Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM
TYLKO U NAS!

„Szukam kogoś, kto z tych jego koszul uszyłby mi patchworkową narzutę na łóżko”

Magdalena Adamowicz poruszająco o życiu po stracie ukochanego męża

Krystyna Pytlakowska 26 listopada 2019 19:51
Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM

Dzwoniła moja siostrzenica, płacząc, że wujka jakiś wariat dźgnął scyzorykiem. Za chwilę zatelefonował współpracownik męża, mówił, że już jadą karetki. Zaczęłam krzyczeć: »Ratujcie go, ratujcie!«. Córki płakały. Powiedziałam, że tatuś został ranny i musimy się modlić”. Magdalena Adamowicz, żona tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, o ostatnich miesiącach życia, swojej misji i pierwszych świętach bez męża. W poruszającej rozmowie z Krystyną Pytlakowską.

Trzynastego stycznia minie rok od tragicznej śmierci Pani Męża. Boli już trochę mniej?

Nie, mam ważenie, że bardziej. I ciągle mi się wydaje to takie nierealne. Ciągle myślę, że on tu z nami jest i że to się w ogóle nie stało.

Usunęła Pani z łazienki Jego szczoteczkę do zębów?

Mam w szafce aparat męża wyrównujący zgryz, jego wszystkie perfumy i kapcie. Część garniturów i kurtek oddałam, ale zostawiłam jeden, który nosił podczas wyjątkowych uroczystości. Został też frak, smoking, jego ulubione buty i większość koszul… Szukam kogoś, kto z tych jego koszul uszyłby mi patchworkową narzutę na łóżko i poduszeczki. Są bardzo ładne, pastelowe i będą nam go przypominały.

Wspominała Pani, że Pani i córki spałyście z koszulą Męża, żeby czuć Jego zapach, jakby obecność…

To prawda. A Antonina ciągle śpi w jego górach od piżam. Nosi też swetry Pawła. Jest bardzo sentymentalna. Niedawno u moich rodziców wyszperała moją koszulę z liceum i stwierdziła, że jest świetna i że dzisiaj może w niej chodzić. Mówi: „Szkoda, że nie mam nic po tacie z tamtych czasów”. Antonina docenia takie rzeczy. Niedawno mówię: „Może kupimy jakieś buty i sukienkę na galę”. Odpowiedziała: „Nie mam takiej potrzeby. Ta jedna czarna mi wystarczy”. Jest w tym bardzo podobna do Pawła.

Wygląda Pani na trochę zmęczoną.

Tak, bo w ostatnim miesiącu byłam w 11 miejscach w Europie. W Salzburgu i Wiedniu na ogromnej gali, którą organizowało Stowarzyszenie Miast i Regionów Europy, a ja miałam tam główny występ zaraz po przemówieniu pani Ursuli von der Leyen pokazanym na wideo. Na sali 600 osób, a ja jestem głównym mówcą na żywo i uczestnikiem panelu! Nic dziwnego, że się trochę denerwowałam. Ale powiedziałam sobie: „Adamowicz, musisz pokazać, że potrafisz”. Wcześniej byłam w Atenach na Forum Demokracji, w Warszawie, Łodzi, w Krakowie i Frankenthalu, a potem we Frankfurcie, gdzie spotkałam Olgę Tokarczuk.

Tam na Międzynarodowych Targach Książki prezes ICORN – Międzynarodowej Sieci Miast Schronienia dla Prześladowanych Uchodźców-Twórców ogłosił, że organizacja ta wspólnie z Komitetem Regionów UE ustanawiają Międzynarodową Nagrodę imienia Pawła Adamowicza dla osób i instytucji pomagających uchodźcom, którzy są twórcami. Zależało im na mojej obecności, bo Paweł był tam aktywny, a Gdańsk jest drugim zrzeszonym u nich miastem w Polsce, które miało program pomocy i przyjmowania tego typu osób. Już wcześniej pisali do mnie, że chcą utworzyć międzynarodową nagrodę imienia Pawła. Wzruszyłam się. Poleciałam też na jeden dzień do Madrytu, a na drugi dzień do Oviedo. I tam przyleciały do mnie córki.

Często z Panią podróżują?

Nie, ale zabieram je do miejsc bardzo ważnych jak Ateny, gdzie Paweł dostał nagrodę wręczoną na rzymskiej agorze. Było to niezwykłe wydarzenie, był też Donald Tusk i wiele osobistości ze świata, wysocy komisarze ONZ i dziennikarze z „New York Timesa”. Ja brałam udział w głównym panelu z noblistą, profesorem Wole Soyinką, i Ory Okolloh z komitetu Kofiego Annana. Niezwykle ważne jest da mnie, by córki wiedziały, jak bardzo ich ojciec jest doceniany. Zwłaszcza w tym trudnym i brutalnym świecie. A one przecież nieraz słyszały o Pawle tyle przykrych rzeczy. Każda więc taka dobra chwila je wzmacnia, buduje na przyszłość. Zawsze z mężem dbaliśmy o to, żeby Antonina i Teresa miały silne kręgosłupy i poczucie swojej wartości. Są jeszcze bardzo młode, to wszystko w nich się dopiero tworzy. A do tego widzą mnie w całkiem nowej roli i to pomaga im zrozumieć moją nową misję.

Antonina ma 16 lat.

Tak, mówimy na nią Tunia, a Tereska skończyła dziewięć. Paweł bardzo dbał o to, żeby były odporne na przeciwności losu, a teraz, gdy go nie ma, tym bardziej staram się, żeby czuły wyjątkowość swojego ojca. I mam nadzieję, że on to widzi, bo obserwuje nas gdzieś z góry.

Wierzy Pani w Boga, wiara pomaga?

Jestem wierząca, więc uważam, że z utratą cielesności fizycznej życie się nie kończy i gdzieś dalej istnieje. Choć nie wiem, w jakiej postaci.

Rozmawiała Pani z Pawłem o śmierci?

O tak, rozmawialiśmy, ale w sposób trochę żartobliwy. Zawsze w Święto Zmarłych po wizycie na cmentarzu siadaliśmy przy stole i mówiliśmy, gdzie kto chce być pochowany i jak. Pamiętam też takie rozmowy w moim domu, gdy babcia mówiła: „A co, już chcesz mnie chować?”. A ja na to: „Babciu, jesteś elegancka i bardzo wymagająca, więc muszę wiedzieć, czy chcesz mieć nagrobek z zielonego marmuru, czy z czarnego granitu”. 

Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM

Magda Gessler, Lara Gessler i Tadeusz Müller, Viva! 24/2019, okładka
Fot. Zdjęcia MARTA WOJTAL

Wideo

Urszula Dudziak pojawi się w kolejnej edycji The Voice of Poland? Zapytaliśmy!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

IZABELA JANACHOWSKA i KRZYSZTOF JABŁOŃSKI: Zamożni, między nimi jest duża różnica wieku – idealny obiekt hejtu. Jak sobie z nim radzą? Jak się kochają? ANDRZEJ PIASECZNY: Dlaczego tak naprawdę zdecydował się na coming out. I to właśnie teraz. DZIECI KRÓLOWEJ ELŻBIETY: Karol, Anna, Andrzej, Edward – wychowani przez matkę, która musiała się zmagać z dylematem: dzieci czy korona. MONIKA I ROBERT JANOWSCY Mężczyzna po przejściach i kobieta z przeszłością o życiu w patchworkowej rodzinie, miłości do siebie i... cudzych dzieci. ANNA NOWAK-IBISZ Pani Gadżet… improwizuje.