O TYM SIĘ MÓWI

Lara Gessler o relacji z mamą: „Jest dzika i taka ma być, taką ją kocham”

„Był taki moment, że trudno nam się było dogadać”

Krystyna Pytlakowska 26 maja 2019 13:00

Po półtora roku małżeństwa rozstała się z mężem, a u jej boku pojawił się nowy mężczyzna. Wzięła udział w programie „Ameryka Express”, gdzie – jak pisały media – „odsłoniła swoją dziką naturę”. Opublikowała też w sieci swoje roznegliżowane zdjęcia. Czy w jej pełnym zawirowań i niespodziewanych wolt życiu jest jakaś stała? Znana restauratorka Lara Gessler w niezwykłej rozmowie. Trochę słodkiej, trochę słonej.

- Nazwisko Cię obciąża? Myślałaś o tym, aby je zmienić?

Lara Gessler: Na jakie?! Nie!

- Wiśniewska? Kowalska?

Nie chciałabym się nazywać ani Wiśniewska, ani Kowalska. Każdy musi sobie sam poradzić ze swoim ciężarem. Zmiana nazwiska nie zmienia problemu. Róża pod inną nazwą pachniałaby tak samo. Mój problem to nie bycie córką Magdy Gessler, tylko bycie córką właścicieli. Wszystkie rodziny „obciążone” jakąś tradycją związaną z ich zawodem wyciskają piętno na dzieciach. I ja nie jestem tutaj wyjątkiem.

– A jednak nie chcesz udzielać wywiadów z mamą, choć kiedyś robiłaś to chętniej.

Nie chciałam i nie chcę. Dlatego, że nie mam nic nowego do powiedzenia. Właściwie wszystko zostało już powiedziane (śmiech).

– Odcinanie pępowiny bywa bolesne?

Dlatego pępowiny nie ma sensu odcinać, bo nie na tym to polega. Wszelkie demony, jakie nosimy w sobie, są nasze własne, a nie związane z kontekstem rodzinnym. Moim zdaniem chodzi o to, żeby dziedzictwa nie traktować jako wyroku, tylko jako przywilej, jakie by ono nie było.

– Trudno Ci było zacząć żyć na własny rachunek?

Nie. Zrobiłam to bardzo szybko. Kiedy miałam niecałe 18 lat, zamieszkałam sama. Potem wyjechałam do Londynu, podróżowałam po Polsce i dużo przebywałam w Warszawie. Musiałam uświadomić sobie, jakie są moje kamienie milowe, chociaż w porównaniu z innymi mają rozmiar mini.

– A co chciałaś sobie udowodnić?

Że umiem, że sama stanowię wartość, bez nazwiska. Nie chodzi o to, żeby się go pozbyć, tylko żeby nabrać poczucia własnej wartości, które nie ma nic wspólnego z tym, jak się nazywasz. Nazwisko może, ale nie musi być obciążeniem.

– Magda, Twoja mama, zawsze była z Ciebie dumna, o ile pamiętam. I z Twoich dokonań kulinarnych.

Bo ona jest ze mnie dumna, mówi o tym często publicznie, chociaż tego nie oczekuję, a to jest bardzo miłe Zawsze byłam dzieckiem, które się samo sobą zajmuje, i dla mojej mamy mogło być to fascynujące – obserwować, jak się rozwijam. Ja natomiast cieszyłam się, że mam wolność, mama nie wywiera na mnie presji i obserwuje to wszystko z boku.

– Musiałaś się jednak sama sobą zajmować, jak wspomniałaś. A czasem potrzebujemy, żeby to bliscy się nami zaopiekowali, udzielili rady, wskazali dobrą czy złą drogę.

Tak, ale ja się o to nie upominałam. Bo życie trzeba komponować po swojemu.

– I od czego zaczęłaś tę kompozycję?

Nie podchodziłam do tego strategicznie. Robiłam tylko to, co w danym momencie było dla mnie najlepsze. Po pierwsze, poszłam na studia, które sobie wybrałam. Skończyłam socjologię, potem studia podyplomowe. Myślałam, że zostanę na uczelni, bo bardzo lubiłam pracę naukową. Nadal uważam, że moja praca naukowa trwa, bo gotowanie i pisanie na ten temat książek można spokojnie potraktować jako studium. I dlatego chyba bardzo to lubię. Może nie dokonuję eksperymentów społecznych, ale kulinarne, do których i tak trzeba zebrać mnóstwo informacji i dużo przeczytać. No i dużo gotować, choć nie mam na to czasu.

– Masz cukiernię.

Mam, ale nie piekę w niej.

– To nie masz swoich pokazowych wyrobów, ciast?

Mam wiele, ale nie o to chodzi. Teraz prowadzę warsztaty. Dobrze jest ludzi uczyć i pozwolić im się wykazać, a ja mam potrzebę dawania jak najwięcej światu.

– A kiedy piszesz rozprawy socjologiczne?

Nie piszę. Piszę książki kucharskie, a to co innego. Nie zostałam na uczelni, bo znalazłam odzwierciedlenie pracy naukowej w kuchni.

– Pisanie książki to żmudna praca, która wyłącza nas z życia na wiele dni…

Dla mnie pisanie książki kojarzy się bardzo z pracą naukową i jeśli mam jakieś małe żale, że nie zostałam na uczelni, to pisząc i pracując nad książką, wykonuję podobną pracę. Bardzo lubię dzielić się wiedzą, nigdy nie byłam pod tym względem zaborcza. Zresztą w ogóle nie jestem zaborcza czy zachłanna. Dlatego robię to w każdy możliwy sposób, nie tylko na warsztatach czy w restauracji, ale również pisząc książki. Długo się nad tym zastanawiam, żeby nie powielać nic, co już jest na rynku – z szacunku do półek sklepowych i czytelników.

–Radziłaś się mamy czy ojca, co powinnaś robić?

Nigdy! Zresztą oni nie chcieli za bardzo zabierać głosu. Gdy byłam młodsza, wszyscy myśleli, że zostanę prawniczką, ale mnie nigdy nie ciągnęło do prawa. A mama nie chce się wtrącać również z tego powodu, że w jej życie za dużo się wtrącano. Są ludzie, którzy potrzebują więcej lub mniej uwagi, zależy, który raz jesteśmy na tym świecie.

– A Ty który raz jesteś?

Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że już parę razy tu byłam. Choć nie mam potrzeby dowiedzieć się, w jakiej postaci. Doczesność jest dla mnie na tyle ciekawa i intrygująca, że nie chcę zastanawiać się nad poprzednimi wcieleniami.

– Myślę jednak, że zawsze byłaś indywidualistką. Nawet we wcieleniu biedronki.

Bo moja rodzina to grupa indywidualistów. Fascynujemy sami siebie. I bacznie obserwujemy się nawzajem. Można powiedzieć, że jesteśmy swoimi fanami. Ja tak to odczuwam.

– Wiem, że z Magdą widujesz się dość często. A z bratem Tadeuszem?

Tak samo. Jestem jego wielką fanką, zawsze nią byłam. Nie ma nic lepszego niż starszy brat. To naprawdę fantastyczne. A z mamą mamy w tej chwili bardzo dobry kontakt. Obie dojrzałyśmy do siebie. Gdy dorastałam, świat mamy mnie nie interesował. Szłam własną drogą. I nie nazwałabym tego buntem, tylko poszukiwaniem.

– Nie chciałaś się fotografować z mamą, nie miałaś parcia na szkło, nie chciałaś być popularna?

Nie chciałam być paprotką. Żeby zabrać głos, trzeba najpierw coś zrobić. Nie godziłam się na rolę frytek w zestawie obiadowym.

– Ale potrafiłaś się wściec i tupnąć?

Nie, słaba jestem w kłótniach. A w szantażach emocjonalnych to już w ogóle. Ja się raczej odcinam, milczę i nie chcę rozmawiać. Prędzej się popłaczę, niż pokłócę. Mało we mnie jest z Ikonowiczów.

– A kiedy obudziła się w Tobie wielbicielka kulinariów?

Dość wcześnie. Gdy byłam jeszcze w liceum, miałam okazję gotować dla ludzi i nikt się w moje gotowanie nie wtrącał.

– Naprawdę? A gdzie tak gotowałaś?

Na wszystkich wyjazdach. A gdy zamieszkałam sama i miałam już swoją kuchnię (to zaleta mieć własną kuchnię), to miałam gdzie gotować. Maciek Nowak – ekspert kulinarny, gdy miałam 17 lat, powiedział coś, co zapamiętałam do dziś: „Doświadczyłaś już większej ilości dobrego jedzenia niż wielu ludzi przez całe życie. To twoja przewaga i potencjał. To tak, jakbyś urodziła się w kuchni. Nie zmarnuj tego.

– Lubiłaś jeść?

Jadłam wszystko.

– Nawet szpinak?

Bardzo lubiłam szpinak, a zwłaszcza jak mój tata go przyrządzał. Uwielbiałam też golonkę i śledzie, i to jako małe dziecko. Nie przepadałam tylko za zupą owocową.

– A kawior jadłaś?

Jadłam kawior na grzankach, ale nie miałam poczucia, że to jakaś wyjątkowa potrawa, bo następnego dnia chleb z masłem i cukrem smakował mi tak samo. Zresztą rodzice nie wychowali mnie w poczuciu, że to, co drogie, jest lepsze. Gdy przychodziły do mnie koleżanki, jadłyśmy bardzo dużo owoców. Całe moje dzieciństwo to były talerze z pokrojonymi jabłkami, gruszkami i bananami. A w rodzinnej kuchni zawsze wisiał serek serano. Każdy podchodził i sobie odkrawał kawałek. Ale i tak najlepsze były kotlety mielone, które gotowała nasza gosposia z Sanoka. A gotowała świetnie. Stały potem na kuchni i zimne smakowały najlepiej.

– Kiedyś nie chciałaś powielać życia swojej mamy? Uważałaś, że gotowanie to coś gorszego niż studiowanie socjologii?

Nie, że gorszego, tylko że coś innego. Maciek Nowak powiedział mi kiedyś, że socjologów wystarczy. I miał rację. Bo dobrych kucharzy jest niewielu.

– Myślisz o sobie: jestem dobrą kucharką czy: jestem dociekliwym socjologiem?

Myślę o sobie, że jestem dobrym człowiekiem, i w tym cała moja nadzieja, aby nie ulegać stereotypom. Bardzo lubię ludzi, wśród nich żyć, z nimi rozmawiać. Lubię podróżować, poznawać świat, jedzenie i różne kuchnie. I dlatego nigdy nie zdecyduję się na jeden zawód i na jedno zajęcie. Muszę robić wiele rzeczy naraz i iść dalej, bo szybko się nudzę. To chyba moja wada. Jestem więc bardzo ciekawa życia, które chłonę: wiedzę, widoki i smaki. Nie mogę powiedzieć, że ten smak jest lepszy, a ten gorszy. Każdy jest w swoim rodzaju.

–I eksperymentujesz?

W życiu czy w kuchni?

– I tu, i tam.

Robię to, co czuję, choć nie jestem ryzykantką. Tworzę w głowie plan, ale się go sztywno nie trzymam. Życia swojego nie planuję. Boję się stracić z oczu sprawy, które dzieją się w tak zwanym międzyczasie.

– Żyjesz na własnych warunkach – to już wiemy. Ale pieniądze też są ważne.

Nie są, choć dają pewną niezależność. A to mnie interesuje najbardziej. Nigdy nie chciałam mieć nad sobą presji finansowej. Potrafię żyć skromnie. Mogłam pojechać do najlepszego hotelu na świecie i umieć się w nim zachować, ale mogłam też pojechać do dziadka na wieś, spać na sianie lub pod namiotem i byłam tak samo zachwycona. Najlepsza rzecz, jaką mogli zrobić moi rodzice, to fakt, że się rozstali. Dzięki
temu wychowałam się w środowisku niesformatowanym przez tak zwane dobre towarzystwo.

–Jak wygląda Twoja codzienność, skoro gotowanie zostawiasz już innym?

Jak? Czytam, dużo czytam. Interesuje mnie bardzo psychologia jedzenia. No i cieszę się, że napisałam książkę, byłam współautorem drugiej i piszę trzecią. To mnie buduje. Cieszę się też, że kilka lat temu sama pojechałam do Londynu. Naprawdę jestem z tego dumna, bo nikt mi tam nie pomagał. Byłam anonimową dziewczyną z Polski. A dostałam się do pracy w fajnej gwiazdkowej restauracji, bez żadnej protekcji. Cieszy mnie też, że z całą moją rodziną mam bardzo dobre kontakty.

– Które zawdzięczasz sobie?

Sobie to zawdzięczam tylko te książki, które powstały. I to, że miałam na tyle determinacji, żeby zdobyć to, co zdobyłam. I że wyszłam na ludzi i się nie stoczyłam wtedy, kiedy mogłam. Biorąc pod uwagę środowisko, w którym dorastałam, tak zwaną bogatą Warszawę, szybko się zorientowałam, że nie ma nic gorszego niż przyzwyczajenie się do pieniędzy.

– Miałaś kieszonkowe?

Gdy poprosiłam tatę, to mi je dawał. Jako dziecko lubiłam odkładać pieniądze. Gdy wyjeżdżałam na wycieczki szkolne, przywoziłam niemal w całości z powrotem te sumy, które dostałam od rodziców.

– Mówili Ci, że musisz sama zarabiać?

Nie, nikt tak nie mówił. Ale gdy zaczęłam pracować w „Zielniku”, miałam 12 lat. Przepracowałam tam całe lato. Byłam zachwycona i zaszczycona, że mogę stać się członkiem zespołu. Oczywiście pracowałam za darmo, choć pod koniec dnia kelnerzy chcieli mi oddawać część swoich napiwków. Wiedziałam, że to studenci, którzy muszą sami sobie kupić jedzenie i fajki, a ja wracam do domu, w którym jest pełna lodówka. Odmawiałam więc, ale był taki dzień, kiedy się zmówili i oddali mi wszystkie napiwki. Nie mogłam nie przyjąć. Poszłam więc do drogerii i kupiłam sobie sześć kolorów błyszczyków w kostkach.

– A nie ciuchy?

Nienawidziłam ubrań. Potem mi trochę przeszło, ale teraz znowu chcę mieć ich jak najmniej. Posiadanie mnie przytłacza i odbiera mnóstwo energii. Bo skupiamy się na tym, żeby mieć, a nie na tym, jak żyć.

– Myślę, że bardzo się różnisz od swojej mamy. Ona lubi i mieć, i żyć.

Ciężko jej było wytłumaczyć, żeby mi nic nie przywoziła z podróży. Był taki moment, że trudno nam się było dogadać. Teraz moja mama rozumie, że ja już więcej rzeczy nie potrzebuję, że może mi przywozić głównie jedzenie do degustacji, bo to wzbogaca moją wiedzę kulinarną. Spróbować czegoś nowego to cudowne uczucie. Poza tym to się zjada i po problemie. A przedmiot zobowiązuje. Nie wyrzucisz go, bo to prezent. Nie oddasz komuś, musisz te dary potrzymać. Ale wiedziałam, że nie mogę się na mamę denerwować, bo nie zawrócisz kijem Wisły. Ona wie, że nie przyjmę jej wzorców. Jest dzika i taka ma być, taką ją kocham.

– A brat jaki jest?

To niemiecko-hiszpański purysta. Hiszpańska miłość do życia jest w nim głęboko zakorzeniona. Lubię z nim rozmawiać.

– Oglądasz „Kuchenne rewolucje”? Podoba Ci się ten program?

Od 12 lat nie mam telewizora. Ale czasem go obejrzę. Na przykład, gdy jestem gdzieś w hotelu. Podoba mi się, jest barwny.

– A podróżujesz, żeby złapać dystans? Często, gdy dzwonię do Ciebie, słyszę, że jesteś gdzieś w świecie.

Podróżuję, żeby przewietrzyć głowę, poznać ludzi, smaki. Inspiruję się inną kulturą jedzenia i spędzania czasu. To bardzo ważne dla higieny umysłu.

– Umysł oczyszcza też uprawianie sportu?

Sport zawsze był dla mnie wentylem bezpieczeństwa. Uważam, że jest najtańszym dostępnym psychologiem – pod tym kątem powinniśmy patrzeć na kulturę starożytnych Greków, którzy zawsze łączyli kondycję umysłową z kondycją fizyczną.

– Prowadzisz w DDTVN swój cykl, odwiedzasz polecane restauracje, rozmawiasz z ludźmi bardzo życzliwie. Dlaczego według Ciebie to jest ciekawe?

„Ktoś mi powiedział” to tylko pozytywny przekaz. Lubię mówić o tym, że komuś się coś udało zrobić czy odniósł sukces, dlatego zajmuję się tylko miejscami wartymi polecenia, nie krytykuję, bo nie o to tu chodzi.

– I już stajesz się twarzą telewizyjną. A prywatnie nie chciałabyś już ułożyć sobie życia po kobiecemu, mieć dziecko na przykład?

Kiedyś pewnie chciałabym, ale jeszcze nie teraz. Myślę też, że moja mama chętnie zostałaby babcią, choć już się tego boję. Ona nie jest typem osoby na emeryturze, która siedzi i czeka na wnuki, rozwiązując krzyżówki. Ma co robić. Sądzę nawet, że nie zauważyła jeszcze, w jakim jest wieku i że mogłaby mieć wnuki. Tak jest u Ikonowiczów. Oni zapominają się starzeć i dojrzewać.

– A co chciałabyś jeszcze zrobić poza pisaniem i odwiedzaniem restauracji?

Chciałabym spędzić miesiąc na Alasce. Zawsze marzyłam o tym miejscu, wydaje mi się bardzo spokojne. Są tam wspaniałe łososie i piękna przyroda, na którą jestem bardzo wrażliwa. Myślę więc o tym, że pod koniec roku mogłabym tam pojechać. Może zdołam sobie odłożyć pieniądze na taką podróż.

– A nie na dom?

Nie. Ja cały czas wynajmuję mieszkanie, w proteście przed potrzebą posiadania, jaką obciążyła nas komuna. A gdybym kupiła teraz mieszkanie lub dom, nie mogłabym wyjechać z Polski, kiedy będę miała na to ochotę. Uważam, że poczucie bezpieczeństwa to nie budynki, tylko emocje.

– Dlatego musisz się zakochać, bo trudno żyć bez miłości.

Też tak uważam, dlatego tak ważna jest rodzina. Ale nie interesuje mnie powtarzalność, codziennie tak samo. Ciągle musiałabym coś zmieniać. Bo to, co niewiadome, jest najfajniejsze. I na tę niewiadomą zawsze czekam. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Trzy kobiety, które w najnowszym serialu Polsatu „Zawsze warto” połączyło przypadkowe dramatyczne wydarzenie: Weronika Rosati, Katarzyna Zielińska i Julia Wieniawa. Edyta Geppert o pasji śpiewania i życiowych wyborach oraz Dominika Gwit i Wojciech Dunaszewski o tym, co ślub zmienił w ich życiu.