez godzinę zajął się sobą. Musiałam izolować się od bodźców zewnętrznych. Dopiero kiedy urodziła się moja córka Orinka, zrozumiałam, że dziecko nie przeszkadza. Może raczkować, bawić się obok. Kiedy dzwoni telefon, odbieram go i medytuję dalej.

Jakie to uczucie?

Absolutny spokój, pod warunkiem że nauczymy się doświadczać tu i teraz, nie odpływać myślami do przeszłości i przyszłości, nie analizować, nie oceniać. Są specjalne techniki, które to ułatwiają. Medytacja to rodzaj unieruchomienia ciała i umysłu – trzeba usiąść w odpowiedni sposób, wyprostować się, zamknąć oczy. Wtedy możemy zobaczyć, co tak naprawdę się w nas dzieje, ale trzeba to zaakceptować i nie chcieć tego zmieniać.

Ma Pani wsparcie rodziny?

Oj, tak! Nawet mój wnuk Kaj zainteresował się medytacją. Jako wielki fan „Gwiezdnych wojen” wiedział, o co chodzi. Potrafił wytrwać w nieruchomej pozycji przez kwadrans. Miał wtedy sześć lat i powiedział: „Babciu, jak skończę siedem i stanę się dorosły, to do was przystąpię” (śmiech).

Ile wcieleń ma Małgorzata Braunek? Aktorka, buddystka, ostatnio też kapłanka?

W zależności od sytuacji: matka, żona, babcia… Myślę, że każdy z nas w taki sposób funkcjonuje. Ważne, żeby nie mylić tych wcieleń. Żeby nie być nauczycielką zen, kiedy jest się aktorką. W stosunku zaś do dzieci nie być ani aktorką, ani nauczycielką, tylko matką.

Jako buddyjska kapłanka udziela Pani chrztów i ślubów. Do tego jest potrzebny wyższy stopień wtajemniczenia?

Nie. Buddyzm nie określa w sposób rygorystyczny charakteru tych ceremonii, więc zależy to ode mnie. Na przykład „chrzest” buddyjski różni się od tego w Kościele katolickim. Jest w zasadzie powitaniem dziecka na świecie, więc „chrzest” nie jest właściwym określeniem. Każdy uczestnik z osobna i z szacunkiem wypowiada życzenie dla dziecka. Rodzice zaś składają zobowiązanie, że zawsze będą je wspierać na jego drodze i obdarzać bezwarunkową miłością. Mimo braku rytuałów cała uroczystość jest dość podniosła i wzruszająca.

Andrzej Żuławski, poprzedni Pani mąż, nie krył rozczarowania. „Szkoda, że tak dziś wygląda szczyt jej ambicji. Taka zdolna aktorka”, powiedział. „Ale weszła w system, który się z aktorstwem wykluczał, gdzie wszyscy ubierają się w te same szatki i osiem godzin dziennie klepią te same mantry”. Jest Pani przykro?

Skądże! To jemu było przykro, bo uważał, że marnuję swój talent. Ale może tak mówi, bo nie zna moich nowych talentów (śmiech).

Łatwo zmienić swoje życie o 180 stopni?

To zależy od sytuacji. U mnie nastąpił bardzo spektakularny zwrot, przynajmniej tak wyglądało to na zewnątrz. Bo w środku nic nie stało się nagle, dojrzewałam do buddyzmu, aż przyszedł dzień, kiedy wiedziałam, że nie ma dla mnie odwrotu. Dostałam nowe imię – Jiho (czyt. Dżiho), czyli Współczująca Dharma.

W Pani rodzinie ktoś był buddystą?

Nie. Kiedyś w Polsce buddyzm był jako droga duchowa bardzo egzotyczny i praktycznie nie istniał. Rodzice byli wierzący, tyle że mama ewangeliczka, a tata katolik. A ja, nie mogąc wybrać, do którego kościoła chodzić, zdecydowałam, że zostanę buddystką (śmiech).

A może to wpływ przystojnego hippisa, podróżnika i tłumacza Andrzeja Krajewskiego, który porwał Panią swoją kolorową furgonetką na Daleki Wschód, do Azji?

To byłoby bardzo romantyczne. Dziś jest moim mężem, od 37 lat… Oczywiście, zabrał mnie, ale już wtedy byłam mocno zafascynowana filozofią Wschodu. Wspólnie zaczęliśmy szukać swojej drogi duchowej i inspiracji w miejscach, gdzie Budda nauczał i gdzie się urodził. Byliśmy też w Dharamsali, w Indiach, na indywidualnej audiencji u dalajlamy. Mieliśmy ogromne szczęście, bo nie jest łatwo spotkać się z przywódcą duchowym Tybetu.

Dalajlama Panią namaścił?

Nie. On praktykuje buddyzm tybetański, a ja – zen. Ale rozmowa z nim była dla mnie niezwykłym przeżyciem. Dalajlama jest uosobieniem dobroci, miłości, wielkiej empatii. Potrafi każdego słuchać z takim otwartym sercem, że samo obcowanie z nim wydaje się wielkim darem. Wtedy uświadomiłam sobie, że naszym celem i drogą jest być życzliwym i otwartym wobec innych, a także wszelkich przejawów życia. Nie zawsze mi się to udaje, ale się staram.

Stąd tabliczka „Uśmiechnij się” nad drzwiami Pani domu?

Tak. Pomyśleliśmy z mężem, też nauczycielem buddyjskim, i moimi uczniami, czy nie byłoby dobrze wyjść do ludzi z bardzo prostą akcją, żeby zaczęli się uśmiechać. Stale warczymy na siebie, we wszystkich widzimy nieprzyjaciół, jakbyśmy wyssali to z mlekiem matki. Może jak zaczniemy się do siebie uśmiechać, staniemy się dla siebie lepsi, bardziej tolerancyjni.

Pani też nie była radosna, kiedy grała piękną Oleńkę z „Potopu” czy Izabelę Łęcką z „Lalki”. Mówiło się nawet, że Braunek jest aktorką o kamiennej twarzy.

Ale od dawna już się uśmiecham (śmiech). Może zainspirował mnie Dalajlama mający zawsze uśmiech na twarzy? Zmieniłam się, co nie znaczy, że stałam się ikoną doskonałości. Mam i słabsze strony. Bywam uparta, lubię mieć rację, dużo wiedzieć. A kiedy przeżywam coś trudnego, jestem nadmiernie emocjonalna do tego stopnia, że potrafię się w to zapaść. Dawniej uważałam, że nie ma we mnie agresji. A jest. Myślałam, że nie ma we mnie zazdrości, a jest. Wszystko jest we mnie. Bo wszyscy zostaliśmy wyposażeni w te same cechy, tylko z niektórymi jesteśmy za pan brat, a innych się wstydzimy, nie akceptujemy u innych, a co dopiero u siebie, więc je wypieramy.

Płacze Pani czasem?

Jestem straszną płaczką, zwłaszcza w kinie (śmiech). Ale wiem doskonale, że kto się często śmieje, często też płacze. Mam oczy w mokrym miejscu. Czasami jest mi głupio, że wzruszają mnie drobne gesty lub okazywanie komuś czułości i współczucia. Jak to widzę, natychmiast mam łzy w oczach.

A mąż mówi: „Otrzyj łzy! Nie becz!”.

On jest silny, charyzmatyczny, w czym przypomina mi mojego ojca, rotmistrza 15 Pułku Ułanów. Ja z kolei muszę go pilnować, żeby nie chodził w jednym sweterku, bo najchętniej przechodziłby w nim całe życie, aż do ostatniego węzełka. Albo mówię: „Słuchaj, trzeba ci nowe buty kupić”. A on: „Przecież już mam buty”. Jesteśmy całkowicie różni. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy od siebie jakiejś totalnej zmiany. W pewnym sensie się uzupełniamy i korygujemy. Widzę siebie poprzez niego i mam nadzieję, że odwrotnie – on widzi siebie przeze mnie. Taka też jest rola nauczyciela w naszej praktyce, nauczyciel powinien stać się lustrem dla swojego ucznia, by uczeń mógł się przejrzeć, zobaczyć swoje błędy.

 Wychodzi wtedy o nas bolesna prawda?

Z całą mocą. Ale na tym polega dojrzałość, że musimy siebie zobaczyć takimi, jakimi jesteśmy, zamiast żyć w świecie iluzji na własny temat. Mam wrażenie, że cały czas rozmawiamy o mnie młodej, a ja jestem już starsza pani (śmiech). Nie znaczy to wcale, że jestem teraz fajniejsza, lepsza, ciekawsza niż kiedyś. Tylko jestem bardziej osadzona w sobie.

Dzieci wolą Pani obecne wcielenie czy raczej to dawne?

Trzeba o to dzieci spytać (śmiech). Mam nadzieję, że obecne, ale nie wiem tak naprawdę, czy spełniam ich oczekiwania. One już mają swoje życie, swoich przyjaciół, syn ma dwoje dzieci. I ja mam swoje życie, na szczęście. Nie mamy takiej relacji, że muszą dzwonić do mamusi czy spowiadać się, gdzie były i co zrobiły. Zawsze dawałam im dużą swobodę i wolność wyborów.

…której w młodości Pani nie miała?

U mnie w domu rodzinnym było dość rygorystycznie, ale w tamtych czasach tak działo się w wielu domach. Jako dziewczyna buntowałam się przeciwko wszystkiemu. Przeciwko mamie, która mocno trzymała stery domowe i potrafiła być twarda. Przeciwko szkole, która mnie wkurzała, więc wagarowałam.

Stworzyła więc Pani zupełnie inny dom?

To prawda, chociaż podtrzymuję tradycje, które kojarzą mi się z jego dobrem i ciepłem. Do tej pory Wigilia jest u mnie bardzo ważna, celebruję ją, schodzi się cała rodzina. Kiedyś szło się do babci, co pamiętam z dzieciństwa. Zawsze to były jedne z najpiękniejszych momentów: choinka, siedzenie przy stole, śpiewanie kolęd. Kultywuję to, w czym nie przeszkadza mi fakt, że jestem buddystką. Siłą rzeczy przenosimy to, co sami otrzymaliśmy i co chcielibyśmy przekazać z kolei naszym dzieciom.

Tradycji stało się zadość, bo poszły ścieżką artystyczną jak Pani. O Xawerym Żuławskim zrobiło się głośno po „Wojnie polsko-ruskiej”. Orina Krajewska już zadebiutowała w „Domu nad rozlewiskiem”.

Jestem z nich dumna. Dokonania Xawerego zostały już bardzo docenione. „Wojna…” jest filmem kultowym. A Orina dopiero zaczyna swoje aktorskie życie. Z jej debiutem w serialu, gdzie wcielam się w rolę Basi, zdarzyła się zabawna historia. W scenach retrospektywnych miałam zagrać swoją matkę, kiedy była młoda. Spędzało mi to sen z powiek. Głowiliśmy się, jak mnie ucharakteryzować. Przypomniałam sobie wtedy, że mam przepiękny przedwojenny kapelusz mojej mamy. Przyszłam z nim do reżysera i mówię: „Dobrze, pół twarzy sobie nim zasłonię, przebiorę się, podmaluję, jakoś to będzie”. Akurat wtedy córka przyjechała do mnie na plan pożegnać się, bo jeszcze studiowała aktorstwo w Londynie. A reżyser tak patrzy na Orinkę, która stała z boku. I po chwili słyszę: „Już wiem, kto zagra twoją matkę!”. Teraz Orinka wciela się w zupełnie nową postać i będzie to większa i ciekawsza rola.

Życie też przynosi nowe role. Słowo „babcia” ciężko przechodzi przez usta?

Nie mam z tym problemu, choć mimo swoich 65 lat wcale nie czuję się stara. Poza tym ja swoją babcię uwielbiałam. Pamiętam ten moment, kiedy się już wreszcie dowiedziałam, że zostałam babcią – pognałam jak na skrzydłach z Wybrzeża do Warszawy, żeby zobaczyć wnuka. Teraz już jestem podwójną babcią, bo Kaj ma trzyletnią siostrę Jagusię. Jestem dumną babcią, więc jak mogłabym się tego wstydzić.

Aktorki za wszelką cenę chcą być młode. A Pani nie ukrywa ani swojego wieku, ani zmarszczek!

Na niektórych zdjęciach mnie trochę wygładzają i wtedy mam ich trochę mniej. Moja próżność zostaje zaspokojona. Ale myślę, że problem jest głębszy, jest bardzo silna presja, by nawet starsze aktorki wyglądały młodo lub choćby „bezwiekowo”.

Jeanne Moreau, francuska aktorka i reżyserka, powiedziała kiedyś: „Nie po to całe życie pracowałam na swoje zmarszczki, żeby je potem usuwać”.

Słusznie. Tu chodzi o samoakceptację, że przybywa nam zmarszczek, zmieniamy się i przemijamy. Byłoby nam strasznie trudno przeminąć i usunąć się z życia, gdybyśmy cały czas pozostawali niezmiennie piękni i młodzi.

Została Pani ambasadorką kosmetyków AA. Dlaczego zdecydowała się Pani na współpracę właśnie z tą marką?

Alergia stała się problemem wielu z nas, niezależnie od wieku, płci czy rodzaju skóry. Uważam, że warto promować produkty pomagające alergikom.

Czy kobieta dojrzała może być piękna i sexy?

Wszystko może. Jak się patrzy na Danutę Szaflarską, widzi się osobę absolutnie cudowną, a czy ona jest sexy? Tu chyba bardziej chodzi o emanację, o to, co ta osoba nam sobą daje niż o proste sexy.

A faceci oglądają się na ulicy za Małgorzatą Braunek?

Nie wiem (śmiech). Nie, nie, nie, już bez przesady!

Buddyzm mówi, że wszystko, czego człowiek potrzebuje, ma w sobie. A świat jest pełen pokus. Jak sobie Pani z nimi radzi?

Średnio, jak widać po moich różnych słabościach, ale jestem ich świadoma i z nimi walczę.

Czyli jak na wystawie są piękne buty, to Braunek je kupuje?

Absolutnie tak, mając świadomość, że 15. para jest przesadą! (śmiech). Ale nigdy nie przekraczam swojej granicy cenowej. Lubię kupować też w second-handach. Jak każda kobieta jestem trochę próżna. Praktykuję zen życiowy, czyli taki, który nie odcina się od rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Nie mieszkam w klasztorze, nie jestem mnichem buddyjskim z założenia odrzucającym dobra doczesne.

Co dla Pani jest najważniejsze w życiu?

To zależy. Jeśli patrzę z perspektywy matki, to najważniejsze jest, żeby moje dzieci były zdrowe i spełniały się w swoim życiu. Jeśli patrzę z perspektywy żony, to oczywiście chciałabym, żebym następne trzydzieści parę lat przeżyła w tym samym składzie. A jeśli z perspektywy mistrza zen, to żeby moi uczniowie wytrwali na swojej drodze i pogłębiali swoje zrozumienie.

Musi temu towarzyszyć miłość?

Miłość jest absolutną podstawą. Już samo to, że wszyscy jej szukamy, tęsknimy za nią, oznacza, że bez niej nie da się żyć. O miłości bezwarunkowej mówią wszystkie religie. Miłość od wieków opiewają artyści. Bez niej byśmy nie przetrwali, bylibyśmy cierpiącymi samotnymi wyspami, dzięki niej tworzymy jeden wspólny ląd.

 Ale nikt nie chce cierpieć.

Bo wszyscy dążymy do szczęścia, które jest całkowitym spełnieniem. Gdybyśmy jednak nie doświadczali bólu i cierpienia, naprawdę nikt nie wiedziałby, czym szczęście jest. Przez kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w jednym z warszawskich hospicjów. Zdziwiło mnie bardzo, że niektórzy ciężko chorzy, prawie umierający ludzie potrafili być jednocześnie szczęśliwi. Potrafili przekraczać swój straszny ból. A jeszcze mieli siłę się uśmiechać i pytać mnie, jak się czuję. Bardzo dużo mnie nauczyli. Rzadkiej sztuki pogodzenia się z sobą, z życiem, ze śmiercią.

 Człowiek szuka swojego miejsca w życiu często do końca i nie znajduje. Pani już znalazła?

Jeśli chodzi o moje osobiste życie, jestem osobą całkowicie spełnioną. Nie mam wyjątkowych potrzeb czy pragnień. Czuję się bardzo obdarowana przez życie.

Co Panią tak fajnie nakręca?

Różne rzeczy. Czasem to muzyka, a czasami tylko chwila ciszy i medytacja. Innym razem to może być rozmowa z moimi uczniami, która przynosi mi niesamowitą energię, wyjazd do Tajlandii czy pływanie w morzu. Chwila zabawy z moimi wnukami.

Albo sadzenie krzewów, które teraz wchodzą w okna Pani wilanowskiego domu?

To też. Otoczenie ma na nas ogromny wpływ, wręcz zasadniczy. Pokazuje, jak jesteśmy współzależni i żyjemy w ścisłym związku z rzeczywistością wokół nas.

Ten dom jest zarazem ośrodkiem buddyjskim. Czuć w nim obecność i wpływ innych ludzi. Nie odbiera to Pani prywatności?

Czasami odbiera. Ale nie chodzi o to, żeby się separować od ludzi. Wprost przeciwnie, żeby nasze światy się zeszły i tak powiększyły naszą przestrzeń, aż obejmie absolutnie wszystko.

Jest w niej miejsce na nadzieję?

Bez niej byłoby trudno. Nie tracę nadziei, że w końcu znajdziemy kawałek ziemi, gdzie postawimy ośrodek pozwalający nie tylko praktykować zen, ale również wspólnie żyć, pracować i obcować z naturą. I że akcja „Uśmiechnij się” przełoży się na wzajemne relacje. Można żyć byle jak i brzydko. Ale lepiej żyć pięknie, bo w zgodzie ze sobą i światem.  

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Macierzyństwo dało mi poczucie sensu. Teraz patrzę na synka i myślę: Gośka, przecież to on jest twoją przyszłością”, mówi MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA. GOŁDA TENCER i DAWID SZURMIEJ. Matka i syn. Co jest podstawą ich wyjątkowej relacji i historycznej misji? CATHERINE DENEUVE – gwiazda, która zawsze była sobą. STAN BORYS i ANNA MALEADY – wszystko, co robią „z powodu miłości” do siebie.